Węzeł sejmowy

Aktualności,

Trudno wyobrazić sobie, przy aż tak niskim poziomie wzajemnego zaufania, wyjście z obecnego kryzysu, które pozwoliłoby wszystkim zainteresowanym zachować twarz.

Miała być tragedia, a – podobnie jak w znanym stwierdzeniu Marksa – wyszła fasa. Tak można byłoby podsumować cały protest w sejmie, który trwa już od 16 grudnia.  Jeśli chodzi o dostęp dziennikarzy do posłów, to PiS już zrobił krok w tył, choć szczegóły mają być dopiero ujawnione. Opozycja tymczasem jako główny powód okupacji podaje obecnie nieregulaminowe, jej zdaniem, uchwalenie budżetu w sali kolumnowej. Prawda jest jednak taka, że poza praworządnością wszystkie zainteresowane strony mają też wyraźne motywy polityczne. A podział na fronty wbrew pozorom nie przebiega tu wcale tylko na linii opozycja-rząd.

Nowoczesna chce bowiem, a raczej chciała aż do portugalskiej kompromitacji Ryszarda Petru, wcześniejszych wyborów, bo one pozwoliłby jej zwiększyć swój stan posiadania kosztem PO, nawet gdyby i tak wygrał PiS. PO jako całość chciałaby męczeństwa, czyli obiegających świat zdjęć, na których straż marszałkowska wynosi jej posłów z sali plenarnej. Młodzież PO, jeśli wierzyć przeciekom, chce zaś przy okazji podważyć przywództwo Grzegorza Schetyny, którego protest już nieco irytuje. PiS z kolei nie chce stwarzać wrażenia, że niekonstytucyjnymi i pozaparlamentarnymi metodami można zawsze na nim coś wymusić. Zresztą z punktu widzenia prezesa Kaczyńskiego obecna okupacja może być odebrana jako cena, którą płaci za zbyt szybkie ustępstwa polityczne w obliczu „czarnego protestu”. Może mu się wydawać, że właśnie wtedy opozycja poczuła krew i postanowiła iść za ciosem.

Najgorszym rozwiązaniem będzie wprowadzanie przenośnych urządzeń do głosowania i przenoszenie prac parlamentu, na stałe, do innej sali

Z drugiej strony, można też przypuszczać, że takich sytuacji dałoby uniknąć się gdyby rząd faktycznie porządnie przeprowadzał konsultacje społeczne i środowiskowe (np. z dziennikarzami czy nauczycielami) przed wprowadzaniem drastycznych zmian. Bez tego przy szaleńczym tempie legislacyjnym narzucanym przez PiS polska polityka zwyczajnie się bowiem przegrzewa. Na szczęście dla partii rządzącej, opozycja nie umie jednak jej błędów odpowiednio wykorzystać. Dzieje się tak, bo jest  głęboko skłócona zarówno wewnętrznie jak i de facto z samym społeczeństwem, z którym nie umie znaleźć wspólnego języka. Gdyby umiała, już dawno posłowie PO i Nowoczesnej przestaliby sobie robić w sali plenarnej selfie, zajadać się „wigilijnym” pasztetem, grzebać w rzeczach kolegów i śpiewać „Nie pucz, kiedy odjadę”. Problem polega na tym, że tę opozycję akurat na tyle w tym momencie stać i tyle też robi. Taka dysfunkcyjność nie wróży jednak polskiemu parlamentowi nic dobrego.

Właściwie trudno wyobrazić sobie, przy aż tak niskim poziomie wzajemnego zaufania, wyjście z obecnego kryzysu, które pozwoliłoby wszystkim zainteresowanym zachować twarz. Okupacja partiom opozycyjnym już nie służy, co do tego komentatorzy są niemal zgodni. Z protestu wyłamuje się też PSL. Tyle, że bezwarunkowa kapitulacja, po tym co zostało już powiedziane i zrobione, zaszkodzi wizerunkowi PO i Nowoczesnej jeszcze bardziej niż kontynuowanie protestu. Jakimś rozwiązaniem byłby  zaproponowany przez Ryszarda Petru, a kontestowany przez PO, kompromis polegający na zgłoszeniu poprawek przez senat i ponowne głosowanie budżetu w sali plenarnej. Innym rozwiązaniem byłby cichy kompromis. A więc najpierw dochodzi do przerwania groteskowego protestu, a dopiero potem już bez bezpośredniego nacisku ogłoszenia przez PiS, że budżet będzie głosowany ponownie. To jednak wymagałoby honorowej postawy liderów i elementarnego zaufania, nawet przy widocznym braku sympatii.

Najgorszym rozwiązaniem będzie natomiast wprowadzanie przenośnych urządzeń do głosowania i przenoszenie prac parlamentu, na stałe, do innej sali. Pogłębi to bowiem wrażenie stanu pełzającej wojny domowej i politycznej niedojrzałości obu stron sporu. Z punktu widzenia obywateli zarówno pewność siebie PiS jak i nierozgarnięcie opozycji jest zaś zjawiskiem niebezpiecznym i to niezależnie od owych obywateli sympatii. W polityce, tak jak w gospodarce, konsument zyskuje bowiem w wyniku toczącej się na wysokim poziomie konkurencji dostawców towarów i usług.  Ustawy, regulacje i działania administracyjne to właśnie produkty polityków, konsumujemy je zaś my wszyscy. Aż strach pomyśleć, co przyjdzie nam zjeść po wyczynach tych „kucharzy”. Zwłaszcza, że geopolityczna sytuacja stawia przed Polską wyzwania o wiele poważniejsze zagadnienia niż miłostki Ryszarda Petru i recitale posłanki Muchy.