Jeśli chcesz przeczytać ponownie ten artykuł lub brak Ci teraz czasu aby przeczytać całość, możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Sprawiedliwa transformacja a la PiS jak świnka morska – ani świnka, ani morska

Sprawiedliwa transformacja energetyczna to największe wyzwanie dla Polski w XXI wieku. Problem w tym, że pod rządami prawicy może nie udać się podwójnie, doprowadzając do całkowicie niesprawiedliwej stagnacji.

W 2020 roku po raz pierwszy w historii udział węgla w polskiej energetyce spadł poniżej 70 proc. To znak czasów i zmierzchu ery „czarnego złota”, ale skala wyzwań pozostaje ogromna. Polska wciąż jest najbardziej uzależnionym od węgla krajem w Unii Europejskiej, chcącej do 2050 roku osiągnąć klimatyczną neutralność.

Prawo i Sprawiedliwość do dzisiaj nie zadeklarowało podobnego celu, co może nam grozić utratą nawet połowy środków z unijnego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji dla regionów węglowych i powęglowych. Wydaję się, że Zjednoczona Prawica pogodziła się z tym stanem rzeczy, co wprost przyznał Piotr Naimski, minister i pełnomocnik rządu do spraw infrastruktury energetycznej.

Pełne nonszalancji i aroganckie deklaracje o rezygnacji z miliardów euro trafnie pokazują podejście rządu do kwestii sprawiedliwej transformacji, a raczej jego brak. Bo wbrew patriotycznym deklaracjom ani bezpieczeństwo energetyczne, ani ceny prądu, ani nawet los górniczych regionów nie jest głównym zmartwieniem rządu. Liczy się przyszłość energetycznych gigantów, nad którymi kontrolę sprawuje Skarb Państwa.

Dwie twarze sprawiedliwej transformacji

Problem w tym, że ryzyko takiego cynicznego wykorzystania idei sprawiedliwej transformacji istniało od zawsze. To pojęcie ma dwa korzenie. Jednym z nich są działania oddolnych ruchów ekologicznych, pracowniczych i związków zawodowych. Pod sztandarem „sprawiedliwości klimatycznej” domagały się one włączenia w politykę klimatyczną czynnika socjalnego – uznania, że jak każdy proces zmian, dekarbonizacja może stworzyć nowych zwycięzców i przegranych. Miarą sukcesu będzie tylko i wyłącznie minimalizowanie liczby tych ostatnich oraz warunki życia i pracy, jakie można im zapewnić.

Wbrew patriotycznym deklaracjom ani bezpieczeństwo energetyczne, ani ceny prądu, ani nawet los górniczych regionów nie jest głównym zmartwieniem rządu. Liczy się przyszłość energetycznych gigantów, nad którymi kontrolę sprawuje Skarb Państwa.

Jednak, gdy tylko ten dyskurs zyskał na popularności, samo hasło zostało niejako uprowadzone przez zupełnie inne środowiska i w innych celach. Sprawiedliwa transformacja stała się hasłem-wymówką dla sektora paliw kopalnych, wielkich koncernów energetycznych i całych krajów – takich jak Polska. „Sprawiedliwość” miała tu przede wszystkim oznaczać uwspólnianie kosztów ponoszonych przez Big Energy. Albo słowo-klucz do unijnej kasy, jak w przypadku Polski, która będąc członkiem OECD i chwaląc się statusem 20. gospodarki świata równocześnie opisuje siebie jako ubogie państwo rozwijające się, któremu należy pozwolić na wzbogacenie się zanim będzie je stać na ochronę klimatu.

Kiedy politycy PiS mówią o sprawiedliwej transformacji, mają na myśli raczej tę drugą wersję. W tym modelu to podatnicy i Unia Europejska mają zapłacić za zieloną transformację Polskiej Grupy Energetycznej i reszty czołowych emitentów, przed czym słusznie przestrzega Alicja Dańkowska w tekście „Krytyki Politycznej”. Węglowe aktywa mają zostać wydzielone do Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego (NABE) i tam dogorywać, corocznie przynosząc wielomilionowe straty. Założenia tego programu prawdopodobnie zostaną zakwestionowane przez Komisję Europejską, bo zakłada on ogromną skalę pomocy publicznej. Ale to właśnie na projekty ratowania węglowych molochów ma starczyć unijnych pieniędzy. Reszta jakoś musi dać sobie radę, jak braża turystyczna i gastronomiczna w pandemii.

Związkowcy karmieni iluzjami – przypadek Turowa

To podejście dobrze pokazuje również sposób w jaki rząd rozmawia ze „stroną społeczną”. Cudzysłów jest tutaj konieczny, bo w większości przypadków prawica za przedstawicieli społecznych uznaje związkowców z branży węglowych, którzy, co zrozumiałe, chcą mieć możliwość jak najdłuższej pracy, sowite odprawy i szereg udogodnień na przyszłość. To o nich głównie troszczy się PiS, bo ich sprzeciwu i ewentualnych protestów najbardziej się obawia. Dla rządu wybór pomiędzy protestami Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, akcjami Extinction Rebellion, a sprzeciwem górników jest jasny.

Taka sytuacja daje branży oddech, ale zwalnia również z realnej odpowiedzialności i działań. Widać to na przykładzie kompleksu węglowego PGE Turów w dolnośląskiej Bogatyni. To największy pracodawca (i truciciel) w regionie, który zatrudnia nawet 60 tys. osób. Władze spółki utrzymują, że chcą fedrować aż do 2044 r., co uzasadniają kwestią ekonomicznej racjonalności (skrupulatnie przemilczając kwestie rosnących cen emisji). To miód na serce związkowców, którzy są zjednoczeni z władzami spółki na froncie przeciwko „ekoterroystom”.

Taka polityka jest skrajnie krótkowzroczna i zakłada obronę interesu pojedynczych grup zawodowych kosztem reszty mieszkańców. Bez ogłoszenia wcześniejszej daty neutralności klimatycznej region może zostać pozbawiony unijnych środków na transformację. Sprawę Turowa przybliżaliśmy w serii tekstów na łamach „Kultury Liberalnej” i czeskiego „Denik Referendum”.

Obecny stan rzeczy jest efektem kunktatorskiej pozycji Zjednoczonej Prawicy, która nie potrafi skonfrontować nadchodzącej rzeczywistości z górnikami, a tylko utwierdza ich w fałszywych przekonaniach. Wiara w obietnice rządu może okazać się zgubna, bo według szacunków Fundacji Instrat, już w 2030 roku na wydobywany w Polsce węgiel może zabraknąć popytu.

Jeśli transformacja energetyczna padnie łupem podobnych węglowych demagogów, to możemy być pewni, że stanie się to kosztem zwykłych mieszkańców.

Pokazuje to również istotny problem w samym środowisku związkowców. Część z nich, jak Jarosław Niemiec z kopalni Bogdanka, słusznie podkreśla, że „nie boi się Grety Thunberg, tylko bezradności rządu”, ale wielu wydaje się wierzyć w ogólnoświatowy anty-węglowy spisek i zmiany klimatyczne umieszcza w kategorii fantastyka. W jednym z wywiadów pracownicy kompleksu Turów przekonywali, że „wmawia nam się, że kopalnia i elektrownia nas zatruwają” , a na informacje o tym, że kompleks może zostać zamknięty wcześniej część pracowników zareagowała agresją i groźbami w stronę mediów.

Nowe zagrożenie – energetyczny populizm

Taką narrację podgrzewa część wpływowych polityków, a także rzesza szukających uwagi aspirujących działaczy, na czele z Januszem Kowalskim z Solidarnej Polski, który niedawno stracił posadę w Ministerstwie Aktywów Państwowych. Jeśli transformacja energetyczna padnie łupem podobnych węglowych demagogów, to możemy być pewni, że stanie się to kosztem zwykłych mieszkańców. W tej narracji, polityka klimatyczna to lewacki mrzonki, a idylla węglowej przeszłości może powrócić i trwać wiecznie. To z jednej strony kojące słowa dla obawiających się zmian związkowców i ich rodzin, a z drugiej, podszyte anty-unijnymi fobiami i nienawiścią do zielonych aktywistów, pozwalają łatwo kanalizować gniew.

Jednak bardziej niepokojące, bo mniej cyniczne, są nowe ruchy populistyczne pojawiające się w reakcji na politykę dekarbonizacji w całej Europie. Często przytaczany jest przykład francuskich „żółtych kamizelek”, dla których iskrą zapalną był niesprawiedliwie zaprojektowany podatek paliwowy. Mniej znany, choć w skali kraju równie ważny, był przypadek wyrosłej w ekspresowym tempie z ruchu protestu norweskiej partii „Nie dla myta drogowego”. W całej Europie różne formy oporu wobec nowej niskoemisyjnej infrastruktury są motywowane partykularnymi interesami.

Choć obawialiśmy się przede wszystkim tego jak na politykę klimatyczną wpłyną „klasyczni” populiści, to nie oni mogą okazać się głównymi hamulcowymi dekarbonizacji. Wraz z przyspieszeniem i radykalizacją polityk klimatycznych, opór będzie się nasilać i coraz częściej znajdować ujście w formie nowego populizmu energetycznego.

Warto jednak pamiętać, że „populizm” to nie etykietka, którą nalepiamy nielubianym i myślącym inaczej – to konkretne społeczno-polityczne zjawisko. Jego pojawienie się w reakcji na „sprawiedliwą transformację” nie może prowadzić do konstatacji ze strony polityków i ekspertów (technokratów), że „ludzie głupie”. W pierwszej kolejności każe stawiać pytanie o to, czy ta transformacja jest rzeczywiście sprawiedliwa.

 

Cykl Spięcia o sprawiedliwej transformacji powstał dzięki wsparciu ClientEarth Prawnicy dla Ziemi

Spięcie 2021/04

Zobacz więcej