Wszystko pod amerykańskim niebem

Salvatore Babones w swojej książce „American Tianxia” stwierdza, że USA pozostaną hegemonem, a Chiny się zatrzymają w rozwoju. Jeśli Babones ma rację, to my wszyscy się mylimy

Od paru dobrych lat środowiska mi bliskie intelektualnie, w tym „Nowa Konfederacja”, głoszą tezy oczywiste na gruncie międzynarodowym, a nowatorskie w Polsce: że skończył się już świat jednobiegunowej dominacji amerykańskiej. Wzrost Chin i rozwój całej dalekowschodniej Azji powoduje przesunięcie się punktu ciężkości spraw globalnych nad Pacyfik, zaś Pekin wszedł na drogę wiodącą ku rywalizacji z Waszyngtonem o przyszłą dominację. Kończy się amerykański system postzimnowojenny i wchodzimy w okres wykluwania się nowego porządku międzynarodowego. To poglądy na tych łamach „oczywista oczywistość”, przypominam je jednak pro forma, gdyż przed ich nastaniem wielką popularnością cieszyły się nad Wisłą tezy wcześniejsze: Fukuyamowska wizja „końca historii” i ostatecznego zwycięstwa liberalnej demokracji. Dziś są one wyszydzane, bądź z litości przemilczane, i nie byłoby powodu, by je przytaczać, gdyby nagle teraz Babones nie wyszedł z książką, która głosi, że Fukuyama miał jednak rację i świat pozostanie amerykański.

Tego typu twierdzenia można by z miejsca wyśmiać jako intelektualnie jaskiniowe bądź polityczne umotywowane, gdyby nie to, że książka Babonesa, której pełny tytuł brzmi „Amerixan Tianxia. American Power, Chinese Money and the End of History”, jest nieźle uargumentowana. Szczególnie dobrze prezentuje się w niej warstwa krytyczna: Babones jest najlepszy tam, gdzie przywraca poczucie rzeczywistości i trafnie przestrzega przed „mechanicznym myśleniem życzeniowym” w prognozowaniu zdominowanej przez Chiny przyszłości. Ten głos na rzecz potrzeby świadomości proporcji („szerokość punktu czasowego”), warto wziąć sobie do serca, inaczej bowiem można sobie bezkarnie przepowiadać cokolwiek.

Chiny – istotne, ale niegroźne dla USA

Otrzeźwiające spojrzenie Babonesa wyraża się w kilku miejscach. Na przykład tam, gdzie rozprawia się z, ostatnio szczególnie popularną, przesadą nadmiernego geopolitycznego patrzenia na świat. Jego kpina z Mackindera o tym, że „wiek przyszedł i przeszedł, a Azja Środkowa nie zbliżyła się do swojej roli Heartlandu” jest szczególnie celna (swoją drogą wystarczy pojechać do tego peryferyjnego regionu, a nie tylko patrzeć na niego przez mapę, by do tej prostej konkluzji dojść, jednak dziś ta oczywistość brzmi niemalże jak odkrycie). Albo tam, gdzie krytykuje, z różnych pozycji, od ekonomicznych po społeczne, przecenianie znaczenia wzrostu Chin na świecie. W jego zbiorze zarzutów najtrafniejsze jest chyba zapożyczone zdanie o zachwytach nad Chinami jako „nowej formie orientalizmu”. Dzisiejsi piewcy Chin, bardzo często w ogóle nie znający tego kraju z autopsji, wpadają w pochodzące z XX wieku zachodnie ramy stereotypów o Azji jako „posiadającej ukryte pokłady potęgi”, z tą różnicą, iż nie boją się już Fu Manchu, lecz patrzą na Chiny ze (złudną) nadzieją.

W Babonesowskiej narracji Chiny są niczym Brazylia, Meksyk, Rosja i Turcja: istotne globalnie, lecz niegroźne dla hegemonii amerykańskiej

Tymczasem Babones, ekonomista z wykształcenia, pokazuje, że wzrost Chin ma swoje ograniczenia. Głosi, że Chiny, owszem, dokonały wielkiego postępu, ale w miarę zbliżania się do statusu krajów średniego rozwoju zrobienie kolejnego kroku będzie znacznie trudniejsze, zaś o prześcignięciu USA nie ma co marzyć. W Babonesowskiej narracji Chiny są niczym Brazylia, Meksyk, Rosja i Turcja: istotne globalnie, lecz niegroźne dla hegemonii amerykańskiej.

Nieuświadomiona arogancja

A ta ma być według niego niezagrożona. By to zilustrować, Babones podbiera Chińczykom koncepcję tianxia („wszystko pod niebem”, w szerszym sensie: hierarchiczny, sinocentryczny porządek międzynarodowy w Azji trwający do wojen opiumowych), twierdząc, że to „słuszna koncepcja, ale nie to państwo”. Według niego termin tianxia świetnie opisuje współczesny system dominacji amerykańskiej. Świat, który kręci się wokół USA, kontrolujących go ekonomicznie i sprawiających, że każde państwo w swoim własnym interesie musi się liczyć ze Stanami, zaś każda jednostka, by zrealizować się w pełni, powinna zaakceptować reguły amerykańskiego tianxia. Ten porządek potrwa jeszcze kilka stuleci, gdyż cykle hegemonii mierzy się wiekami, nie dekadami.

Na pewno ten infantylny „fukuyamizm 2.0” psuje odbiór bardzo dobrej skądinąd książki i zniechęci wielu, których mógłby przynajmniej w jakiejś części przekonać. A szkoda, bo „Amerykańskie tianxia” i tak warto przeczytać, i to nie tylko dlatego, że zawsze warto znać prace przeciwników ideowych, ale także dlatego, że w warstwie krytycznej książka wiele wnosi do dyskusji nad współczesnym stanem świata

Tytułowy zabieg, polegający na podkradnięciu współczesnym konkurentom ich terminu, by powiedzieć „to my rządzimy, nie wy!”, należy uznać za zuchwały (ale skoro Chińczycy mogą publicznie głosić hasła takie jak: „Amerykanie, gratulujemy! W długości istnienia państwa prześcignęliście już dynastie Sui i Yuan oraz zbliżacie się do dynastii Tang!”, to dlaczegóż Amerykanie nie mogą im oddawać pięknym za nadobne?). Przede wszystkim jest to jednak zabieg dość typowy dla narracji tej książki: innym przykładem jest twierdzenie, że centrum świata stanowić będzie „Calichina”, czyli chińska Kalifornia. To charakterystyczna cecha „Amerykańskiego tianxia”: książka ta jest dobrze napisana (co nie zawsze jest normą w świecie akademickim) i błyskotliwa, a jednocześnie lekko irytująca. Babones posiada bowiem bardzo amerykańską cechę „nieuświadomionej arogancji”, którą trudno zwięźle opisać, za to łatwo wyczuć. Przesłanie „Amerykańskiego tianxia” jest wulgarnie proste: to jednostki, a nie kraje ani system polityczny decydują, a każdy człowiek na tym świecie chce bądź będzie chciał dla swoich dzieci życia w USA (lub innych anglosaskich krajach), bo mu się to będzie opłacać. W rezultacie tego różnice narodowe się rozmyją, a my wszyscy prędzej czy później zamieszkamy pod amerykańskim niebem i staniemy się do siebie podobni. Na tym polega właśnie Babonesowska wersja „końca historii”.

Babones na uspokojenie

Po takim dictum, ignorującym tysiące odmiennych przesłanek i będącym zachłyśnięciem się własną ideologią, nie wiem już co jest lepsze: wizja dominacji chińskiej nad światem czy amerykańska reakcja na nią (to prawdziwy pojedynek dżumy z cholerą!). Na pewno ten infantylny „fukuyamizm 2.0” psuje odbiór bardzo dobrej skądinąd książki i zniechęci wielu, których mógłby przynajmniej w jakiejś części przekonać. A szkoda, bo „Amerykańskie tianxia” i tak warto przeczytać, i to nie tylko dlatego, że zawsze warto znać prace przeciwników ideowych, ale także dlatego, że w warstwie krytycznej książka wiele wnosi do dyskusji nad współczesnym stanem świata. Zaś wspomniane fukuyamowskie fragmenty mogą razić, są jednak cenne z paradoksalnego powodu: dają moim zdaniem odpowiedź na to, dlaczego Babones jest tak popularny w niektórych środowiskach w Polsce.

Dla naszych polityków, biznesmenów, intelektualistów i dziennikarzy, przywykłych do funkcjonowania w Pax Americana, nagła konieczność przeorientowania się ku Azji jest problemem

Dla wielu przedstawicieli elit w naszym kraju wzrost znaczenia Azji jest problemem, wyzwaniem: rodzi lęk i niepewność. Rzeczpospolita przez ostatnie dwie i pół dekady goniła Zachód, bo wszystkim się wydawało, że „historia się skończyła” i wreszcie przyjmą nas do wielkiej rodziny Zachodu. A tymczasem świat się zmienił i przesunął w stronę Azji, a my znaleźliśmy się na obrzeżach Europy, czyli, ujmując to globalnie, na peryferiach peryferii. Nie dość, że nikt nas nie nagrodził za ten wielki wysiłek ostatnich dwóch dekad, to jeszcze okazuje się, że trzeba dalej biec – i to po nieznanym gruncie. Dla naszych polityków, biznesmenów, intelektualistów i dziennikarzy, przywykłych do funkcjonowania w Pax Americana, nagła konieczność przeorientowania się ku Azji jest problemem. Oni jej nie znają, nie czują, nie rozumieją i przez to się jej obawiają, bo wyzwanie to duże, a wynik niepewny. Gdyby mogli, pozostaliby w swoim znanym światku atlantyckiego Zachodu.

I wtedy przychodzi Babones ze swoimi tezami i głosi: „nic się nie stało!”, świat pozostanie amerykański – i to przez następne kilka stuleci! No, jak go tu nie lubić i nie cenić! W końcu daje (złudne) poczucie bezpieczeństwa.

 

Stały współpracownik "Nowej Konfederacji", ekspert ds. współczesnej Birmy i relacji rosyjsko-chińskich, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, autor pięciu książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych - "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" (Kraków, Akademicka 2014) i "Pani Birmy. Biografia polityczna Aung San Suu Kyi" (Warszawa, PWN 2015) oraz niedawno wydanego debiutu międzynarodowego "Russia and China. A Political Marriage of Convenience".

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Wszystko pod amerykańskim niebem”

  1. jakub pisze:

    Co to jest? Tu nie ma krzty meritum, tylko same tezy bez uzasadnienia :/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz