fbpx
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Walicki, Rosja i nowe polskie wykorzenienie

Andrzej Walicki był filozofem polskim. To znaczy takim, który pojmował rodzimą myśl jako ukształtowaną w historycznym spotkaniu ze Wschodem i Zachodem

Przyzwyczailiśmy się do sytuacji, gdy większość rodzimego myślenia istnieje jako reakcja na zachodnie doktryny, idee i paradygmaty. Jest to oczywistość zarówno w świecie popkultury, jak i szeroko rozumianej humanistyki. Zarówno lewica, jak i konserwatyści po 1989 roku błyskawicznie odwrócili głowy na zachód. Przyczyny tego zjawiska były dość oczywiste, ale ich skutki okazały się mocno dwuznaczne – nie tylko na poziomie czysto akademickim, lecz w dziedzinie społecznych wyobrażeń i metapolitycznych horyzontów warstw wykształconych III RP.

Po pierwsze, była to forma wybicia na niepodległość myśli – okazała się jednak dość dyskusyjna, gdyż prowadziła do nowych intelektualnych uzależnień i szybkiego wypracowania mnóstwa kseromodernizacyjnych nawyków, dotyczących transformacji ekonomiczno-kulturowej. Po drugie, dało się w tym wyczuć wręcz ostentacyjną chęć zerwania wszelkich więzi ze znienawidzoną albo pogardzaną Rosją. Pragnienie zrozumiałe po dekadach Polski Ludowej, które szybko jednak zaczęło grozić nie tylko śmiesznością (uporczywa transkrypcja rosyjskich nazw i nazwisk na język polski via angielszczyzna), ale i wyzbyciem się nie tak małej części własnych intelektualnych i kulturowych punktów odniesienia. A ostatecznie: narastającą, mocno krótkowzroczną ignorancją i arogancją wobec osłabłego w latach 90. sąsiada ze wschodu. Już nie potężnego olbrzyma, któremu trzeba było „spóźnić krok”, albo w którego cieniu trzeba było ocalać z polskiej duszy, ile się dało, ale olbrzyma-kaleki-pijaczyny, który w czasach jelcynowskiej smuty zdawał się być już niczym.

Tym dziwniejszymi figurami w świecie dość naiwnej okcydentalizacji wydają się i Łagowski, i Walicki. Obu filozofów, przez ostatnie dekady ściśle związanych z po-PRL-owskim „Przeglądem”, trudno przecież zaliczyć do grona lewicowych (chyba że na tej zasadzie, która w prostacki sposób czyni „lewactwem” wszystko, co nieoczywiste dla pewnego typu uczestników dyskusji publicznych i wojen postideowych)

Po trzecie – było w tym intelektualne lenistwo i stadny konformizm łatwo nawróconej na niemal bezkrytyczny okcydentalizm inteligencji, które sprawiały, że przyjęty na początku lat 90. model ostentacyjnego désintéressement rosyjską ideą i tematyką przyniósł skutek dość smutny. Sprawy rosyjskie w naszej debacie publicznej albo się rozmyły niemal zupełnie, albo z czasem trafiły w ręce promoskiewskich grupek wpływu prawicowego chowu, lub funkcjonowały gdzieś na obrzeżach debat, łącząc w kręgach wtajemniczonych i część postkomunistycznych intelektualnej elity, i część młodej prawicy, w czasach tzw. pierwszej „Frondy” zainteresowaną tym, co się dzieje w rosyjskiej myśli po marksizmie. Ówczesne zaciekawienie, jeśli nie fascynacja części prawicy Aleksandrem Duginem była tego dobrym przykładem. Dla wielu jednak jedynym punktem odniesienia stał się Jan Kucharzewski (rzecz jasna, wart lektury) i historiozoficzne tezy o cywilizacji turańskiej Feliksa Konecznego, traktowane niemal jako politologiczny i historiozoficzny pewnik.

Outsider III RP

Jako jeden z nielicznych, inne perspektywy stwarzał zmarły niedawno prof. Andrzej Walicki, historyk idei i filozof, którego można też nazwać kontrowersyjnym rosjoznawcą – o ile nie zawęzimy tej dziedziny do kwestii politologicznych. Trzymam przed sobą „O Rosji inaczej”, jego książkę wydaną w 2019 roku. Nieledwie czterysta stron, zapisanych drobnym drukiem, można czytać jako vademecum, przewodnik po dziełach i koncepcjach tego historyka idei i myśliciela. Jako krótkie podsumowanie jego biografii intelektualnej. Znajdziemy w tej pracy i teksty popularnonaukowe, i publicystyczne.

Dla starszych roczników nie tylko opozycyjnej inteligencji, które próg III Rzeczpospolitej przekroczyły już w pełni ukształtowane i nie stawiały wówczas pierwszych kroków w kariery, tradycje XIX-wiecznej inteligencji polskiej były czymś niemal na wyciągnięcie ręki

Dla jednych istotne są tylko te pierwsze – ponieważ publicystyka prof. Walickiego przynosi im zbyt duży bagaż bieżących okołopolitycznych emocji, z reguły bardzo mocno uderzających nie tylko w obecnie rządzące środowisko prawicy, ale szerzej rozumianą post-Solidarność, do której myśliciel zaliczał również inteligenckie środowiska skupione wokół Adama Michnika i „Gazety Wyborczej”.

Drudzy starają się zrozumieć, albo po prostu bezkrytycznie akceptują publicystykę Walickiego z czasów nowszych. Czy może precyzyjniej – próbują przede wszystkim uchwycić następujący fenomen: dlaczego autor „Marksizmu i skoku do królestwa wolności”, podobnie jak bliski mu ideowo prof. Bronisław Łagowski, stał się outsiderem życia intelektualnego III RP? Dlaczego znalazł swoją intelektualną niszę na uboczu polskich sporów, które – coraz bardziej skupione na „tu i teraz”, na absorpcji zachodniej kultury masowej, anglosaskiego liberalizmu i amerykańskiego neokonserwatyzmu – w głównym nurcie debat straciły z oczu XIX-wieczną i niemałą część XX-wiecznej rodzimej myśli, zmuszonej do równoczesnej konfrontacji i z rosyjską, i zachodnioeuropejską rzeczywistością metapolityczną?

 Wnikliwy badacz z „Przeglądu”

Mówiąc publicystycznym skrótem: znaczna część lewicy zgubiła dawny romantyzm, PPS-owski patriotyzm i nawet podszyty rusofilią internacjonalizm, szukając dla siebie nowych uzasadnień, argumentacji i mitologii w doktrynach stworzonych w XX wieku w innych warunkach ustrojowych i kulturowych niż polskie. Intelektualna prawica próbowała raczej bez powodzenia połączyć anglosaski zachwyt wolnorynkową doktryną jako panaceum na ustrojowe, społeczne czy wręcz egzystencjalne bolączki współczesnego Polaka/Polki z lojalnością wobec tożsamości i doktryny katolickiej. Zaś liberałowie głównego nurtu najbardziej ucieszyli się z tego, że mogą być po prostu Europejczykami, co na długo zaowocowało wiarą w postmodernizm, rynek zdominowany przez prywatne instytucje kapitałowe i globalne organizacje finansowe, koniec historii i unieważnienie pytań o trudności transformacji – przez sam akces do struktur unijnych. Dopiero w ostatnich latach, sądząc po książkach w rodzaju „Kontrrewolucja. Liberalna Europa w odwrocie” Jana Zielonki i „Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS” Łukasza Pawłowskiego, próbują ponownie złapać kontakt z tym, co im umknęło z widoku: na Zachodzie jest to powolny upadek klasy średniej i zaufania do demoliberalnego konsensu, w Polsce – rozwarstwione mocno i kulturowo podzielone społeczeństwo na dorobku o znacznie skromniejszych możliwościach niż aspiracjach.

Tym dziwniejszymi figurami w świecie dość naiwnej okcydentalizacji wydają się i Łagowski, i Walicki. Obu filozofów, przez ostatnie dekady ściśle związanych z popeerelowskim „Przeglądem”, trudno przecież zaliczyć do grona lewicowych (chyba że na tej zasadzie, która w prostacki sposób czyni „lewactwem” wszystko, co nieoczywiste dla pewnego typu uczestników dyskusji publicznych i wojen postideowych). Rdzeniem uniwersum idei, opisywanego przez obu autorów, jest raczej oświeceniowa i pooświeceniowa liberalna i konserwatywna myśl w jej różnych nurtach i odcieniach. A stałym punktem odniesienia – zapoznana w dużej mierze już w III RP polska i rosyjska spuścizna intelektualna: myśli, koncepcje, strategie i biografie intelektualne, które szczególnie w XIX wieku kształtowały się nie tylko w zderzeniu z koncepcjami zachodnimi, ale w dużej mierze – z dorobkiem rosyjskim.

Dorobkiem, który sam często był wypadkową i właściwych Rosji fenomenów religijnych, społecznych i kulturowych, i przetworzenia wpływów niemieckich, francuskich, angielskich i polskich. I to zderzenie przyniosło u początków XX wieku jeden z największych kryzysów i przełomów w dziejach świata: zaowocowało „apokalipsą naszych czasów”, próbą realizacji utopii, która szybko objawiła swój dystopijny charakter i potencjał. I na gruzach której wciąż żyjemy. I dzięki której wreszcie możliwy stał się Walicki, jakiego znaliśmy: skrzętny badacz i interpretator nie tylko rosyjskiej myśli – od Oświecenia przez marksizm aż do epoki Putina. Nie jest też wykluczone, że bieżąca publicystyka, kąśliwa wobec prawicy, coraz wyraźniej pisana pod czytelników „Przeglądu”, być może chroniła samego Walickiego przed losem starego antykwariusza, który musi się biernie przyglądać, jak jego cenne zbiory kurzą się zapomniane, i coraz rzadziej komuś potrzebne; który patrzy, jak przechodzący przechodnie omiatają wzrokiem nobliwy szyld i spieszą prędko w kierunku innych myśli, które lepiej zdadzą się na amunicję w polsko-polskiej wojnie.

Był zatem Walicki inteligentem polskim starej daty. I więcej pewnie rozumiał z duszy polskiej, nad okaleczeniem której ubolewa prof. Ryszard Legutko, niż niejeden współczesny magister nauk humanistycznych, który nie ma najmniejszego powodu, by traktować polskość jako formę równoczesnego pojmowania Zachodu i Wschodu (a gdzież tu jeszcze myśleć o Północy i Południu!)

Myśliciel niejednoznaczny

Powtórzę: Andrzej Walicki był myślicielem polskim. To znaczy takim, który pojmował rodzimą myśl jako ukształtowaną w historycznym spotkaniu ze Wschodem i Zachodem. Były to spotkania dramatyczne, tragiczne, tragikomiczne, spotkania czasów wojny i pokoju, rzadko jednoznaczne, na ogół – pełne coraz to nowych zmiennych, tak dziejowych, jak ideowych. Wystarczy zajrzeć do wspomnianej wyżej pracy „O Rosji inaczej”, do otwierającego ją wywiadu, którą z profesorem przeprowadził Janusz Dobieszewski. Już tylko rozważania naukowca o rosyjskiej idei pokazują jej niejednoznaczność, wielość kontekstów pojawiających się w poszczególnych epokach – Walicki był zresztą jej demistyfikatorem, znawcą, a nie wyznawcą. Rosyjska idea jako chrześcijański i imperialny Trzeci Rzym, jednoczący tradycję łacińską, bizantyjską, wreszcie carskie władztwo. Rosyjska idea ściśle jako termin, dziedzictwo Fiodora Dostojewskiego i Włodzimierza Sołowjowa. Idea rosyjska jako chrześcijaństwo zeświecczone, czyli słowiańska droga do socjalizmu, niedotkniętego – choćby zdaniem starego Aleksandra Hercena – wielowiekowym zepsuciem „starych” zachodnich narodów i państw. Wreszcie idea rosyjska w znaczeniu bierdiajewowskim: gdy straciła „charakter normatywno-teologiczny, ewoluując w kierunku ujęć opisowych, mówiących o szczególnych cechach narodu rosyjskiego i odpowiadających im ukierunkowaniach rosyjskiej myśli, zawsze jednak z intencją wyjaśnienia czegoś w przeszłości Rosji i z jakąś prognozą na przyszłość”.

A polski kontekst? Prof. Bronisław Łagowski tak pisał dekadę temu: „Gdy Andrzej Walicki (rocznik 1930) wchodził w dorosłe życie i rozpoczynał karierę naukową, państwo miało oficjalną filozofię, w którą każdy obowiązany był wierzyć pod groźbą marginalizacji. Tą filozofią był marksizm, integralnie połączony z utopią komunistyczną. Nie wystarczył brak sprzeciwu wobec niej ani zwykła pragmatyczna akceptacja na zasadzie cuius regio, eius religio, od inteligenta, a zwłaszcza pracownika naukowego, wymagano dowodów żarliwej wiary”. Jak zauważa dalej Łagowski, dla Walickiego „rewolucja marksistowsko-komunistyczna była zawaleniem się jego dotychczasowego świata, a nie obietnicą odrodzenia ludzkości. Wychował się w środowisku wyższej warstwy inteligenckiej, bardzo patriotycznej i liberalnej, w jakimś stopniu lewicującej i jednocześnie z wyobraźnią mocno naznaczoną symboliką i tradycją szlachecką. Gdyby Walicki poddał się determinizmowi swojej biografii, jak to dziś wielu czyni, to znalazłby się w obozie IV RP, a tymczasem on nawet do III odczuwa dystans i jest rozczarowany. Filary symboliczne postsolidarnościowej Rzeczypospolitej – Katyń, Powstanie Warszawskie – były zdarzeniami, które dotknęły jego rodzinę, a powojenny stalinowski terror także jego samego. Ojciec, wybitny historyk sztuki Michał Walicki, zastępca szefa wywiadu AK, przeszedł przez więzienia UB” (cytat za: „Andrzej Walicki – widz i uczestnik”, Bronisław Łagowski, w: „Wokół Andrzeja Walickiego”, red. Janusz Dobieszewski, Jan Skoczyński, Michał Bohun, Warszawa 2009).

Dziedzictwo inteligencji

Ważna rzecz – dla starszych roczników nie tylko opozycyjnej inteligencji, które próg III Rzeczpospolitej przekroczyły już w pełni ukształtowane i nie stawiały wówczas pierwszych kroków w kariery, tradycje XIX-wiecznej inteligencji polskiej były czymś niemal na wyciągnięcie ręki. Była to zatem pamięć o najbliższych krewnych, ich przyjaciołach i wrogach, którzy studia odbywali i na zachodnich, i na rosyjskich uniwersytetach. Pamięć o ludziach, szczególnie spośród szlachty, także tej przemieniającej się w inteligencję, którzy robili kariery albo cierpieli w carskiej Rosji, zruszczali się lub repolonizowali – świetnie znając rosyjski, tamtejszą literaturę i sztukę, obyczaje warstw wyższych.

Niektórych czyniło to urzędnikami i oficerami carskimi, innych – rewolucjonistami, a później nawet „starymi bolszewikami”, dla których Bierut i jemu podobni byli młokosami i karierowiczami. Jeszcze inni w 1918 roku wybrali Polskę. Oni wszyscy jednak – śmiem zaryzykować tezę dla wielu karkołomną – doświadczenie polskości mieli głębsze, ponieważ obok greki i łaciny znali też rosyjski. Dziś polski inteligent nieznajomość Rosji, albo pewien jej stereotypowy obraz uważa za najtrafniejszy punkt widzenia na świat. Jak silna była to więź kulturowa, dobrze widać jeszcze w niektórych akapitach „Na nieludzkiej ziemi” Józefa Czapskiego, w passusach poświęconych spotkaniom polskiej i wczesno-sowieckiej inteligencji, ich rozmowom o poezji i literaturze.

W fascynujący niemal sposób tę dwoistość, otwarcie na Zachód i Wschód, pokazuje Walicki na kartach książki „Polska, Rosja, marksizm”. Otwiera ją cytat z jego mentora i przyjaciela, Isaiaha Berlina. „Inteligencja jest słowem wynalezionym w dziewiętnastowiecznej Rosji, a następnie rozpowszechnionym w skali światowej. Zjawisko określane tym słowem, wraz z jego historycznymi, rewolucyjnymi konsekwencjami, jest, jak sądzę, największym rosyjskim wkładem w przemianę świata” – pisał Berlin na kartach „Rosyjskich myślicieli”. Polska inteligencja, jako samoświadoma grupa społeczna, stawiająca przed sobie ogólne i wielkie cele, zakiełkowała pośród Wielkiej Emigracji, czyli już po powstaniu listopadowym. Łączyła w jedno sprawę narodową, insurekcyjną i rewolucyjną. Chciała również „podnieść lud”, czyli uczynić lepszym życie chłopstwa.

Ale najlepszą ziemią dla powstania polskiej inteligencji – pisze Walicki – stały się tereny zaboru pruskiego. „Miejscem, w którym narodziło się polskie pojęcie «inteligencja» była zachodnia część ziem polskich – Wielkie Księstwo Poznańskie. W latach czterdziestych, dzięki polityce liberalizacji po wstąpieniu na tron Fryderyka Wilhelma IV (1840), stało się ono terenem ożywionej i dobrze organizowanej pracy organicznej oraz widownią niebywałego rozkwitu czasopiśmiennictwa polskiego, dostarczającego legalnej trybuny pisarzom i publicystom wszystkich trzech zaborów”. Z czasem inteligencka wyobraźnia przeniosła się do Kongresówki i na Kresy, po części też do Galicji: zdecydowała o tym nie tylko lektura romantycznych wieszczów, ale i przemożny wpływ ludzi opisanych w „Rodowodach niepokornych” Bohdana Cywińskiego, a wreszcie Sienkiewicz, Żeromski i Miłosz. I dziś wspominany dość okazjonalnie Stanisław Brzozowski.

Książki zbójeckie

Był zatem Walicki inteligentem polskim starej daty. I więcej pewnie rozumiał z duszy polskiej, nad okaleczeniem której ubolewa prof. Ryszard Legutko, niż niejeden współczesny magister nauk humanistycznych, który nie ma najmniejszego powodu, by traktować polskość jako formę równoczesnego pojmowania Zachodu i Wschodu (a gdzież tu jeszcze myśleć o Północy i Południu!). Trzy dekady intensywnej okcydentalizacji polskiego społeczeństwa zepchnęły w cień wiele zagadnień i tematów, ważnych dla naszej tożsamości od czasów ukształtowania się inteligenckiego fenomenu. Dla wielu to pewnie zagadnienie czysto akademickie i abstrakcyjne. Ale to fałszywa perspektywa: prędzej czy później odczujemy brak dobrze wykształconych kadr rozumiejących niuanse rosyjskiego kontekstu, wychwytujących z rosyjskiego oficjalnego, literackiego i popkulturowego przekazu myśli, nastroje, oczekiwania. Z prof. Walickim nie trzeba się było zawsze zgadzać jako z publicystą. Nie znać jednak jego prac – było i będzie jeszcze dość długo znacznym błędem. Istotne jest i to, kto przejmie jego dorobek – i w jakich celach.

Najważniejszy był walor formacyjny jego prac: również po 1990 roku, gdy nastały nowe intelektualne mody, trendy i przymusy myślowe, oferował inne spojrzenie na polską rzeczywistość. Książki takie jak „W kręgu konserwatywnej utopii. Studia z dziejów literatury i myśl rosyjskiej”, „Rosyjska filozofia i myśl społeczna od Oświecenia do marksizmu”, „Zarys myśli rosyjskiej. Od Oświecenia do Renesansu religijno-filozoficznego”, „Polska, Rosja, marksizm”, „Rosja, katolicyzm i sprawa polska” to pewnie dla części jego czytelników książki zbójeckie, nie tylko formujące, ale wręcz porywające. Dla innych – to przede wszystkim solidne kompendia wiedzy o świecie ukrytym za grubymi kotarami idei i myśli które nadają ton „tu i teraz”. Czytanie Walickiego uczy zarówno uważności, jak i ostrożności – zarówno wobec jego polemistów, jak i wobec jego opinii. Zarówno wobec idei, które opisuje, jak i wobec tych, których te idee nic już nie obchodzą. Ale i wobec tych, którzy zbyt uspokajającym tonem – powołując się właśnie na profesora – mówią o putinowskiej Rosji.

Prędzej czy później dowiemy się, czy lepiej było zapomnieć o Rosji, czy jednak lepiej – lepiej ją rozumieć również dzięki książkom Walickiego.

 

 

 

Felietonista i dziennikarz Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta Polskiego Radia 24, tvp.info, „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”. Pisze m.in. do miesięcznika ZNAK i Tygodnik.TVP.pl. W miesięczniku „Nowe Państwo” prowadzi rubrykę „Dziennik lektur”

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz