Wojna i pokój na Ukrainie

Aktualności,

„Rosja to Putin” i niewiele więcej. Z taką Rosją mamy niestety granice. W sprawie Ukrainy w naszym interesie nie jest zimna wojna, ale już się na nią zanosi, i ważne, by pewne rzeczy powiedzieć sobie wprost.

Wydarzenia ostatnich dni na Ukrainie to początek scenariusza krymskiego na wschodniej Ukrainie. Potwierdza się niestety krytyczny stan państwa ukraińskiego. Pojawiły się również głosy, również ze strony ekspertów spoza Ukrainy, iż władze w Kijowie powinny stanąć do walki. Nasuwa to skojarzenia z apelami kierowanymi przez Radio Wolna Europa do powstańców węgierskich w Budapeszcie w 1956 r., by trwali w oporze – z tą tylko różnicą, że tym razem nie zapowiada się nawet pomocy.

Jakikolwiek by był opór armii ukraińskiej, nie ma ona żadnych szans w starciu z siłami rosyjskimi. Zachód zaś nie wydaje się skłonny nie tylko do wsparcia Kijowa w postaci dostaw sprzętu, ale nawet do zastosowania jakichkolwiek poważniejszych sankcji wobec Rosji. Kreml tymczasem nieomal otwarcie dokonuje pełzającej interwencji zbrojnej na Ukrainie.

Racją stanu RP jest to, by władze w Kijowie nie upadły. Obecna niemrawa operacja przeciwko siłom rosyjskim (to skądinąd istotne, by nie mówić o „separatystach”, lecz wyraźnie podkreślać, że chodzi o armię rosyjską) ma paradoksalnie w tym kontekście pewne zalety. Aktywne działania posłużyłyby Rosji za pretekst do bezpośredniej i jawnej napaści na Ukrainę. Im dłużej Ukraina wygląda jak ofiara agresji, tym większe są szanse na to, że Zachód zdecyduje się jednak na poważniejsze działania. Wielkim zwycięstwem propagandowym Ukrainy byłaby zaś sytuacja, w której to Rosja straciłaby zimną krew i pierwsza otworzyła ogień.

Tak czy inaczej, istotne jest jednak, by władze w Kijowie, nawet jeśli są całkowicie bezsilne, sprawiały wrażenie, że usiłują walczyć. Uchroni je to przed gniewem tłumu na Majdanie, który – rzecz jasna – nie dysponuje żadną cudowną receptą, ale może w przypływie patriotyzmu obalić swój własny rząd, realizując przy tym tak naprawdę zamiary Moskwy.

Z punktu widzenia Polski ważne jest, by ofiara Ukrainy stała się fundamentem, w oparciu o który uda się nam ściągnąć na nasze terytorium siły NATO – a optymalnie – siły lądowe USA

Z punktu widzenia Polski dobrze by też było, gdyby ofiara Ukrainy stała się fundamentem, w oparciu o który uda się nam ściągnąć na nasze terytorium siły NATO – a optymalnie – siły lądowe USA. Nie jest w naszym interesie, wbrew temu, co głosi wielu, mityczna „deeskalacja napięcia”, gdyż tej chce Rosja, która liczy na to, że owa deeskalacja będzie w istocie preludium do uznania status quo. Równocześnie w naszym interesie nie jest też zimna wojna, lecz skoro już ma ona miejsce, to ważne, by Zachód nie chował głowy w piasek i nazywał w jasny sposób to, co już i tak się stało. W tym więc sensie nie deeskalacja, której elementem niechybnie będzie pudrowanie rzeczywistości, ale zimna wojna w starym stylu jest tym, co leży w naszym interesie. Pamiętajmy bowiem, że to nie Winston Churchill mową w Fulton rozpoczął zimną wojnę. On ją tylko skonstatował.

Paradoksalnie jednak w warunkach zimnej wojny Polska, chociażby z racji posiadania wspólnej granicy z Rosją, będzie musiała z nią w jakiś sposób prowadzić dialog. Jakkolwiek mówienie o tym dzisiaj wydaje się nieomal szaleństwem, to warto zacząć o tym myśleć właśnie dziś, by nie zostać zaskoczonym, gdy inne kraje zrobią to za nas.

By dialog z Moskwą miał sens, konieczne jest zaś pożegnanie się z iluzjami, które kazały nam stracić całe lata na dialog z nieistniejącym społeczeństwem obywatelskim i niemającą znaczenia inteligencją. Czas przyznać jedno – w godzinie próby zawiodła cała nasza infrastruktura relacji z Rosją, a nasze kanały komunikacji przestały działać. Miarą klęski naszej polityki wschodniej oraz miarą naszego zaplecza eksperckiego jest to, że w 20 lat po objęciu rządów w Mińsku najbardziej przewidywalnym (nieomal czynnikiem stabilizacji w regionie) i rozsądnym przywódcą za Bugiem okazuje się Aleksander Łukaszenka.

Skoro jest tak źle, to niechybnie rodzi się pytanie, z kim mamy rozmawiać w Moskwie. W Rosji istnieje niewątpliwie wspaniała proeuropejska, liberalna inteligencja. Tyle że jej znaczenie polityczne jest żadne. Czas przestać sobie wmawiać, że „Rosja to nie Putin”, bo niestety, ale „Rosja to Putin” i niewiele więcej. Z takim państwem mamy i będziemy mieć granice. Zanim więc następnym razem zechcemy, z własnej woli czy też pod presją naszych sojuszników z Zachodu, iść na kolejny „reset” z Kremlem, warto chociaż rozumieć, z jakim sąsiadem mamy do czynienia. Następnym razem spróbujmy z Moskwą porozmawiać na serio.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 16–17 (28–29)/2014, 17–30 KWIETNIA, CENA: 0 ZŁ