Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Wytrzewienie w Toruniu

Przyglądanie się cierpieniu zamiast odwrócenia wzroku, które może być ostatnim, bezradnym wyrazem szacunku, jest świadectwem najgłębszego upadku

Na ćwiczenia z profesor W. trafiłem, jak się wydaje, przypadkiem – w tamtych czasach opiekunowie pierwszego roku nie zanadto przejmowali się wolą beanów – ale okazało się to jednym z wielu fortunnych zrządzeń mojej edukacji. Od początku wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z uczoną wielkiego formatu, zdawaliśmy sobie sprawę, że część z nas stanie przed nią w czerwcu podczas napawającego trwogą egzaminu z CAŁEJ starożytnej, decydującego o być albo nie być na uniwerku (a kto nie zda – w kamasze!), ale już po kilku tygodniach równie fascynujący co dylematy tyranów czy techniki malarstwa czarnofigurowego okazał się styl prowadzenia przez nią zajęć.

Już w tamtych czasach wzięciem cieszyło się zaskarbianie sobie sympatii studentów poprzez sypanie im okruchów wspomnień, odsłanianie rąbka prywatności, przemycanie złośliwostek politycznych (szczególnie dobrze widziane na rozpolitykowanym wydziale historii w drugiej połowie lat 80., gdy noc jaruzelska ustępowała powoli miejsca przedświtowi, ale było jeszcze dość ciemno), krótko mówiąc – pozorne dopuszczanie do konfidencji. Kokieteria to dość niewinna w porównaniu z metodami, jakimi dziś zabiega się o uwagę słuchacza, ale rychło uderzyło nas, jak różni się w tym względzie pani profesor od innych wykładowców – jowialnych, przysypiających, beztrosko dzielących się z nami bibułą lub opowieściami o narowach swoich kotów.

Profesor W. odsłoniła się raz, pod koniec roku, tydzień przed lub po strajku, który zakwitł na dziedzińcu UW i przesądził o tym, że każdy z naszej grupy miał się przez resztę życia rozpoznawać w tym, co Stagiryta określa mianem ζῷον πoλιτικόν

W., w porównaniu z nimi, znajdowała się za podniesioną przez siebie szybą z pancernego szkła lub może raczej kurtyną powietrzną w rodzaju tych, jakie dziś królują na lotniskach. Chłodna (choć w żadnym razie nie lodowata, raczej w orzeźwiającej, letniej aurze życzliwości i ironii zarazem), szczupła, trochę w typie Judi Dench, cała w błyskach lekkich okularów i oszczędnego uśmiechu, w zetlałym błękicie oczu i sukienek, narzucała dystans w sposób mistrzowski. Cośkolwiek słyszeliśmy o jej zaangażowaniu obywatelskim (choć dopiero w kilka lat po roku osiemdziesiątym dziewiątym okazało się, że była znacznie głębiej niż sądziliśmy w strukturach oświaty niezależnej i podziemnej „S”), ale ona sama zdawała się nie widzieć naszych badges z NZS i orłem w koronie, nie słyszeć naszych aluzji i przechwałek po udanym ulotkowaniu, podobnie jak nie dostrzegała naszych wypieków, zakochań, rysunków, fryzur, spóźnień, plecaków i popisów. „Madame”, mówilibyśmy pewnie, gdyby pan Antoni Libera napisał już wtedy swoją kongenialną powieść – tylko o kilka lat starsza i z tą zielonobłękitną smugą jak ze szczeliny lodowca: raczej Pani na Jungfrau niż Paryżanka.

Skonstruowane w ten sposób wspomnienie musi prowadzić do oczywistej pointy: tak, profesor W. odsłoniła się raz, pod koniec roku, tydzień przed lub po strajku, który zakwitł na dziedzińcu UW i przesądził o tym, że każdy z naszej grupy miał się przez resztę życia rozpoznawać w tym, co Stagiryta określa mianem ζῷον πoλιτικόν. Upał na poddaszu Instytutu, pożar w naszych głowach, suchy pęk jasnych włosów S., temat zajęć – wyobraźnia polityczna późnego Rzymu, na stole rozłożone śliskie albumy z reprodukcjami, których tak miło dotykać spoconą dłonią.

To była kamea przedstawiająca wilka czy tura zaplątanego we własnych wnętrznościach po przegranej walce na arenie. Powinienem pamiętać w najdrobniejszych szczegółach jedno i drugie, kameę i słowa prof. W., ale tę pierwszą od lat bezskutecznie usiłuję zguglować (może na emeryturze zdobędę się na to, by dotrzeć do biblioteki wydziałowej; może będzie tam jeszcze ten album), a z tych drugich pamiętam tylko pasję, z jaką podsumowała arcydzieło z czasów Licyniusza czy Walentyniana: fascynacja czyimkolwiek cierpieniem, wpatrywanie się weń zamiast (skoro już nie możemy pomóc) odwrócenia wzroku, które może być ostatnim, bezradnym wyrazem szacunku, jest świadectwem najgłębszego upadku tamtego czasu i tamtych Rzymian. Profesor W. była w stanie wybaczyć starożytności niewolnictwo, sprzedanie w niewolę całych miast, może nawet śmierć Hypatii – ale dla tych, którzy czerpią chorą rozkosz z obserwowania nóg, kopiących krezkę jelit, miała jedynie odrazę, i chociaż nie była wyznawczynią ani Hegla, ani Augustyna, wydawało się, że dostrzega sprawiedliwość w wyroku, jaki na siebie samego wydał Rzym.

Nie było to dla mnie iluminacją, podobny odruch miałem, jak wielu, już wcześniej – ale odtąd wiedziałem dokładniej, jak nazywać bywalców walk kogutów i gali KSW, dresiarzy z bulkiem na łatwo odpinającej się smyczy i tłumek, zbierający się wokół ambulansu („– Co tam? – A nic, elektrody będą jej przykładać”), ba, koneserów „plastynacji zwłok” Gunthera von Hagensa, jeszcze kilka lat temu demonstrowanej na objazdowych wystawach po Polsce. To ta sama publika, która tłoczyła się przy łamaniu kołem, stosach i szubienicach, podnosząc wysoko nad  głowami dzieci, by się napatrzyły – i żadne ozdobniki o pognębieniu herezji, triumfie sprawiedliwości czy słusznej karze dla bandyty nie przykryją tej ciekawości cudzego cierpienia, której ciemne źródła rodzą się po części w poczuciu mocy, jakie płynie z doświadczania cudzej bezradności (ten, który ma brzuch cały, świetnie opięty gorsetem mięśni poprzecznych, z pewnością stoi wyżej od tego, który musi nieść jego zawartość w rękach), po części w fascynacji ckliwym, cierpkim, rozpoznawanym przez tyłomózgowie zapachem juchy.

Tę krzykliwą instalację można by z lekkim sercem uznać za podręcznikowy przykład kiczu, za ucieleśnienie najgorszych stereotypów o bezguściu Polonii amerykańskiej, z której wywodzi się rzeźbiarz, p. Pityński – gdyby nie centralny motyw niemowlęcia nadzianego na groteskowo wysokie widły

Nie inaczej trzymam o „Pomniku Rzezi Wołyńskiej”, który stanąć ma ponoć w tzw. Parku Pamięci Narodowej, pod gościnnymi skrzydłami toruńskich ojców redemptorystów. Tę krzykliwą instalację, bezprecedensowe szkaradzieństwo ociekające patosem w stopniu, który każe uznać poezje pani Lusi Ogińskiej, małżonki reżysera Ryszarda Filipskiego, za medytacje zen, można by z lekkim sercem uznać za podręcznikowy przykład kiczu, za ucieleśnienie najgorszych stereotypów o bezguściu Polonii amerykańskiej, z której wywodzi się rzeźbiarz, p. Pityński (what a pity, indeed), za dowód na skuteczność działań putinowskiej agentury na odcinku „kresowych patriotów” – gdyby nie centralny motyw niemowlęcia nadzianego na groteskowo wysokie widły. Ponieważ żelazne zęby wbite zostały od strony kręgosłupa, mniej więcej na odcinku C3 – L4, dziecko uległo, jak określają to anatomopatolodzy, częściowemu wytrzewieniu.

Wiele rzeczy można by w tym czternastometrowym koszmarku z brązu znieść lub skwitować drwiną: scenę rodzinną, w której mąż i ojciec w niedopiętej koszuli, o wąsie godnym kierowcy PKS wymachuje trzymanym w lewej (!) ręce krucyfiksem, świętokradcze wpisanie wideł w kontur krzyża, trzy główki dziecięce (nabite na sztachety), do złudzenia przypominające gumowe maski Fantomasa zarówno ekspresją rysów, jak rozciągliwością szyi, ba, nawet hucpiarstwo p. Pityńskiego, który kryje swoje beztalencie za powagą i wielkością Kościoła, deklarując w jednym z wywiadów, iż „z wiary katolickiej wypływa moja wizja sztuki”. Na myśl jednak o tym, że uskrzydlony pychą fidiaszyk z New Jersey zamierza postawić swoją wizję rodem z sadomasochistycznego pornola przed oczami ludzi, którzy po mszy trafią do „Parku Pamięci Narodowej”, rodzi się we mnie gniew, którego nie koi nawet Herbert.

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Do stycznia 2017 r. redaktor magazynu „Plus Minus”. Lubi sielanki.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Wytrzewienie w Toruniu”

  1. Robert Ciesielski pisze:

    Czy fotografie “pęczków” dziecięcych zwłok powieszonych na płocie też pan opisze w tak samo kretyński sposób ? Czy oglądanie takich zdjęć też jest średniowiecznym widowiskiem ? Mam wrażenie że wstęp który zajmuje ok. 80 % tekstu mający przygotować czytelnika do “błyskotliwej” tezy jest bardziej “groteskowo długi” niż widły będące fragmentem opisywanej instalacji. Tak samo groteskowy jest nadmiar przymiotników i odniesień nie związanych kompletnie z tematem a świadczących jedynie o tym jak długą drogę musi przebyć “myśl” autora zanim trafi na papier czy klawiaturę,

  2. Marcin pisze:

    Panie Doktorze. Jak jest Pan taki wrażliwy to trzeba częściej jeździć na Ukrainę. Znajdzie Pan tam więcej estetów podzielających Pana błyskotliwe spojrzenie na twórczość kiczowatego bezguścia Pityńskiego i nie tylko. Jednak w Polsce wielu rodaków ma niestety spaczone poczucie smaku. Cieszę się że Pan Cogito jest po Pana stronie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz