Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Athos – latarnia zasilana Bożą energią

Na południowych krańcach Europy znajduje się ostatnia teokratyczna republika chrześcijańska i wyjątkowy znak dla epoki ponowoczesnej. Góry Athos nie obejmiemy rozumem, musimy jej doświadczyć

Październik lub listopad – pora dla Polaków kapryśna, a nawet, jak to już kiedyś zauważono –niebezpieczna. Gdy niedługo po ósmej rano z niezbyt zatłoczonego lotniska w Modlinie wylatują maszyny do Salonik, możemy natrafić na słoneczną, jeszcze złotawą jesień, lub przenikający, zimny deszcz, w żaden sposób nie rozpuszczający porannych mgieł. Aura jest niepewna, ale pewne jest, że w hali odpraw zobaczymy nie tylko turystów, którzy wybrali późny urlop na Riwierze Olimpijskiej. Rzuca się w oczy nadreprezenatcja grup składających się z samych mężczyzn. Zwyczajnych, ubranych jak na wyprawy trekkingowe, w polarach i decathlonach, nieraz z kijkami do nordic walkingu. Wśród nich jednak dostrzeżemy sporo duchownych. Nie tych w koloratkach, często spotykanych na ulicach naszych miast, ale znacznie rzadziej widywane postaci w obszernych sutannach i czarnych kłobukach na głowach. Grupy z Podlasia i południowej Polski, z Gdańska, Łodzi i Dolnego Śląska. Serdeczne przywitania, nawet osób, których do tej pory nie znaliśmy i krótka wymiana opinii: „Zaczynacie od świętej Anny czy Pantelejmona?” „Kiedy jedziecie na drugą stronę, do Watopedi?” „Nocujecie w Pantokratorze?”.

Przez Grecką Macedonię do bramy Athos

Półtorej godziny lotu później. Również niewielkie w porównaniu z innymi portami europejskimi lotnisko „Macedonia” w Salonikach. Płuca oddychają dużo cieplejszym i wydaje się, świeższym powietrzem. Umówiony samochód na rumuńskich numerach rejestracyjnych podjeżdża po niedługim oczekiwaniu. Ruszamy dość przyzwoitą autostradą, biegnącą przez środek Półwyspu Chalcydyckiego. Z okien widać puste o tej porze roku pola, przez które przebijają rudawo-czerwone, jakby zardzewiałe połacie ziemi. Małe wsie i miasteczka, wśród których wyróżniają się cerkwie, również nie wyglądają na tętniące życiem i ludzkim gwarem – przechodniów niemal nie mijamy. „Want some music?” – pyta rumuński kierowca. „Hard rock?” – kontynuuje. Czekamy więc na Zeppelinów, może ostatnich Purpli lub Black Country Communion. Z głośnika zaczyna jednak dobiegać chór prawosławny, śpiewający części stałe wschodnich godzin kanonicznych po rumuńsku i grecku. Słuchając go, kierowca dość często wykonuje znak krzyża.

Po 1,5 godziny drogi wjeżdżamy do niewielkiego miasteczka Ouranopoli. To brama na Athos i miejsce, gdzie w zasadzie kończy się administracyjna Grecja. Jesteśmy u samej nasady Półwyspu Athos, stanowiącego z kolei pierwszy z „trzech palców” wyrastających z większego Półwyspu Chalcydyckiego. „Palca” otoczonego od północnego wschodu przez wody i nieco bardziej pochmurne wybrzeża Zatoki Orfańskiej, a od południowego zachodu – przez cieplejszy i bardziej nasłoneczniony akwen zatoki Singitikos, zwanej też niekiedy po prostu Agion Oros – „Święta Góra”. Miasteczko – typowy mniejszy grecki kurort z kafenionami, restauracjami, hotelami i sklepami z pamiątkami znajdującymi się tuż przy plaży. Turystów jednak niewielu, sezon się najwyraźniej skończył, ale to też pewnie wciąż dalekie objawy i komplikacje greckiego kryzysu. Morze, jeszcze ciepłe, zachęca do kąpieli, ale plaża zupełnie pusta. Grecy zazwyczaj nie kapią się w morzu już po 15 sierpnia, czyli po święcie Zaśnięcia Matki Bożej.

Można płynąć, dużym, wielopoziomowym promem rejsowym, zabierającym również samochody lub ciężarówki, albo szybszą, zabudowaną, choć znacznie mniejszą łodzią motorową. W obydwu bar serwuje piwo, coca-colę i kawę – przynajmniej dwóch z tych dobrodziejstw nie będzie już później łatwo dostać na Półwyspie

W Ouranopoli najważniejsze są dwa punkty. Urząd, w którym należy wyrobić diamonitirion, dokument stanowiący rodzaj wizy wjazdowej upoważniającej do przebywania na terytorium Republiki Mnichów oraz odwiedzania i zakwaterowania w tamtejszych monasterach, jak również niewielki port, z którego można dopłynąć na Athos. Z drogi lądowej się nie korzysta. W okienku „wizowym” należy zadeklarować wyznanie, które urzędnik wpisuje do diamonitirionu obok imienia i nazwiska oraz numerów dowodu osobistego. W porcie nie ma już żadnych kobiet (od XI wieku nie mogą przebywać na terytorium Republiki Mnichów) i coraz więcej duchownych. Można płynąć, dużym, wielopoziomowym promem rejsowym, zabierającym również samochody lub ciężarówki, albo szybszą, zabudowaną, choć znacznie mniejszą łodzią motorową. W obydwu bar serwuje piwo, coca-colę i kawę – przynajmniej dwóch z tych dobrodziejstw nie będzie już później łatwo dostać na Półwyspie.

Po niedługim czasie rejsu widać już pierwsze kielie, skity (małe jednostki życia monastycznego, zamieszkiwane przez kilkunastu lub kilkudziesięciu mnichów) i monastery zbudowane na różnych poziomach zboczy athoskich gór. Niektóre, pomimo widocznych kopuł z krzyżami, przypominają z oddali bardziej zamki i twierdze, niż klasztory. W oddali najbardziej widowiskowych pejzaży – spowity wczesnojesiennymi mgłami i delikatnymi chmurami masyw Świętej Góry Athos o wysokości 2032 m n.p.m. Wielu twierdzi, że często widać nad nim sylwetkę Matki Bożej, nazywanej Wielką Igumenią (przełożoną klasztoru) Athos.

Na krętych ścieżkach

Pobyt na Athos można rozpocząć wysiadając w dowolnym porcie na samym Półwyspie. Nasza pielgrzymka wybrała jedną z najbardziej wysuniętych na południe przystani, od której wąska i wijąca się raz w górę, raz w dół kamienna ścieżka prowadziła do skitu świętej Anny (Σκήτη μικρή Αγία Άννα) – pierwszej świątyni, której progi przekroczyliśmy na Półwyspie. Istnieje on od XIV wieku i objęty jest jurysdykcją dużego monasteru Wielka Ławra, gdzie znajduje się czcigodna relikwia zalanego metalem odcisku stopy Matki Bogurodzicy. Niewielka świątynia jest miejscem częstych modlitw mężczyzn, którzy zmagają się z problemem niepłodności. Skit słynie z bardzo surowej reguły – mieszkający tam mnisi mogą spać dopiero po przyjęciu Eucharystii i zakończeniu Boskiej Liturgii w godzinach wczesnoporannych. Wchodzimy tylko na chwilę, czeka nas bowiem jeszcze dwugodzinny marsz do monasteru św. Pawła.

„Choroszo, czto wasze prawitelstwo w Polszy nie słuszajet Ewropejskiego Sojuza!” – mówi nieoczekiwanie napotkany przy jednym ze źródełek młody duchowny, pielgrzym z Mołdawii

Październikowe, greckie słońce przygrzewa już całkiem mocno, choć nie ma upału. Po drodze mijamy liczne źródełka krystalicznie czystej, górskiej wody, otoczone bujną śródziemnomorską roślinnością – gajami oliwnymi, dzikimi różami i drzewami persymony z charakterystycznymi, żółtymi owocami przypominającymi morele lub nektarynki, które w październiku w Grecji kwitną po raz drugi w ciągu roku. Spotykamy pierwszych pielgrzymów, często zaopatrzonych w długie, drewniane kije pomagające w marszu po krętych i wymagających drogach pomiędzy monasterami. Pozdrawiamy się słowami „Christos anesti!”, „Chairete” lub „Christos woskresie!”. W całkowitej ciszy górskiej drogi, wypełnionej odgłosami cykad, gdzie praktycznie nie słychać żadnych odgłosów nowoczesnej cywilizacji, spotykać można również małe karawany osłów niosących bagaże pielgrzymów.

I tak będzie przez wszystkie dni pobytu na Athos, na drogach łączących ze sobą kolejne monastery spotykamy różnych ludzi. Polacy chodzą widać swoimi, osobnymi drogami, bo spotykamy ich już na miejscu w niektórych klasztorach. Mijamy się z Grekami, Rumunami, Mołdawianami, Rosjanami i Ukraińcami, Serbami. Krótkie, przyjazne komunikaty: „Polonija, Ortodoxa”, „Sa traiasca Romania!”, „Sława Isusu Chrystu”. Niektórzy są tu pierwszy raz. Inni, jak spotkany w jednym z monasterów duchowny z Moskwy zajmujący się prawosławnym duszpasterstwem głuchoniemych, przypominający siwego, jurodiwego starca, pielgrzymuje tu co roku, jak do duchowego sanatorium. Ojciec Lew, syn Ormianina i Polki ze Stanisławowa, większą część życia spędził w Gruzji, do seminarium wstąpił w wieku pięćdziesięciu paru lat i nauczył się języka migowego. „Niech Bogurodzica was strzeże”, mówi na pożegnanie, obejmując i delikatnie ściskając nasze dłonie.

„Choroszo, czto wasze prawitelstwo w Polszy nie słuszajet Ewropejskiego Sojuza!” – mówi nieoczekiwanie napotkany przy jednym ze źródełek młody duchowny, pielgrzym z Mołdawii. To chyba jedyne przypomnienie o polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej, które dochodzi do nas na terytorium Republiki Mnichów…

W rosyjskiej kielii św. Modesta natrafiamy na wizytę biskupa jednej z diecezji Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Urodził się… w Legnicy, w rodzinie oficera lotnictwa Armii Radzieckiej, stacjonującego w PRL. Zastanawiamy się, czy jego losy nie były podobne do tych przedstawianych w filmie „Mała Moskwa”, gdzie dzieci radzieckich wojskowych były chrzczone potajemnie w kościołach rzymskokatolickich w Polsce. Na inny akcent natykamy się w wielkim monasterze św. Pantelejemona, który na święto Zaśnięcia św. Apostoła i Ewangelisty Jana gości trzech hierarchów z terenów dawnej Rzeczpospolitej: metropolitę kamieniecko-podolskiego, biskupa słuckiego oraz arcybiskupa lwowskiego i halickiego.

W dużym monasterze świętego Pawła (Μονή Αγίου Παύλου) oddalonym o 2 godziny marszu od skitu św. Anny doświadczamy już prawdziwego rytmu życia monasterskiego. W prawie każdym klasztorze, nowo przybyli pielgrzymi kierowani są do pomieszczenia nazywanego archontariki – rodzaju recepcji, gdzie odpowiedzialny za przyjmowanie gości mnich serwuje przybyłym mocną, grecką kawę parzoną w specjalnym tygielku, ouzo i zimną wodę oraz słodką, różnokolorową galaretkę obtoczoną w cukrze-pudrze – loukumi. Kieliszek anyżkowego alkoholu natychmiast wzmacnia i w połączeniu z kawą i słodyczami daje nową energię.

W rytmie talantronu

Po nabożeństwie wieczerni (nieszporów), kończącym się około godziny osiemnastej, następuje trapeza – ostatni posiłek przed nocą. Schemat ten powtarza się w każdym monasterze lub skicie. Pielgrzymi wraz ze wspólnotą monasteru pośpiesznie spożywają kolację złożoną z warzyw i owoców, rzadziej ryb, wody lub cierpkiego, domowego wina. W trakcie posiłku ze znajdującej się w pomieszczeniu ambony czytane są żywoty świętych lub fragmenty z pism Ojców Kościoła. Przy stołach międzynarodowy skład, choć nikt nie prowadzi rozmów, spożywając posiłek pośpiesznie i w milczeniu. W niektórych monasterach, po posiłku odprawia się bardziej uroczysty obrzęd Wielkiej Panagii, przypominający o stałej obecności Bogurodzicy ze wspólnotą Cerkwi. Jednym z jego elementów jest rozdawanie zgromadzonym małych kawałków poświęconego chleba. Po jego zakończeniu, mnisi stojąc w progu jadalni kłaniają się nisko wszystkim wychodzącym z sali pielgrzymom w geście chrześcijańskiej pokory i wdzięczności.

Szczególnym i niezapomnianym elementem porannych nabożeństw jest zapalenie świec na wielkich żyrandolach i wprawianie ich w delikatne kołysanie. Obrzęd ten symbolizuje Cerkiew-Oblubienicę Chrystusa, która oświetla cały świat, ale również, jest wraz z tym światem targana wichrami życia

Dzień na Athos rozpoczyna się faktycznie według starobizantyjskiej rachuby czasu – od godzin wieczornych. Jutrznia i godziny kanoniczne (czasy), do których wzywa dźwięk drewnianej kołatki – (talanton) rozpoczynają się pomiędzy godziną 3 nad ranem, a 5. Na samym ich początku mnisi, zajmujący miejsca w specjalnych ławkach – stasijach, umożliwiających przybranie dogodnej dla modlitwy pozycji ciała. Na początku mnisi czytają katyzmy – pogrupowane w większe zbiory psalmy oraz wszystkie indywidualne modlitwy, które zobowiązani są odmawiać zgodnie z osobistą zasadą modlitewną. Nabożeństwo rozwija się powoli, niespiesznie, a pogrążeni w głębokiej modlitwie mnisi sprawiają w delikatnie oświetlonej świecami i łampadami świątyni (w cerkwiach Athosu nie używa się światła elektrycznego) wrażenie ludzi przebywających pomiędzy niebem a ziemią. Czasy płynnie przechodzą w Boską Liturgię, podczas której prawie wszyscy zgromadzeni przystępują do Eucharystii. Szczególnym i niezapomnianym elementem porannych nabożeństw jest zapalenie świec na wielkich żyrandolach i wprawianie ich w delikatne kołysanie. Obrzęd ten symbolizuje Cerkiew – Oblubienicę Chrystusa, która oświetla cały świat, ale również, jest wraz z tym światem targana wichrami życia.

Wśród relikwii i mistyki

Athos to towarzystwo nie tylko gór, morza i bujnej roślinności, ale zapach kadzideł i olejów oraz i może przede wszystkim – obecność unikalnych relikwii. Fragmenty szaty Matki Bożej, mirry, złota i kadzidła ofiarowanego Chrystusowi w Betlejem przez Trzech Mędrców, głowa św. Łukasza Ewangelisty, głowa św. Apostoła Andrzeja, prawa ręka Równej Apostołom Świętej Marii Magdaleny, relikwie Anastazji Rzymskiej, męczennicy Julity oraz Darmo Leczących Lekarzy Kosmy i Damiana, czy św. Mikołaja cudotwórcy. Szczególną czcią otoczony jest cudowny olej świętej Anastazji, pomagający w chorobach nowotworowych, część Życiodajnego Krzyża Jezusa Chrystusa, cudowne i część cudownie zachowanego ucha św. Jana Chryzostoma. Liczące nieraz 800, 900 lat ikony: Iwerska, „Godne jest”, Bogurodzicy Karmiącej Mlekiem („Mlekopitielnica”). Ta ilość może wywołać zawrót głowy, ale jednocześnie, sprawić niewytłumaczalne racjonalnie wrażenie obcowania z całą historią Kościoła: i tego na Wschodzie, i na Zachodzie.

Athos to po prostu inny wymiar, do którego współczesny świat ma ograniczony dostęp i wpływ. Widać go w małych portach, gdzie stoją koparki, ciężarówki i maszyny wykonujące roboty drogowe. Samych bitych dróg na Athos nie uświadczymy wiele, prowadzą one z Karies – administracyjnej stolicy Półwyspu, gdzie widać dyskretną obecność administracji greckiej w postaci posterunku policji i niewielkiej poczty. W Karies, jak i największym na Athos porcie Dafni, znajdziemy kilka małych sklepów i restauracji, choć wciąż dominującą formą prowadzenia działalności gospodarczej przez mnichów pozostają sklepy z dewocjonaliami: czotkami wyplatanymi przez zakonników (wschodni odpowiednik różańca), ikonami, modlitewnikami i dziesiątkami rodzajów kadzideł, ziół i naturalnych kosmetyków. W jednym z monasterów jest mały sklepik, gdzie można kupić colę w puszkach, ale wyłącznie… słodzoną stewią. Internet i łączność telefoniczna działają, bez problemu, aczkolwiek sami mnisi ich praktycznie nie używają poza celami administracyjnymi.

Na Półwyspie nie znajdziemy głośnych eventów i akcji ewangelizacyjnych, zabaw i relaksu. W surowym, choć jednocześnie różnorodnym porządku wyznaczanym przez godziny nabożeństw każdy jednak, o ile tylko podejmie pewien wysiłek, może się odnaleźć

Co uderza w Athos, to pewna naturalność, swoiste slow life. Nie ma ono jednak charakteru wystylizowanej rekonstrukcji przygotowanej przez krytyczne wobec współczesności grupki tradycjonalistów ani pokazowej inscenizacji dla bogatych, znudzonych doczesnością mieszkańców XXI-wiecznego świata. Mistyka mnichów nie jest w swoim rdzeniu elitarna, ale zwyczajna, nie przybierając jednak charakteru twardej dyscypliny łacińskiego ordo. Są mnisi, którzy nie uczestniczą we wszystkich modlitwach wspólnotowych, zajmując się w tym czasie starszymi i chorymi współbraćmi, przyrządzają posiłki, piorą i sprzątają. Na Półwyspie nie znajdziemy głośnych eventów i akcji ewangelizacyjnych, zabaw i relaksu. W surowym, choć jednocześnie różnorodnym porządku wyznaczanym przez godziny nabożeństw każdy jednak, o ile tylko podejmie pewien wysiłek, może się odnaleźć. To monastycyzm aktywny i dynamiczny, ale zasilany nie tyle zmiennym napięciem świata, co niezmienną i przemieniającą rzeczywistość energią Bożą.

Athos to jasna latarnia oświecająca chrześcijański Wschód i Zachód. Przykład, że jedno z ostatnich wezwań Chrystusa skierowanych do uczniów – „czuwajcie i módlcie się” – może być realizowane w sposób stały, ciągły i radykalny. Mnisi nie izolują się od świata – doskonale znają sytuację współczesności, otaczając ją ciągłą modlitwą. Dzięki niej świat, którego doświadczamy po powrocie do Salonik, tętniące życiem przez całą dobę ulice, place i lokale pełnych młodzieży, być może wciąż jeszcze istnieje.

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz