Cnotliwy jak liberał

Właśnie dzięki wrażliwości na wolność jednostki, liberałowie mogą pomagać republikanom unikać pułapek, jakie na nich czyhają

Właśnie dzięki wrażliwości na wolność jednostki, liberałowie mogą pomagać republikanom unikać pułapek, jakie na nich czyhają

Liberalizm znalazł się w dużym kryzysie. To efekt pychy, przekonania, że nic nowego już się nie wydarzy i wystarczy realizować idealne rozwiązania demokratyczne, sprzyjające wielkim korporacjom, by wszystko było w jak największym porządku. Co więcej: warto je także eksportować, by uszczęśliwiać innych, czy to pokojowo, jak w przypadku promieniowania na państwa pokomunistyczne demokratycznej „dobrej nowiny” z zagranicznych politycznych fundacji, czy też za pomocą zbrojnego oręża, jak w przypadku amerykańskich działań na Bliskim Wschodzie. Jednak historia się nie skończyła, a wręcz przeciwnie: przyspiesza w zawrotnym tempie. Demoliberalne aksjomaty są poddawane w wątpliwość nie tylko w tych krajach, w których się je sztucznie zasadza (Irak, Afganistan), ale wręcz we własnej ojczyźnie, Stanach Zjednoczonych czy zachodnich państwach Unii Europejskiej. Za alternatywę uchodzą coraz częściej ruchy skrajnie lewicowe i prawicowo-populistyczne, które chcą zgotować nam nie tyle otrzeźwienie z różnego rodzaju miazmatów, ale powrót do autarkii. Zachodnie elity, odpowiadając na te problemy poprzez umoralniające apele i bicie w neofaszystowski bębenek, nie są przekonujące i mogą tę batalię przegrać.

Jak pisaliśmy w poprzednim numerze „Nowej Konfederacji” wizja ta wcale nie jest zachęcająca. Nowe elity mogą okazać się jeszcze mniej odpowiedzialne od starych. Nie wykluczając z góry możliwości ucywilizowania się pretendentów do władzy, czy też szybkiego nauczenia się przez nich realnej polityki, dzięki czemu zmiana paradygmatu rządzenia właśnie przez nich mogłaby przynieść spore korzyści, bardziej bezpieczne byłoby liczenie na opamiętanie się elit starych i dojście przez nich do wniosku, że warto zmienić swoje podejście. W tym momencie, jak na zawołanie pojawia się książka Marcina Gajka „W stronę republikańskiego liberalizmu”, która wskazuje, jakimi ścieżkami mogłaby iść ich refleksja.

Dziedzictwo cnoty

Autor książki twierdzi, że w XX wieku doszło do zerwania pewnych elementów tradycji liberalnej. Myśl liberalna „zaczęła skupiać się na bardzo wąsko i proceduralnie określanym pojęciu wolności >negatywnej< (…). Głównym przedmiotem zainteresowania stały się w tym ujęciu nie cnoty, lecz procedury mające jak najlepiej chronić indywidualną wolność jednostki” – pisze Gajek. Wbrew pozorom nie chodzi tu wcale tylko o antypolityczny libertarianizm, o którym jest zresztą w omawianej książce zaskakująco mało, a o liberalizm integralny, a nawet „lewicowy”, ze swoją wszechogarniającą doktryną praw człowieka. Wbrew pozorom – o czym zresztą pisał Bartłomiej Radziejewski w swoim artykule „Liberałowie przeciwko wolności” – może być on bardzo zamordystyczny i dehumanizujący.

Tymczasem nie jest to wcale naturalne zjawisko. W publikacji odnajdujemy liczne cytaty z Johna Locke’a, a przede wszystkim Johna Stuarta Milla, z których wynika, że cnoty obywatelskie są nie do przecenienia także w państwie liberalnym. Jak pisze Gajek, wg Milla „społeczeństwo oparte na wolności i równości nie może przetrwać, jeśli nie będzie posiadało skutecznych środków kultywowania pewnych cnót. Dzieje się tak, ponieważ społeczeństwo stwarzające najszersze możliwości indywidualnego wyboru oraz promujące ludzki rozwój w sposób najbardziej różnorodny, opiera się na obywatelach potrafiących korzystać z możliwości stwarzanych przez liberalizm oraz unikać specyficznych zagrożeń dla wolności, w które obfituje nowoczesna demokracja”.

Z wywodu Gajka wyłania się swoiste sprzężenie zwrotne między wolnością a cnotą: ta pierwsza umożliwia tę drugą, ponieważ bez niej nie da się dokonywać czynów moralnych, z kolei ta druga jest bezpiecznikiem tej pierwszej – bez cnoty wolność przekształca się w samowolę, dopuszczającą krzywdzenie innych. Autor uważa, że pozytywnym zjawiskiem we współczesnej myśli liberalnej jest odwoływanie się przez takich myślicieli, jak np. Stephen Macedo czy William Galston, ale także nieco wcześniej Richard Rorty czy John Rawls, do kategorii centralnej dla myślenia republikańskiego – cnoty właśnie.

Pokolenie idiotów

Tych cnót, bez których społeczeństwo liberalne nie może funkcjonować prawidłowo, można odnaleźć na kartach „W stronę republikańskiego liberalizmu” co najmniej kilkanaście, zaczynając od tak oczywistych w tym wypadku, jak indywidualizm, autonomia, tolerancja czy otwartość, po praworządność, lojalność, roztropność i umiarkowanie (nie ma wśród nich „cnoty egoizmu” Ayn Rand). Dla liberałów cnoty nie są dokładnie tym samym, czym dla republikanów. Jak pisze Gajek, „nie wymagają one aż tak rygorystycznej dyscypliny, ani całkowitego poświęcenia się jednostki wspólnocie”. Mimo to twierdzi on, że da się mówić o renesansie pojęcia cnót obywatelskich także w ramach liberalizmu. I można wśród nich znaleźć również odpowiedniki cnót republikańskich.

Bez cnoty wolność przekształca się w samowolę, dopuszczającą krzywdzenie innych

Widać to zwłaszcza w przypadku kwestii fundamentalnej, jaką dla republikanina jest zaangażowanie obywatelskie. Prawo do zajmowania się polityką odróżniało w greckiej polis obywatela od niewolnika czy obcokrajowca, a osoby, które mimo swych uprawnień zajmowały się tylko swoimi prywatnymi sprawami, określano mianem idiotes, od którego pochodzi słowo „idiota”. Amerykańscy liberałowie po latach produkcji idiotes w swoich szkołach zdali sobie sprawę z tego, jak bardzo kuleje w USA edukacja obywatelska. Jak pisze Gajek, Galston zauważa, że „im więcej posiadamy wiedzy na temat sposobu funkcjonowania rządu, z tym większym prawdopodobieństwem popierać będziemy najbardziej fundamentalne zasady demokratycznego ustroju. Wiedza obywatelska pomaga także lepiej zrozumieć obywatelom ich interesy – zarówno jako jednostek, jak i jako członków różnych grup”. Na tym założeniu bazują dalsze wywody dotyczące metod i granic animowanej przez państwo edukacji obywatelskiej. Podobieństwa między poszczególnymi cnotami bywają bardzo szczegółowe – jak w przypadku choćby republikańskiej „przyjaźni”, mającej swój odpowiednik w liberalnej „życzliwości”. Republikanie i liberałowie, różnie stawiając akcenty, mówią innymi słowami o tym samym.

Wolnościowo-wspólnotowa synteza

Jak pisze prof. Zbigniew Stawrowski w komentarzu umieszczonym na okładce książki, te przemyślenia otwierają „szansę syntezy – republikańsko-liberalnej koncepcji państwa jako obiecującego kierunku stopniowej przebudowy istniejących organizmów politycznych”. Synteza to potrzebna, idąca zresztą w poprzek modnego dziś potępiania w czambuł liberalizmu i wszystkiego, co się z nim wiąże. Czy jednak Marcin Gajek nie idzie w swych wywodach za daleko, próbując wykazać, że oba nurty są tak naprawdę tożsame?

Nic z tych rzeczy. Politolog i amerykanista zdaje sobie sprawę z różnic, o czym zresztą pisze, choćby w przypadku podejścia do jakże ważnej kategorii „dobra wspólnego”. Dla republikanów jest ono wartością samą w sobie, choć oczywiście widzą także jego związek z dobrem jednostki (w tym miejscu Gajek sięga m.in. po przytoczone przez Tukidydesa słowa Peryklesa czy Tocqueville’a). Tymczasem liberałowie zawsze będą traktować je jako pochodną dobra jednostek, także tych składających się na wspólnotę – to immanentna cecha liberalizmu, obecna w nim już od czasów Johna Locke’a. To się nie zmienia, nawet jeśli tacy myśliciele, jak Mark Blitz, proponujący zastąpić pojęcie „dobra wspólnego” kategorią „wspólnych interesów” wskazują, że obywatele – wykazujący się cnotą odpowiedzialności – winni, w oparciu o tę kategorię, dbać o instytucje (np. rządy prawa czy porządek publiczny), które „nie tylko przynoszą liczne korzyści absolutnej większości jednostek, ale także stwarzają warunki do realizacji niemal wszystkich innych prywatnych interesów (…) tym samym będąc wobec nich niejako uprzednimi i nadrzędnymi”.

Nie oznacza to, że ci spośród republikanów, którzy potrafią spojrzeć na liberałów przychylnym okiem, powinni patrzeć na nich jednocześnie z pobłażaniem, jako na tych, którzy pewnych kwestii (jeszcze?) nie zrozumieli. Przeciwnie: właśnie dzięki tej wrażliwości na wolność jednostki, mogą pomagać republikanom unikać pułapek, jakie na nich czyhają. W książce Gajka można przeczytać także o tym, że „nowożytni renowatorzy myśli republikańskiej”, tacy jak Niccolò Machiavelli czy Monteskiusz, mieli tendencję do jej absolutyzowania i deprecjonowania dążenia do osobistego szczęścia. Te opisy przywodzą na myśl choćby XVI-wiecznego polskiego pisarza politycznego, Andrzeja Wolana, który w swoim dziele „De libertate politica sive civili”, słusznie potępiając ruję i poróbstwo szlachty, szkodzące nie tylko jej samej, ale także ogółowi, chce nie tylko zaglądać ludziom do talerzy, ale także do garderób i łóżek. Liberał powie takiemu podejściu zdecydowane „nie”. Zgadzając się co do konieczności rozwijania cnót, będzie starał się nakłaniać do niego poprzez perswazję, nie zaś odgórne zakazy i nakazy. Pamiętając o tym, że nie da się np. walczyć z kradzieżami za pomocą wyłącznie próśb o uszanowanie cudzej własności, by nie popaść w zamordyzm warto takie podejście traktować jako punkt wyjścia. Obowiązek dowodzenia konieczności zmian powinien leżeć po stronie tego, kto chciałby stosowania ostrzejszych środków.

Nie ma wroga na prawicy

Gajek odwołuje się często do twórców liberalizmu protekcjonistycznego – tego, który w USA zwyczajowo określa się jako liberalizm właśnie. Można wręcz odnieść wrażenie, że to właśnie on powinien stanowić punkt odniesienia do rozważań na temat potencjalnej „syntezy republikańsko-liberalnej”. Jest to częściowo słuszne, w końcu to właśnie liberalni demokraci stanowią współczesny mainstream polityczny (jeszcze?) i to do nich warto kierować ofertę uwspólnotowienia ich myśli.

Amerykańcy liberałowie, po latach produkcji idiotes w swoich szkołach, zdali sobie sprawę z tego, jak bardzo kuleje w USA edukacja obywatelska

Z drugiej strony w książce brakuje odniesienia do przedstawicieli bardziej „prawicowych” nurtów liberalizmu, które przecież także odwołują się do kategorii cnót obywatelskich (np. Lord Acton, Fryderyk August von Hayek, Mirosław Dzielski), o czym pisał np. Miłowit Kuniński w książce „O cnotach, demokracji i liberalizmie rozumnym”. Szukając źródeł choroby współczesnego liberalizmu, warto przypomnieć sobie wywody Hayeka, dotyczące rozejścia się myśli liberalnej na wczesnym etapie jej rozwoju na dwa nurty: antyracjonalistyczno-optymistyczny („francuski”) i racjonalistyczno-sceptyczny („brytyjski”). Abstrahując od niezbyt trafnych określeń geograficznych (idąc tym tokiem rozumowania Frédéric Bastiat byłby „Anglikiem” a współcześni anglosascy liberałowie „Francuzami”), trafnie opisują one filozoficzne źródła obecnych problemów. Zdając sobie sprawę z tego, że książka będąca pracą naukową musi mieć swoje przedmiotowe granice – autor zdecydował się na poszukiwanie odniesień do swojej tezy badawczej wśród współczesnych amerykańskich myślicieli politycznych, utożsamiających się bądź sympatyzujących z liberalizmem, i je znalazł – takie uzupełnienie byłoby bardzo przydatne dla przedstawienia pełnego obrazu rzeczywistości.

Tym bardziej że, wychodząc poza ramy recenzji, w polskich warunkach takie wzajemne polityczne i filozoficzne oddziaływanie na siebie republikanizmu i „prawicowego” liberalizmu jest bardzo potrzebne, a z wielu przyczyn (tożsamość grupowa, częściowo wspólne tradycje intelektualne) wręcz bardziej prawdopodobne niż w przypadku liberałów „lewicowych”. Nie zarzucając intelektualnej debaty z demoliberalnym mainstreamem warto pamiętać, że pozostanie w orbicie wzajemnych oddziaływań może stanowić dla republikanów bezpiecznik przed statolatrią, wolnościowcom pozwoli wyjść z antypaństwowej i antywspólnotowej szafy.

Jednak abstrahując od tego zastrzeżenia uważam „W stronę republikańskiego liberalizmu” za książkę bardzo wartościową, która świetnie pokazuje, że oba nurty mimo niezaprzeczalnych różnic wiele łączy. Autor wyczerpująco i ciekawie udowadnia, że przerzucenie takiego pomostu jest nie tylko możliwe, ale i konieczne.

 

 

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz