Wiatr zmian w Berlinie

Aktualności,

Czasy, gdy niemiecka polityka była przewidywalna, już minęły. Świadczy o tym fakt, że najbardziej prawdopodobna zdaje się koalicja, której nigdy jeszcze nie było na szczeblu federalnym.​

Wyniki niemieckich wyborów parlamentarnych w 2017 roku nie były może zaskoczeniem (o tym, że mogą być właśnie takie, wiadomo z sondaży od miesięcy), jednak są sporą rewolucją. Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU) i Unia Chrześcijańsko-Społeczna (CSU) prawdopodobnie wspólnie osiągnęły najgorszy wynik wyborczy od 1949 roku, zaś Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (SPD) – od ostatnich wolnych wyborów w Republice Weimarskiej w 1932 roku. Pierwszy raz od 1957 roku do Bundestagu weszła partia na prawo od chadecji (AfD – Alternatywa dla Niemiec). Pierwszy raz od tamtego czasu zasiądzie w nim siedem partii.

Mówienie już dziś, jaka koalicja będzie rządzić Niemcami, jest więc wróżeniem z fusów. Nie ma większości wystarczającej do stworzenia tradycyjnych koalicji. SPD, niemiłosiernie poobijana w tych wyborach, prawdopodobnie będzie chciała lizać rany, pozostając przez 4 lata w opozycji – co zmniejszy szanse na Wielką Koalicję (składającą się z największych partii o przeciwnych poglądach). Czasy, gdy niemiecka polityka była przewidywalna, już minęły. Świadczy o tym fakt, że najbardziej prawdopodobna zdaje się niespotykana dotychczas na poziomie federalnym koalicja „jamajska” (od barw narodowych ojczyzny Boba Marleya), czyli przymierze chadeków („czarnych”), liberałów z Wolnej Partii Demokratycznej (FDP) – „żółtych” oraz Zielonych.

Współpraca chadeków (którzy – formalnie rzecz biorąc – są centroprawicą) nie tylko z tradycyjnym liberalnym partnerem, ale i z Zielonymi, którzy wywodzą się z nowej lewicy, nie jest znów tak egzotyczna. Tą ostatnią partią już dawno nie kierują przedstawiciele „Pokolenia’68”, a Cem Özdemir (mający tureckich rodziców) oraz Simone Peter. W czasach, gdy Daniel Cohn-Bendit próbował z towarzyszami wywołać rewolucję, mieli oni po trzy lata. Peter była kilka lat temu krótko ministrem ochrony środowiska, energii i transportu w „jamajskiej” koalicji rządzącej wówczas Krajem Saary. Dziś taka koalicja rządzi Szlezwikiem-Holsztynem. Kolejnymi dwoma landami rządzą chadecy z samymi Zielonymi – a należy pamiętać, że rząd kraju związkowego to coś znacznie więcej niż polski zarząd województwa. Taka sytuacja jest możliwa, ponieważ współczesna RFN jest właściwie państwem rodem z marzeń przedstawicieli Pokolenia’68 (nie licząc maoistów czy zielonych fundamentalistów). Współrządzenie z socjaldemokratami w latach 1998-2005 pokazało, że Zieloni są w stanie pójść na daleko idące kompromisy i nie utracić znacząco poparcia. Z kolei chadecy za rządów Merkel ewoluowali w stronę centrum. Taka koalicja byłaby mniej ryzykowna dla wszystkich trzech potencjalnych koalicjantów niż nowe wybory, choć i tych wykluczyć nie można.

Dotychczasowe podejście FDP i Zielonych do polityki zagranicznej jest dla Polski dobrym prognostykiem

Nie wystarczy jednak zawrzeć koalicję, trzeba jeszcze rządzić. A fakt, że AfD znalazła się w Bundestagu, nie wziął się znikąd. CDU, przeobrażając się w technokratyczną partię władzy, zrobiło dla prawicowych populistów z AfD miejsce po prawej stronie. Ale przyczyna popularności AfD tkwi także w tym, że problemy, na jakie ta partia próbuje odpowiedzieć, są realne. Znalezieniu sensownej odpowiedzi na kryzys imigracyjny może przeszkadzać moralizatorstwo ze strony Zielonych; liberałowie już chcą ograniczyć dopływ imigrantów ekonomicznych. Przeszłość pokazała jednak, że i oni potrafią iść na kompromisy. Przykładem może być choćby wysłanie pierwszy raz po 1945 roku niemieckich żołnierzy poza granice kraju (do Kosowa) przez rząd SPD i Zielonych w 1999 roku.

Jakkolwiek zakończą się różne rozmowy koalicyjne, będziemy mieli do czynienia z mocno prounijnym i „postępowym” rządem w Berlinie. Doczekamy się być może kolejnych nowinek zapowiadanych m.in. przez liberałów (np. nowe ramy prawne dla rodzin patchworkowych), ale póki mają obowiązywać tylko po tamtej stronie Odry, nie powinny nas jako państwa interesować – nie mamy na nie wpływu. Koalicje w Niemczech jeszcze długo będą zawierane w ramach establishmentu, który rozbić usiłuje z lewej strony Die Linke, z prawej zaś AfD. Wejście AfD do koalicji rządowej jest raczej wykluczone, co nie znaczy, że jej obecność w parlamencie nie będzie miała żadnego wpływu na politykę Angeli Merkel, wpatrzonej w słupki sondażowe – także, niestety, w tych obszarach, w których pomysły AfD zagrażają naszej racji stanu. Dlatego akurat dotychczasowe podejście FDP i Zielonych do polityki zagranicznej jest dla Polski dobrym prognostykiem. Liberałowie nie chcą wciągać nas na siłę do strefy euro, są proatlantyccy, a także mocno krytyczni wobec imperialistycznej polityki Rosji (mimo niefortunnych słów swego lidera i możliwego przyszłego szefa niemieckiej dyplomacji, Christiana Lindnera, o uznaniu aneksji Krymu jako „trwałego prowizorium”). W dystansie wobec Rosji ścigają się zresztą z Zielonymi. Gdyby nasza polityka wewnętrzna była normalniejsza, znacznie łatwiej byłoby nam się porozumieć z koalicją „jamajską” niż z dotychczasową Wielką Koalicją.