Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu?
Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Szpetny nasz kraj, czyli (anty)patriotyzm krajobrazu

Polacy nie dbają o to, jak wygląda ich kraj: oddali przestrzeń we władanie sił rynkowych i samowoli jednostek

Polacy nie dbają o to, jak wygląda ich kraj: oddali przestrzeń we władanie sił rynkowych i samowoli jednostek.

Dziesięć lat temu Roger Scruton, angielski filozof, autor znany w Polsce m.in. z prac „Co znaczy konserwatyzm”, „Intelektualiści nowej lewicy”, opublikował na łamach tutejszej edycji „Newsweeka” artykuł „Estetyczne skażenie”. Stawiał w nim tezę, że Polacy nie dbają o to, jak wygląda ich kraj: oddali przestrzeń we władanie sił rynkowych i samowoli jednostek. Pisał o „estetycznym spodleniu”, brzydocie współczesnej Polski, braku troski o ład przestrzenny i niemal zerowym szacunku do rodzimych krajobrazów.

Estetyka, głupcze!

Oto cytat, który stanowi sedno boleśnie prawdziwego i po dekadzie wywodu Scrutona: „Zmysł estetyczny nie tylko jest poniewierany przez wizualne skażenie, które rozlewa się po Polsce, ale również zupełnie lekceważony przez siły, które kształtują oblicze kraju. Wydaje się, że brakuje miejsca na wartości estetyczne w decyzjach administracyjnych, prawnych i politycznych, które prowadzą do powstania parkanów przy szosie albo hipermarketu na polu. Być może Polacy nie widzą obecnie takiej potrzeby, ale mogą ją dostrzec w przyszłości, jeśli w trudnej sytuacji przywódcy polityczni odwołają się do miłości ojczyzny i stwierdzą, że ojczyzna już nie istnieje. Kto będzie walczył za swój kraj, jeśli zniknie krajobraz wiejski i miejski, w którym uwidacznia się dusza ojczyzny i który nasycony jest wspólną historią i przeznaczeniem?

Ludzie odwiedzający Anglię często zwracają uwagę, że podróżując samochodem przez obszary wiejskie, nie widać parkanów, supermarketów ani ohydnych obiektów przemysłowych, lecz pola uprawne, zadbane wioski z kamienną zabudową, żywopłoty i zagajniki, krajobraz nieodbiegający aż tak dalece od sielskich rajów opisywanych przez Jane Austen i odmalowywanych przez Constable’a. I ze zdziwieniem konstatują, że przecież Anglia jest o wiele mniejsza od Polski, ma niebezpiecznie wysokie zagęszczenie ludności, a jej wielkie miasta puchną. Wyjaśnienie tego paradoksu jest jednak proste: od II wojny światowej w nasze ustawy o planowaniu przestrzennym wpisane są wartości estetyczne.

Rzeczywiście jeśli przyjrzymy się naszym debatom publicznym i – coraz bardziej mizernej – treści przekazu sił politycznych, nie znajdziemy tutaj ani odrobiny miejsca na refleksję, którą wysnuł angielski filozof i która znajduje swoje miejsce w porządku prawnym Anglii. W III Rzeczypospolitej nie ma miejsca na zjawisko, które można by określić jako „patriotyzm krajobrazu” czy też „patriotyzm przestrzeni”. Dlaczego? W pewnej mierze dlatego, że nasz patriotyzm jest silnie zdeterminowany przez kwestie tożsamościowo-historyczne. I w nich się spełnia. Bywa to także patriotyzm beztrosko abstrakcyjny i patetyczny – „patriotyzm chorągiewki” – a kompletnie bezradny wobec argumentów ze „świętej własności” i przekonania o zawsze dobroczynnych skutkach prywatnej inicjatywy.

Zapomniana tradycja

Dzisiejsza Polska w najlepszym razie jest pstrokata, w najgorszym: niemal kompletnie wyzbyta tego, co Scruton wiąże w całość: wartości estetycznych w planowaniu przestrzennym. Ale czemu się dziwić, skoro realnie jedyną uznawaną przez większość Polaków wartością jest owa „święta własność”, wytęskniona przez lata Polski Ludowej. A i planowanie przestrzenne to dla bardzo wielu osób „relikt socjalizmu”. W końcu wszystko najlepiej reguluje rynek, dla którego cała przestrzeń jest tylko „miejscem na twoją reklamę”.

Czy czytał ktoś kiedyś interesujący tekst o patriotyzmie krajobrazu pióra znanych i lubianych publicystów prawicy, którzy przecież słyną z odmieniania przez wszystkie przypadki słowa „patriotyzm”? Czy ktokolwiek na prawicy kojarzy dziś takie nazwiska jak Jan Gwalbert Pawlikowski, taternik, przedwojenny endek, główny prekursor ideologii ochrony przyrody w Polsce, który miał znaczny wpływ na prawo dotyczące ochrony przyrody w II Rzeczypospolitej i był autorem zasad przyjętych przez europejskie organizacje alpinistyczne? Ten człowiek do dziś nie ma swojego pomnika w Zakopanem, bo plany jego budowy przerwała… II wojna światowa. To on w 1936 r. zapisał słowa, które dziś dla wielu brzmiałyby właśnie jak „ekoterroryzm”: „W czasie niewoli jedną z sił najpotężniejszych, podtrzymujących tętno serca narodu, była miłość ojczystej ziemi. […] Z chwilą odzyskania wolności postanowiliśmy oblicze to uczcić przez ochronę jego ukochanych rysów” („W obronie idei Parku Narodowego”).

Nasz patriotyzm jest silnie zdeterminowany przez kwestie tożsamościowo-historyczne. Bywa to także patriotyzm beztrosko abstrakcyjny i patetyczny – „patriotyzm chorągiewki”

Kwestia piękna ojczystej ziemi i jej zachowania od coraz dalej idących ludzkich wpływów nierozłącznie wiąże się z zagadnieniami ekologicznymi. Ale „ekologia” to słowo, które Polacy traktują dziś nieufnie – pod najgłupszymi pretekstami. Na prawicy bardzo często weksluje się je za pomocą terminu „ekoterroryzm” (ekoterrorystą może zostać każdy, kto np. uważa, że wartości przyrodnicze mogą mieć prymat nad ekonomicznymi). Na „starej” lewicy politycznej temat praktycznie nie istnieje, także ze względu na ideową miałkość i praktyczną amorficzność postkomunizmu, a polscy Zieloni bardzo długo nie odczuwali potrzeby łączenia kwestii przyrody z zagadnieniem patriotyzmu. Stąd temat praktycznie leży odłogiem.

Wolność źle rozumiana

A przeciętny Polak? Sądząc z ilości śmieci na naszych poboczach, ilości dzikich wysypisk także w miejscach przyrodniczo cennych, i oceniając na podstawie skrzętnie pilnowanej zasady: „wolnoć, Tomku, w swoim domku” – krajobraz, przestrzeń zielona to po prostu rezerwuar „ziemi niczyjej”, z której jeśli się da, warto coś dla siebie wyszarpnąć: „Byle i dla mnie wystarczyło na działkę w pięknej okolicy albo kocyk rozłożony w urokliwym miejscu. Zrobię z tym, co zechcę, zeszpecę wedle woli lub odjadę, zostawiając śmieci”.

Myślę, że to jeden z lepszych znaków tego, że o realnej treści bytu narodowego/społecznego decydują czynniki kulturowe przeważające – tu i teraz – w „nastawieniu społecznym”. Polacy chcą takiej bylejakości, tej samowolki, pstrokacizny i korzystają ze śmietnisk w lasach, nad jeziorami i rzekami. Wolą autostrady i kupione na kredyt samochody od „jakichś tam żabek i motylków”. Chcą wielkich billboardów rozsianych niemal wszędzie. Pożądają nowoczesności z plastiku i szkła, dlatego też nic nie mają przeciw deweloperom wyburzającym zabytkowe budowle.

Taka jest polska transformacja, inna choćby od czeskiej. A warto przypomnieć, że to Czesi zabronili reklam przy drogach, powołując się m.in. na kwestie ochrony krajobrazu. A całkiem niedawno włodarze Pragi zatwierdzili zakaz rozwieszania w całym mieście reklam o powierzchni większej niż 6 m². U nas wobec takich pomysłów podniósłby się krzyk, że to przeciw interesom biznesu, że oczywiście „socjalizm” i „PRL”. Trudno mi zresztą wyobrazić sobie władze pstrokatej Warszawy, które akceptują pomysł swoich praskich kolegów. Ale cóż, Warszawa to wielki świat, a Praga – wiadomo, prowincja… Owszem, kpię.

Brzydka „normalność”

A przecież nasza najbardziej realna i najbardziej przyziemna ojczyzna składa się z czterech żywiołów i (braku) kultury. Dodajmy do tego brak szacunku dla ciszy, o czym świadczą quady jako jeszcze jeden sposób na podkreślanie własnego statusu i samowoli (w rodzimym ujęciu: kwintesencji wolności), czy wszechobecność jazgotu w polskich „kurortach wypoczynkowych”. Polacy na ogół chcą tego wszystkiego, bo to kojarzy się im z „normalnością”.

Trudno wyobrazić sobie, by na wzór angielskiego parlamentu jakikolwiek polski sejm mógł ustanowić jakiekolwiek prawa ograniczające i moderujące „polski zgiełk przestrzenny”. Dla większości z nas to po prostu nie jest problem, ale zjawisko należące do kanonu „kapitalistycznej rzeczywistości”. W gruncie rzeczy jednak polski brak szacunku do krajobrazu to jeszcze jeden element braku troski o własny kraj połączony z różnorodnymi mitologiami dotyczącymi choćby tego, jak wygląda „prawdziwy kapitalizm”. Scruton wyraźnie to nam pokazał. Ale przepracowanie tego zajmie nam chyba jeszcze sporo czasu…

Felietonista i dziennikarz Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta Polskiego Radia 24, tvp.info, „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”. Pisze m.in. do miesięcznika ZNAK i Tygodnik.TVP.pl. W miesięczniku „Nowe Państwo” prowadzi rubrykę „Dziennik lektur”

Nasi Patroni wsparli nas dotąd kwotą:
11 075 / 40 200 zł (cel miesięczny)

27.55 %
Wspieraj NK Dołącz

Komentarze

5 odpowiedzi do “Szpetny nasz kraj, czyli (anty)patriotyzm krajobrazu”

  1. student MIM pisze:

    Jak sam Pan zauważył w tożsamości polskiej zwyciężył element historyczny nad elementem krajobrazowym, który żywy był jeszcze w Panu Tadeuszu oraz Nad Niemnem. Stało się tak pewnie między innymi dlatego, że Rzeczpospolita utraciła większość swoich terenów wschodnich które świadczyły o jej tożsamości.

    Z 2. strony żywe w Polakach jest także umiłowanie wolności zbliżone do wartości amerykańskich. Dlatego z jednej strony chcemy chronić lasy i parki narodowe, a z 2. ważna jest dla nas własność prywatna objawiająca się między innymi możliwością budowania na niej tego, na co ma się ochotę.

    Kolejną zupełnie osobną sprawą jest brak poszanowania wartości wspólnej, który jest pozostałością po długim okresie różnorakiej okupacji.

  2. Szanowni Państwo,
    prowadzę badania na ten temat; sytuacja się zmienia, począwszy od mieszkańców największych miast, lecz przebiega to powoli i zajmie lata. Zaczęło się od bałaganu reklamowego i kosztów uzbrajania i „rozlewających się” miast

  3. [ja!] pisze:

    Dobrze, że Autor poruszył ten temat i zgadzam się z Nim w większości diagnoz, ale kilka jest mocno nietrafionych — nie mam pojęcia: zła obserwacja, czy podciągnięcie faktów pod założoną tezę.

    „Polacy nie dbają o to, jak wygląda ich kraj: oddali przestrzeń we władanie sił rynkowych i samowoli jednostek”.
    — Ani jedno, ani drugie. Przede wszystkim „Polactwo” (wg Ziemkiewicza) upodlone II. WŚ. i komunizmem (który trwa do dzisiaj, choćby w psychologii blokowisk) w poczuciu totalnej bezradności oddali przestrzeń w ręce kosztownego i bardzo nieudolnego państwa („nic nie mogę”, „taki mamy klimat”), które nie potrafi walczyć nawet z kierowcami parkującymi na trawnikach, mimo że z fotoradarów potrafiło uczynić ważne źródło utrzymania kasty biurokratycznej (eksploatacja do granic możliwości jednej metody też jest przejawem tej bezradności i chodzenia na łatwiznę wobec sposobów eksploatacji tubylczej ludności). Wystarczy spojrzeć na posesje prywatne — tu jakoś dziwnie dbają o to, jak wygląda ich kraj…?

    „…kompletnie bezradny wobec argumentów ze «świętej własności» i przekonania o zawsze dobroczynnych skutkach prywatnej inicjatywy.” — no to już jest kompletny kosmos, jeśli chodzi o podstawowe przekonania większości Polaków.

    Wygląd Polski to wciąż spadek po bankructwie PRLu („wymawiać jak splunięcie”) — zatomizowane społeczeństwo, oduczone inicjatywy wobec wszechwładnego państwa-molocha („No tak, ale co ja mogę…”) w efekcie państwo, które mentalnie niewoli prawie wszystkich, niewiele dając w zamian.

    Psychologia blokowisk niemal uniemożliwia jakiekolwiek zmiany oduczając aktywności, a nawet myślenia o wszystkim, co nie jest skrawkiem prywatności. Bo walka z państwem, gminą, to droga kamikadze — rzucenie swojego życia na stos dla niemal zerowych efektów.

    Do tego dochodzi bezradność napędzana powszechnym wśród ludzi procesem do upodabniania się — jeżeli otoczenie wygląda źle — wszyscy powoli zaczynają się do tego przyzwyczajać, tak jak wówczas, gdy wygląda dobrze.

    Działa także „syndrom wybitej szyby”.

    Słabe państwo to także gigantyczne pieniądze wkładane w remonty, które nie przynoszą poprawy (tak deifikowane fundusze europejskie zniszczyły już niejedno miejsce w Polsce) — wygrywa najniższa ceny lub korupcja, w efekcie otrzymujemy tandetną elegancję, w dodatku w ciągu kilku lat popadającą w kompletną ruinę – popękane, oderwane, zerodowane… Kolejny dowód na nadmiar państwa — w państwach, w których gospodarka publiczna stanowi mniejszość, to ona upodabnia się do rynkowej większości; w krajach, które jak Polska mają patologicznie rozdęty sektor publiczny — to gospodarka rynkowa zaczyna upodabniać się do państwa.

    Co do Scrutona i jego trafnych obserwacji — to jest to pewne continuum — wystarczy się udać dalej na wschód, by przekonać się, że może być jeszcze gorzej — ukraińskie czy rosyjskie „komunałki” to jeszcze inna liga, które pokazuje, skąd przyszła ta choroba, gdzie bije jej najczystsze źródło…

  4. [ja!] pisze:

    No i dodajmy, że tak często przytaczany w tekście kontrast wobec uroków Anglii chyba nie wziął się ze szczególnego wstrętu Brytyjczyków do „sił rynkowych” i fobii na punkcie tragicznych „skutków prywatnej inicjatywy”, który załatwił cały problem w kontraście do „zakochanych w wolnym rynku Polaków”? Czy Autor nie wyczuwa tu granicy autokompromitacji?

  5. [ja!] pisze:

    Dodajmy, że widziałem i fotografowałem także „syfiastą Anglię” i te jej nieliczne ohydne obszary miały dziwnie paradoksalnie (wobec niestandardowych tez Autora) najmniej wspólnego z zamiłowaniem do wolnego rynku…

Dodaj komentarz

Zobacz

Zarejestruj się i zapisz się do newslettera, aby otrzymać wszystkie treści za darmo