Newsletter

Trumpowi będzie trudniej

Kongres nie będzie patrzył już tak życzliwym okiem na kolejne pomysły prezydenta USA. Choć gdyby traktować „wybory półmetkowe” jako sondaż, Donald Trump wypadł w nich nie najgorzej

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Dla Polaków wybory w Stanach Zjednoczonych mają status czegoś na kształt piłkarskiego El Clásico. Nie nasza liga, wpływu na wynik nie mamy – ale jednak coś nas kręci, coś nas podnieca w tym starciu między potężnymi słoniem a osłem, zwłaszcza gdy mówimy o wyborach prezydenckich. Ale i w odbywającej się co dwa lata elekcji do Kongresu (wymieniana jest cała Izba Reprezentantów i co trzeci senator) politycznie zainteresowani mają swoich faworytów. Szeroko rozumiana prawica republikanów, lewica demokratów, liberałowie… w zależności od priorytetów. W każdych wyborach można znaleźć też jakąś maskotkę do popierania: przez lata konserwatywni liberałowie mieli w Izbie Reprezentantów Rona „Dr. No” Paula, głosującego przeciw wszelkim federalnym wydatkom – jego misję kontynuuje jego syn Rand Paul, aktualnie senator z Kentucky. Socjaliści mają senatora Berniego Sandersa i od paru miesięcy 28-letnią Alexandrię Ocasio-Cortez, która właśnie została najmłodszą kongreswoman w historii. Do Izby Reprezentantów wybrany został także urodzony w Słupsku Tom Malinowski.

Jeśli jednak zostawimy na boku realne efekty tych wyborów, a spojrzymy na nie jako na ocenę, jaką prezydentowi w połowie jego kadencji wystawili wyborcy, to nie jest ona taka zła. Partie amerykańskich głów państw osiągają regularnie słabsze wyniki w połowie kadencji prezydenckich

Przy ocenie tych wyborów warto pamiętać, że o ile mają na nas wpływ dalece większy niż, powiedzmy, wybory w Meksyku, to jednak nie we wszystkich aspektach. Kwestie takie jak amerykańskie podatki, aborcja, dostęp do broni, rozgrzewające debatę publiczną za oceanem, nie dotyczą nas w żadnym stopniu. Błąd popełniają więc politycy PiS, patrząc na te wybory przez ideologiczne okulary. Cokolwiek sądzą o postępach bliskiej im nieliberalnej demokracji w USA, to patrząc bez emocji na suchy efekt tych wyborów, muszą zauważyć, że Partia Demokratyczna odwojowała Izbę Reprezentantów, zaś Partia Republikańska umocniła się w Senacie. Oznacza to praktyczne osłabienie pozycji Donalda Trumpa. Trudniej będzie mu uzyskiwać zgodę na swoje pomysły. Jednak dotyczy to głównie kwestii wewnątrzamerykańskich. W tych sprawach Trump będzie miał trudniej, choć nie we wszystkich, bo np. w kwestii inwestycji infrastrukturalnych może raczej liczyć na poparcie demokratów. Zdominowany przez nich Kongres będzie na pewno patrzył prezydentowi bardziej na ręce, choć już z tego obozu słychać głosy, że z tym impeachmentem to jednak były żarty.

Te wybory nie wpłyną raczej na amerykańską politykę zagraniczną – chyba, że Donald Trump chciałby np. wypowiedzenia wojny, bo to mógłby zrobić tylko Kongres. Jednak jego praktyczne działania pokazały, jak niewiele może amerykański parlament znaczyć w kontekście np. polityki handlowej. To od Kongresu zależą cła, chyba że chodzi o bezpieczeństwo narodowe. Dla Donalda Trumpa wszystko dotyczy bezpieczeństwa narodowego, nawet import pralek, w związku z czym w praktyce Kongres został pozbawiony swojej prerogatywy. Ale nawet gdyby nie został, to demokraci są tradycyjnie bardziej protekcjonistycznie nastawieni niż republikanie, więc wiele z pomysłów Trumpa w tym zakresie mogliby poprzeć. Tym bardziej, że zmienił się w Ameryce klimat wokół stosunków międzynarodowych i można zakładać, że obecny prezydent jest tylko nieco bardziej „jastrzębim” przedstawicielem podejścia, które w gruncie rzeczy podziela większość amerykańskiego mainstreamu.

Jednak mimo tego Donald Trump mówi o olbrzymim zwycięstwie swojej partii. Można się uśmiechnąć, widząc analogię pomiędzy tym, co dzieje się w USA, i karkołomnymi próbami udowodnienia przez polityków PiS swojego zwycięstwa w Polsce, w której jednak w większości sejmików ta partia będzie w opozycji. Jeśli jednak zostawimy na boku realne efekty tych wyborów, a spojrzymy na nie jako na ocenę, jaką prezydentowi w połowie jego kadencji wystawili wyborcy, to nie jest ona taka zła. Partie amerykańskich głów państw osiągają regularnie słabsze wyniki w połowie kadencji prezydenckich. Ostatni raz partia prezydencka zyskała mandaty w Izbie Reprezentantów (jako że wybiera się ją całą, a nie tylko jedną trzecią, no i liczebność wyborców w okręgach jest bardziej równa, jest bardziej wiarygodnym „termometrem”, niż wybory do Senatu) w 2002 roku, w połowie pierwszej kadencji George’a W. Busha. Nie jest więc ważne, czy, ale – ile mandatów traci partia prezydencka. Na półmetku I kadencji Baracka Obamy, demokraci w 2010 roku stracili aż 63 mandaty, w połowie I kadencji Billa Clintona – 54, a mimo to obu udało się wygrać wybory dwa lata później. W tym roku republikanie stracili 29-44 mandaty (pełne wyniki nie są jeszcze pewne), więc można powiedzieć, że ocena prezydentury nie jest najgorsza.

Oczywiście nie znaczy to, że Donald Trump na pewno wygra wybory za dwa lata. Ostatni prezydent, któremu nie było dane rządzić dwie kadencje, George Bush Senior, stracił na swoim półmetku tylko osiem szabel w Izbie Reprezentantów (co i tak nie miało większego znaczenia, bo republikanie byli wówczas w mniejszości). Wróżenie z wyborów do Kongresu niewiele powie nam o przyszłości. Pewne jest tylko to, że Donaldowi Trumpowi będzie przez najbliższe dwa lata trudniej niż dotychczas realizować swoje pomysły.