Jeśli chcesz przeczytać ponownie ten artykuł lub brak Ci teraz czasu aby przeczytać całość, możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Incele są szkodliwi, ale nie wzięli się znikąd. Systemowa przemoc dotyka także mężczyzn

W kilku kluczowych obszarach już dziś mężczyźni są ofiarami systemowych nierówności

Przez trzydzieści lat doświadczyliśmy gwałtownej pauperyzacji społeczeństwa, gigantycznego bezrobocia i emigracji, ale też relatywnie szybkiej poprawy jakości życia, przeobrażenia rynku pracy, rozwinięcia nieobecnego wcześniej sektora usług. Czas życia Polaków wydłużył się, dokonaliśmy skoku w powszechności edukacji wyższej i staliśmy się bardziej mobilni. Wreszcie też zaimportowaliśmy wszystkie zachodnie tendencje – wydłużenie się czasu podjęcia decyzji o założeniu rodziny i usamodzielnienia, rosnącą liczbę rozwodów, problemy demograficzne, liberalizację poglądów i laicyzację, wreszcie – radykalną zmianę relacji damsko męskich, oraz przeobrażenie ról społecznych.

Terapia szokowa w wielu aspektach nie zakończyła się razem z odejściem ery Leszka Balcerowicza, ale trwa nadal, rozchodząc się w naszej społecznej świadomości jak kręgi na zmąconej tafli wody. Kolejna dekada XXI w. stawia nowe pytania o kierunek zmiany polskiego społeczeństwa.

85% spośród wszystkich z ok. 5000 samobójstw popełniają co roku mężczyźni

Jednym ze zjawisk, które jakiś czas temu zostało zauważone na Zachodzie, a teraz pojawia się w Polsce, są incele. To grupa mężczyzn żyjących w niedobrowolnym celibacie (ang. Involuntary celibacy), dla której główną osią tożsamości jest niepowodzenie w relacjach z kobietami. Jako punkt przełomowy dla pojawienia się tego zjawiska wskazywany jest rok 2008. To wtedy, jak pokazuje m.in. głośne badanie amerykańskiego General Social Survey, zanotowano gwałtowny wzrost liczby mężczyzn między 18 a 29 rokiem życia deklarujących, że nigdy nie uprawiali seksu. Odsetek ten w dekadzie 2008-2018 wzrósł z 8 do 27 procent, tymczasem w przypadku kobiet wzrost ten jest znacząco niższy, zatrzymujący się w analogicznym okresie na 18%. Potwierdzają to także inne badania, które wskazują, że rozbieżności występujące między płciami wywołują coraz większą frustrację wśród młodych mężczyzn. Ta frustracja ma swoje realne konsekwencje w postaci mizoginii, internetowa subkultura inceli często też opowiada się wręcz za utowarowieniem kobiet. Nie usprawiedliwiając tego zjawiska, trzeba jednak zaznaczyć, że nie bierze się ono znikąd.

Chociaż nie posiadamy analogicznych i długookresowych badań, istnieje sporo podobieństw, dzięki którym można wnioskować, że problem ten istnieje i będzie narastać także w Polsce. Jak zwięźle określił obecną zmianę kulturową seksuolog prof. Izdebski: „Chłopcy mieli dotąd poczucie, że to oni »rozdają karty«. Teraz jest tak, że dziewczęta rozpoczynają życie seksualne”. Być może jesteśmy więc świadkami „przebiegunowania” w relacjach damsko-męskich i końcem męskiej przewagi, co wiele osób przywita z zadowoleniem. Co jednak, jeśli „przebegunowienie” nie dotyczy tylko relacji seksualnych, ale obejmuje także inne sfery życia społecznego?

W ostatnim czasie na temat zjawiska inceli i problemów, z jakimi się zmagają, pisze się coraz więcej. Temat ten na łamach Krytyki Politycznej podejmowała m.in. Patrycja Wieczorkiewicz w tekście „Jak zdradziłam sprawę feministyczną i przeszłam na stronę inceli” opisując, że w reakcji na podjęcie przez nią tematu „część feministek zarzuciła jej, że przeszła na stronę wroga,” zaś same internetowe środowisko inceli podejrzewało ją o bycie „koniem trojańskim”, którego zadaniem jest znaleźć dowody na ich mizoginię i postawić pod internetowy pręgież.

Warto przeczytać reportażowe teksty Wieczorkiewicz, bowiem widać w nich wyraźnie, że jest to nie spór o fakty, ale o narrację – kto jest dziś większą ofiarą. Obie grupy pełnią przede wszystkim funkcję terapeutyczną – poprzez nieustanne znajdowania potwierdzenia, że to właśnie moja grupa jest dyskryminowana i to na niej powinna skupiać się cała uwaga oraz ponadprzeciętna troska. W tym artykule nie chodzi mi o licytację na bycie ofiarą i domaganie się wobec mężczyzn analogicznej uwagi, jaką dziś w debacie cieszy się temat dyskryminacji kobiet. Moim celem jest pokazanie, jak ślepi jesteśmy na krzywdę w pewnych sektorach, która dotyka dziś przede wszystkim mężczyzn, choć sama płeć jest tutaj tylko jednym z wielu czynników.

Seks nie jest najważniejszy

Relacje seksualne i wchodzenie w związki, chociaż niezwykle istotne i elektryzujące debatę publiczną, warto jednak zostawić na boku. Stanowią bowiem zaledwie wycinek szerszego zjawiska. Sama seksualność zaś to kwestia osobnej debaty poświęconej bardziej kształtowi współczesnej kultury niż polityki. Trudno przecież, aby za pomocą polityk publicznych państwo rozwiązywało kwestię problemu dobierania się ludzi w pary. Jednak to, na co państwo wpływ już ma, a co jest przedmiotem ogromnego nacisku przeciwstawnych grup, to m.in. edukacja, rynek pracy, polityka rodzinna czy system emerytalny.

Niektórych konserwatystów można zapytać zaś: W jaki sposób kobiety statystycznie realizować mają konserwatywny model rodziny, skoro wyjeżdżają za granicę, zdecydowanie częściej migrują do wielkich miast na studia, wykazują większą potrzebę podnoszenia społecznego kapitału i skłonność do socjalizacji?

W zależności więc, kogo zdefiniujemy dziś jako poszkodowanego kształtem systemu, temu w perspektywie łatwiej będzie stać się jego beneficjentem. Dlatego właśnie na tym polu odbywa się nieustanna walka o stworzenia wrażenia, która z grup jest tą bardziej uciskaną. Paradoksalna zaś sytuacja w diagnozach dotyczących społeczeństwa polega na tym, że najbardziej pokrzywdzonymi grupami często nie są te, którym z jakichś powodów nie pomagamy, lecz te, których nawet nie potrafimy zauważyć.

Dlaczego naszym zadaniem jest pochylenie się nad polaryzacją płci i odpowiednie zdefiniowanie problemów każdej z nich? Z punktu widzenia interesu publicznego każde zaburzenie społecznej równowagi grozi nieprzewidzianymi, najczęściej negatywnymi skutkami. Feministki jako zagrożenie podają przykłady morderstw czy zamachów (chociaż nie tylko na kobiety), jakich dopuszczali się młodzi mężczyźni m.in. w USA czy Kanadzie, ale także w Niemczech czy Wielkiej Brytanii.

Z drugiej jednak strony, widzimy, że w Polsce mężczyźni bardziej niż skłonni dokonywać zamachów na innych, dokonują zamachu na własne życie. 85% spośród wszystkich z ok. 5000 samobójstw popełniają co roku mężczyźni. I faktycznie, możemy punktowo wskazywać na objawy narastającej frustracji i resentymentu wobec kobiet. Nie możemy jednak pominąć faktu, że rosnąca polaryzacja to także rozpad dotychczasowej umowy społecznej, która będzie coraz częściej kwestionowana.

Świetnym jej przykładem może być system emerytalny. Do tej pory na kwestię różnego czasu odchodzenia na emeryturę kobiet i mężczyzn patrzyło się poprzez pryzmat większego obciążenia kobiet m.in. pracą domową. Jednak w momencie, w którym praca domowa i opieka nad dziećmi dzielona ma być równomiernie, 1/3 małżeństw się rozpada (czego inicjatorkami wedle wniosków rozwodowych w 2/3 są kobiety), w młodym pokoleniu narasta coraz większe poczucie, że system emerytalny jest niesprawiedliwy. Stworzony jest bowiem dla poprzedniego, coraz mniej obowiązującego modelu rodziny. Rodziny, która coraz rzadziej dziś funkcjonuje. Dochodzi do tego o kilka lat krótszy czas życia mężczyzn, którego nie uwzględnia system oraz ich wyraźnie dłuższy czas pracy – nie tylko poprzez późniejsze przejście na emeryturę, ale także wcześniejsze jej rozpoczęcie.

Ideologia nierówności

Kondycja społeczna nierozerwalnie związana jest także z polityką. Dlatego nie da się zrozumieć politycznych wyborów młodych lewicowych kobiet i prawicowych mężczyzn, bez tych społecznych uwarunkowań. W Polsce niestety debata skupiona jest na kwestii, jak tłumaczyć świat, aby społeczeństwo chciało podążać wytyczoną przez ideologów ścieżką. Liberałowie w sukurs lewicy nieustannie wieszczą społeczne kataklizmy, z incelskim neo-faszyzmem na czele, część prawicy zaś załamuje ręce nad emancypacją kobiet.

Jako rozwiązanie najczęściej wskazuje się systemową przemoc lub używa pedagogiki wstydu, która ma zmusić społeczeństwo do przybrania właściwych postaw i poglądów. To nieudolna próba zmierzenia się ze skutkami społecznych nierówności, których musimy być najpierw świadomi, że w ogóle istnieją, a później gotowi do wprowadzenia odpowiedniej polityki. Oczywiście z jednym zastrzeżeniem – nie wszystkie nierówności społeczne są złe, niektóre są moralnie obojętne, inne zaś mogą być uznane za pozytywne. Przykładem naturalnej i dobrej nierówności, wymagającej wsparcia ze strony państwa, jest dla przykładu rodzenie dzieci przez kobiety.

O zjawiskach społecznych mówimy więc głównie przez pryzmat szerzącej się ideologii, zapominając o społecznych uwarunkowaniach. W wybiórczy sposób czytamy również badania. Można zadać pytanie lewej stronie debaty publicznej: W jaki sposób mężczyźni mają statystycznie stawać się bardziej liberalni, jeżeli coraz częściej są gorzej od kobiet wykształceni, mniej mobilni, co za tym idzie częściej pozostają w domu rodzinnym, mieszkają w małym mieście i nie potrafią znaleźć życiowej partnerki, bo ich tam po prostu nie ma?

Coraz częściej nierówności, które dotykają mężczyzn, dotyczą zawodów na niższym poziomie hierarchii, na której mężczyźni pozostają, ponieważ coraz gorzej radzą sobie w obecnym systemie nauczania, w coraz mniejszej części docierając na studia gwarantującą dobrą pracę

Niektórych konserwatystów można zapytać zaś: W jaki sposób kobiety statystycznie realizować mają konserwatywny model rodziny, skoro wyjeżdżają za granicę, zdecydowanie częściej migrują do wielkich miast na studia, wykazują większą potrzebę podnoszenia społecznego kapitału i skłonność do socjalizacji? Jak podaje GUS, w samej Warszawie młodych kobiet jest o 15% więcej niż mężczyzn, co odpowiada tendencjom wszystkich dużych miast w Polsce. To wszystko sprowadza się do konkluzji, którą zwięźle wyraził Prof. Szukalski w wywiadzie dla Dziennika Polskiego: „Badania prowadzone wśród wykształconych osób na Zachodzie pokazywały, że kobieta po renomowanej uczelni, zarabiająca ponad 200 tys. dolarów rocznie, raczej na pewno pozostanie singielką. Nie dlatego, że tyle pracuje i nie ma czasu na związek. Ale dlatego, że po prostu nie ma dla niej odpowiednich mężczyzn”. Skoro tendencje te zauważalne są również w Polsce, to dlaczego u nas kobiecy singlizm również nie miałby być z czasem kulturową dominantą?

Zmiana paradygmatu równościowego

Życiowy start, możliwości rozwoju, miejsce zamieszkania i kapitał społeczny często stanowią ważniejsze przyczyny dyskryminacji niż sama płeć. A wskazywanie na systemową niesprawiedliwość ze względu na tylko jedną płeć to zbyt daleko idące uproszczenie. Jak pokazuje wiele danych wewnątrz jednej płci zachodzą bowiem duże różnice. Dlatego w Klubie Jagiellońskim postanowiliśmy naświetlić złożoność tego problemu w raporcie „Przemilczane nierówności. O problemach mężczyzn w Polsce” autorstwa Michała Gulczyńśkiego i podnieść wiele systemowych obaw i zdiagnozowanych nierówności z męskiej strony. Jeśli bowiem jesteś mężczyzną, który urodził się na wsi, istnieje dziś większe prawdopodobieństwo, że znajdziesz się na dole społecznej drabiny, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Trudno, aby było inaczej, jeżeli jak opisujemy szerzej w raporcie „obecnie w Polsce co piąty nastolatek i »tylko« co dziesiąta nastolatka nie posiadają podstawowych kompetencji w zakresie czytania”. Jeśli zaś jesteś kobietą, to chociaż tak samo jak mężczyźnie łatwo może przyjść ci zasiadanie na stanowisku kierowniczym (aktualnie kobiety piastują takie stanowiska w ponad 48%), niekoniecznie zrobisz karierę w firmowym zarządzie czy na stanowisku prezesa. Czemu jednak w debacie ma wybrzmiewać tylko to drugie?

Zarówno kobiety jak i mężczyźni są ofiarami nierówności lub dyskryminacji, a w zależności od poglądów będziemy mieli tendencje do wyszukiwania tych lub innych danych. Gdybyśmy patrzyli tylko na statystyki, jedną z ciekawszych jest ta dotycząca zdominowanego przez mężczyzn sektora budowlanego, gdzie ze względu na zajmowane przez kobiety bardziej wykwalifikowane stanowiska, zarabiają one średnio więcej niż panowie.

Istnieje więc obiektywna różnica jakościowa. Kobiety są nadal dyskryminowane, lecz przede wszystkim na górze hierarchii społecznej, a ta dotyczy przecież niewielkiego procenta całego społeczeństwa. Natomiast coraz częściej nierówności, które dotykają mężczyzn, dotyczą zawodów na niższym poziomie hierarchii, na której mężczyźni pozostają, ponieważ coraz gorzej radzą sobie w obecnym systemie nauczania, w coraz mniejszej części docierając na studia gwarantującą dobrą pracę. Skupiając się więc na dyskryminacji czy nierównościach z perspektywy elitarnej, możemy przegapić to, co dzieje się na dole. To zaś będzie tylko napędzało istniejącą już tendencję. W końcu to raczej nie prezeski banków, ale nisko wykfalifikowani mężczyźni będą mieli większy wpływ na społeczną stabilność, a co za tym idzie kierunek politycznej zmiany. I to nie ze względu na płeć, lecz liczebność własnej grupy.

Świetnym przykładem tej drabiny jest uniwersytet. Wciąż większość najwyższych stanowisk na uczelniach zajmują mężczyźni. To rektorzy, władze uczelni, to także większość kadry profesorskiej. Na ten problem wskazują feministki, które mówią „potrzebujemy zmian w edukacji, to wiąż obszar męskiej dominacji”. Jednak jeśli popatrzymy, co dzieje się na samym dole uniwersytetu, to dane będą zupełnie inne. Co roku studia wyższe kończy 70% więcej kobiet niż mężczyzn. Sprawia to, że dziś na 100 mężczyzn z tytułem magistra przypada 160 kobiet.

Coraz większa liczba miejsc pracy wymagająca kompetencji miękkich, rozbudowany sektor usług, wyższe kompetencje kobiet pracujących na wyższych szczeblach, przy postępującej automatyzacji i pauperyzacji pracowników fizycznych, których większość stanowią mężczyźni, to bardzo realny scenariusz przyszłości

Co prawda różnice te nie są tak duże w przypadku studiów doktoranckich, natomiast już teraz kobiet ubiegających się o ten tytuł jest ponad połowa. Jeżeli więc zależy nam, aby na każdym poziomie edukacji panowała równość, musimy powiedzieć sobie jasno – na średnim szczeblu właśnie ją osiągnęliśmy. Na wysokim szczeblu cały czas dominują mężczyźni, których społeczne zmiany jeszcze nie zdążyły dosięgnąć, natomiast na samym dole panuje znaczna nierównowaga na korzyść kobiet. System edukacji wyższej tak w powszechnej świadomości zdominowany przez mężczyzn wypuszcza na rynek pracy istotnie większą część lepiej wykształconych kobiet.

Jednak problemy z pójściem na studia przez mężczyzn zaczyna się na samym dole edukacyjnej drabiny. Jak zauważa autor raportu Klubu Jagiellońskiego, już dziś 20% więcej kobiet niż mężczyzn zdaje maturę, a w wieku szkolnym chłopcy osiągają wyraźnie słabsze wyniki m.in. w umiejętności czytania ze zrozumieniem, będąc średnio słabszym od swoich koleżanek w większym stopniu niż średnia OECD. Czy wpływ na to może mieć fakt, że 89% nauczycieli w szkole podstawowej i prawie 70% w ponadpodstawowej to kobiety? Czy nie powinniśmy mówić o potrzebie maskulinizacji zawodu nauczyciela, tak jak podnosimy problem nierównowagi w świecie akademickim?

Niepewna przyszłość

Już dziś mężczyźni obarczeni są ryzykiem bezdomności (80%), popadnięcia w nałogi (80% spośród wszystkich pijących szkodliwie to mężczyźni), uszczerbku na zdrowiu w czasie pracy (62%), przedwczesnej śmierci (85%). Jeżeli współczesne poczucie alienacji wśród młodych mężczyzn będzie narastać, a cała debata publiczna skupiona będzie na kwestiach dyskryminacji kobiet, za moment staniemy przed poważnym problemem społecznym. Prześpimy moment, w którym za sprawą zmian kulturowych, ale także kształtu współczesnej gospodarki, przyczynimy się do umocnienia nie tylko coraz silniejszej grupy inceli, co po prostu – poprzez ignorowanie problemu – sprowokujemy powstanie odpowiednika męskich feministek, podnoszących hasła maskulinizacyjne.

Coraz większa liczba miejsc pracy wymagająca kompetencji miękkich, rozbudowany sektor usług, wyższe kompetencje kobiet pracujących na wyższych szczeblach, przy postępującej automatyzacji i pauperyzacji pracowników fizycznych, których większość stanowią mężczyźni, to bardzo realny scenariusz przyszłości. Powinien on martwić zarówno prawicę, jak i lewicę, bowiem dynamika wydarzeń społecznych jest aktualnie większa niż kiedykolwiek. Musimy odrzucić ideologię, jeżeli nie chcemy, aby to ideologia za chwilę organizowała nam rzeczywistość.

Spięcie 2021/10

Zobacz więcej