Newsletter

Wyznania Edzia

Zgiełk wokół „Uległości” Houellebecqa jest niczym w porównaniu z tym, jaki może się podnieść, jeśli „prawicowi” (sensu largo) czytelnicy odłożą na chwilę Sienkiewicza czy Zychowicza i wezmą do ręki „Historię przemocy”, czyli najlepszy ever remake „Pożegania jesieni”

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Dzieła sztuki, w których każdy widzi swoje życie jak w lustrze i uznaje zawarty w nich opis pierwszej miłości czy pierwszej salwy, Wigilii czy żałoby nie tylko za wierny, ale i odkrywający coś, co dotąd było nienazwane są oczywiście cudem, ale takie cuda się zdarzają: dowodem Bułhakow i Dickens, Dickinson i Roth. Nietrudno też o krzywe zwierciadła, w których nasi bliźni są tak urzekająco pokraczni, że nie sposób oderwać od nich wzroku. Czymś znacznie rzadszym są natomiast książki czy filmy, które przyrównać można do zwierciadła z Królewny Śnieżki, w których każdy widzi to, co chce zobaczyć. Mówiąc językiem raczej Lema niż braci Grimm, są one swoiste względem osobowości.

Achy, ochy i zgrzytanie zębów

Dobrym, choć stosunkowo błahym przykładem takiego zjawiska był dla mnie przez lata „Nixon” Olivera Stone’a. Skoro Stone, to wiadomo: na ekranie króluje skorumpowany, rasistowski establishment, oglądamy brudne interesiki plutokratów, mafii, CIA i kongresmenów przeżartych równie obsesyjnym co absurdalnym antykomunizmem. Nie pamiętam już, czy to zakład, czy masochizm mógł skłonić mnie, bym poszedł na tą politgramotę, dobrą chyba dla wychowanków pułkownika Gułagowa: tymczasem wyszedłem zachwycony portretem osamotnionego prezydenta, usiłującego wyprowadzić kraj z niechcianej wojny i zrozumieć pokolenie baby boomers, zrywających się właśnie z błota Woodstocku do swojego lotu nad kukułczym gniazdem. Ale najzabawniejsze, mój zachwyt był nie mniejszy niż znajomych lewicowców i pacyfistów, którzy właśnie uczyli się egzotycznego (wtedy) nad Wisłą antyamerykanizmu i radowali, że tej świni Nixonowi ktoś wymierzył filmem sprawiedliwość.

Jakież mistrzostwo tego Louisa, że potrafi w nas wyzwolić takie demony, pokazać, jak płytko siedzą pod skórą

Od tamtego czasu zdarzyło mi się kilka podobnych czytelniczych zaskoczeń: radosnych sytuacji, kiedy w miejsce nużąco przewidywalnych reakcji różnych publiczności i recenzentów na książki Rymkiewicza czy Saramonowicza, poezje Lusi Ogińskiej lub Jasia Kapeli (z jednej – achy, z drugiej – zgrzytanie zębów albo, co gorsza, cisza z aksamitnym meszkiem odrazy) pojawiała się konfuzja, zaskoczenie, albo to najlepsze dla wydawcy: nieoczekiwane uznanie, jeśli nie dla bohatera, to dla diagnozy.

Nie zdziwi mnie, jeśli podobne reakcje wywoła w stosunkowo szerokich kręgach „Historia przemocy” Edouarda Louisa, która trafiła właśnie na półki za sprawą ambitnego Wydawnictwa Pauza. Na pozór – wszystko jasne, książka wyraźnie cieszy się faworami jednej strony twardego pingpongowego stołu, w jaki zmienił się nasz dyskurs publiczny. Nad Edouardem omdlewają blogerki, chwali go na okładce i interwju dla „Wysokich Obcasów” przeprowadza sam Michał Nogaś, na którego autorytet zazdrośnie zerkają wszak z niebios Marcel Reich-Ranicki i Bernard Pivot, chwali go wylewnie Juliusz Kurkiewicz w agorowych „Książkach”. Wszystko więc niby jasne. A jednak.

„Historia przemocy” – uwaga, spoiler alert, ale ten spoiler alert gaśnie niczym zmokła petarda, bo o treści książki informują nas zarówno okładkowe blurby, jak wyżej wspomniane laudacje – jest sfabularyzowaną, rozpisaną na głosy, przetworzoną w kilku wyrastających z siebie, odbijających się echem opowieściach relacją-wyznaniem młodego klerka, skryby, homoseksualisty, którego przygodny, zaproszony z ulicy partner okrada, gwałci i masakruje, niemal pozbawiając życia.

Gwałt to jedno z najstraszniejszych doświadczeń, jakie mogą się zdarzyć: każdemu. Jego zapisy i przetworzenia artystyczne – czy będzie to powieść Moravii, czy jej ekranizacja, jakiej dokonał w kilka lat później Vittorio de Sica, czy Hemingway, czy Oates, czy jakiekolwiek, choćby półgębkiem sformułowane wyznanie – pozostawiają zwykle widza, czytelnika lub słuchacza: świadka – oniemiałym.  Wchodząc w lekturę, o której wiedziałem, że niełatwa, spodziewałem się więc przeczołgania, jakiego doświadczyłem w ostatnich miesiącach kilkukrotnie – przy spotkaniu z miniaturami Ewy Różyckiej, powieścią Zyty Rudzkiej, monografią Hołodomoru pióra Anne Applebaum. Ale w żaden sposób nie mogłem przewidzieć mieszaniny irytacji, zakłopotania, oburzenia i rozbawienia, którą wyzwolił we mnie zapis pióra francuskiego prozaika.

Foucaultem jak po maśle

Powiedzieć o „Historii przemocy”, że jest literackim świadectwem „syndromu sztokholmskiego” to jeszcze mało. Jej bohater i narrator – poniżony fizycznie i psychicznie, okaleczony, na krawędzi załamania nerwowego, przed którym broni się obsesyjnie i daremnie powtarzając próby zmycia zmazy, usiłując pozbyć się smużki zapachu prześladowcy – pozostaje zarazem pod jego niezaprzeczalnym urokiem, z rozczuleniem wspominając timbre głosu, dołek w brodzie, krzepkość barków. Odi et amo, tremor fascinans – a wszystko jak w starej, wojskowej anegdocie o podróżniku, co stał się ofiarą goryla. „– A co ty taki smutny? Ciągle o tym gorylu? – No tak. Nie pisze, nie dzwoni…”.

Przywołując ten koszarowy żarcik, osuwam się na krawędź stereotypu, ba, wymachując nogami wiszę nad otchłanią zaludnioną przez wesoło rechoczących kiboli i bywalców barów piwnych – ale na tym polega mistrzostwo Louisa (pytanie, czy zamierzone), że rozdziela czytelników, jak nożem, na dwie części. Stereotyp „homoseksualisty” – stereotyp płaski, krzywdzący i pomijający całą złożoność doświadczeń osoby „nieheteronormatywnej” pod jego piórem odżył, sprawił, że wielu czytelników, którzy dotąd mieli się za nieuleczalnych liberałów, odkryje na nowo nieżyczliwe, piętnujące przymiotniki w rodzaju „zniewieściały”, „bezwolny” i „tchórzliwy”, jakimi lubiła określać homoseksualistów dziarska, krótko strzyżona proza połowy wieku.

Jak jednak inaczej określić bohatera, który najżywszego uczucia niechęci doznaje wobec rozpoczynającego dochodzenie policjanta – za to, że ten, rasista jeden, brutal, ośmielił się określić napastnika mianem „typ maghrebski”? Który, snadź od dziecka naczytany „Nadzorować i karać”, jedzie Foucaultem jak po maśle, w placówce pierwszej pomocy, w ekipie dochodzeniowej, która szuka śladów w jego kawalerce i w lekarzu dokonującym obdukcji dostrzegając wyłącznie narzędzia instytucjonalnej przemocy i represji?

Edzio nie jest w tym osamotniony: jeden z jego przyjaciół („przyjaciół, he, he” – odzywa się we mnie rechocik; jakież – znów podkreślam – mistrzostwo tego Louisa, że potrafi w nas wyzwolić takie demony, pokazać, jak płytko siedzą pod skórą) od lat pisze traktat „Sądzić”, w którym stara się dowieść, jak arbitralna i nieludzka jest sama instytucja wymiaru sprawiedliwości. Ale co tam przyjaciele, co tam błyszcząca łysina mistrza: prawdziwe mistrzostwo osiąga narrator, trafiając do siostry w bretońskim interiorze, u której szuka wsparcia – a ta, zołza, nie dość, że nie ma zrozumienia dla monologów, wychwalających posturę gwałciciela, infinitezymalnie wnikliwych opisów stanów jego duszy – to potrafi ofiarować bratu jedynie szorstką czułość. Odraza, z jaką bohater opisuje francuską prowincję – jej nudę, brzydotę, banalność, prostactwo, przed którą trzeba było uciec aż na Sorbonę i zmienić nazwisko – nie ma sobie równych: to arcydzieło ojkofobii, nienawiść w stanie czystym, wstręt, którego nie zdołał odmalować nawet młody Miłosz, chociaż przez pół wieku powracał do swego wstrętu do wileńskiej socjety, gdzie wpadł jak śliwka w kompot w przyciasnej marynarce i z zachciewajkami.

Podobne natężenie westchnień, afektacji, kaszmirowych pulowerów, niewyobrażalnej wprost minoderii widywałem dotąd wyłącznie w satyrze

Podobne natężenie westchnień, afektacji, kaszmirowych pulowerów, niewyobrażalnej wprost minoderii widywałem dotąd wyłącznie w satyrze: w grubych, brutalnych skeczach wykpiwających „pedziów”, którzy starają się przelicytować Violettę Villas grubością makijażu i mówią falsetem; w skeczach, które na długo przed tamtą wojną były przykładem złego gustu, a współcześnie nie ma mowy o tym, by zobaczyć je w jakimkolwiek miejscu publicznym.

Tymczasem w „Historii przemocy” ta mieszanina afektacji, samozachwytu, bezradności i urzeczenia osobą napastnika stanowi kanwę dramatycznego wyznania – kanwę autentyczną i dla narratora tak oczywistą, że niepodlegającą zakwestionowaniu, nieposiadającą alternatywy. To proza prawdziwa, widać to od pierwszej strony – a przecież brnąc przez nią nie wiedziałem, że jej autor naprawdę pozuje do zdjęć w błękitnym jak kwiaty lnu blezerku; że wychowywał się na bretońskiej prowincji, że czmychnął z niej do Paryża, że zmienił nazwisko, że, krótko mówiąc, uprawia życiopisanie od pierwszego do ostatniego, interesująco zawieszonego wersu.

Trzy lata temu nieoceniony Michel Houellebecq narobił niezłego rabanu swoją „Uległością”, i od tego czasu nie ustają rozważania, o ile lat przelicytował, wieszcząc wybór muzułmanina na prezydenta Francji w roku 2022 i ostateczną kapitulację bezwolnych, wyjałowionych elit tego kraju wobec naporu islamu. Podejrzewam jednak, że zgiełk wokół „Uległości” jest niczym w porównaniu z tym, jaki może się podnieść, jeśli „prawicowi” (sensu largo) czytelnicy odłożą na chwilę Sienkiewicza czy Zychowicza i wezmą do ręki „Historię przemocy”, czyli najlepszy ever remake „Pożegania jesieni”.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej