Przyczajony Sanders, ukryty Trump

Aktualności,

Zapewnienia o silnej pozycji Hillary Clinton mijają się nieco z prawdą. Kandydaci antysystemowi w wyborach prezydenckich w USA nadal mogą sprawić establishmentowi psikusa.

Oto bowiem wbrew silnym naciskom płynących z tak wpływowych ośrodków jak Biały Dom, czy redakcja New York Timesa czy też agencja Associated Press, Bernie Sanders nie składa broni. Nie jest to też jakaś ślepa donkiszoteria. Sanders formalnie wcale prawyborów nie przegrał i ma wciąż matematyczne szanse na nominację podczas konwencji demokratów pod koniec lipca.

Powodem uporu Sandersa jest skomplikowany system wyłaniania kandydata Partii Demokratycznej. Około 15% delegatów na konwencję stanowią bowiem tak zwani superdelegaci, którzy w odróżnieniu od wybranych przez wyborców zdeklarowanych delegatów swobodnie podejmują decyzję na kogo zagłosują podczas konwencji i do ostatniej chwili mogą zmienić zdanie. Superdelegaci to oczywiście wpływowi politycy i działacze partyjni. A więc przedstawiciele establishmentu spleceni całą siecią powiązań z niebywale wpływową „familią” Clintonów.

Po zakończeniu cyklu prawyborów Clinton i Sanders zdobyli odpowiednio 2219 i 1832 głosy zwykłych delegatów. W efekcie, gdyby Sanders przeciągnął na swoją stronę nieco ponad 500 z 714 możliwych do zdobycia superdelegackich głosów (nie wszyscy ujawnili swoje preferencje), zdobyłby nominację.

Sanders liczyć też może na to, że Trump zacznie wypadać lepiej w sondażach  i superdelegaci stwierdzą, że tylko prawdziwy antysystemowiec może wygrać z innym antysystemowcem.

Stronnicy Sandersa nie składają broni. Postanowili nawet stworzyć specjalną stronę mającej ułatwić aktywistom zlokalizowanie superdelegatów i zasypanie ich listami oraz mailami. Ci zaś już narzekają, że są nękani przez sanderystów. Ci z kolei mają wielki żal do obozu Clinton z powodu jej zagrywek kampanijnych. Guru lewicowej publicystyki Glenn Greenwald nie przebierał w słowach pisząc o ogłoszonym nieformalnie zwycięstwie Clinton. Proces wyłania kandydata Partii Demokratycznej jego zdaniem zakończył się w sposób „płytki, pokątny i elitarystyczny i jest doskonałym symbolem tego czym owa partia oraz jej nominat w rzeczywistości są”.

To, co rozjuszyło Greenwalda to fakt, że prasa ogłosiła Clinton oficjalnym kandydatem w dniu, w którym nie było  prawyborów na podstawie anonimowego sondażu przeprowadzonego przez Associated Press. Clinton została do tego „koronowana” w przeddzień kluczowych prawyborów w Californii, które wraz z prawyborami w Waszyngtonie mogłyby dać Sandersowi przewagę wśród „zwykłych delegatów”. Któż jednak chce głosować na „loosera”? W efekcie Sanders przegrał Kalifornię i Waszyngton, choć broni postanowił nie składać i to nawet za cenę podzielenia partii.

Sanders na konwencji oczywiście ma szanse małe, jeśli nie żadne. Clinton cieszy się na razie poparciem 581 superdelegatów a Sanders jedynie 49. „Demokratyczny socjalista” liczyć może jednak wciąż, na przykład, na wyciek informacji dotyczących którejś z afer, w które zamieszana jest Clinton. Wystarczy wymieć atak na ambasadę w Bengazi czy też skandal związany z tajnymi danymi na prywatnym koncie e-mailowym. Sanders liczyć też może na to, że Trump zacznie wypadać lepiej w sondażach  i superdelegaci stwierdzą, że tylko prawdziwy antysystemowiec może wygrać z innym antysystemowcem.

Nie jest to zaś kalkulacja bezpodstawna. W sporze na linii globalizm-lokalizm, który wypiera zwolna tradycyjne spory na linii lewica-prawica zarówno Sanders jak i Trump to bowiem lokaliści broniący amerykańskich miejsc pracy i lokalnych społeczności przez oligarchicznymi interesami. Obaj mają też przeciwko sobie swój własny partyjny establishment.

W Partii Republikańskiej nie ma superdelegatów. Czego bez zwątpienia żałują teraz jej elity. Obaj Bushowie, lider Republikanów w Izbie Reprezentantów – Paul Ryan i lider mniejszości republikańskiej w senacie Mitch McConnell nie zostawiają bowiem na Trumpie suchej nitki. Nie bez znaczenia dla losów kampanii pozostaje też ostatni zamach w Orlando, w klubie gejowskim. Trump natychmiast podchwycił temat i zażądał, aby prezydent otwarcie potępił stojący za zamachem „radykalny islam” zamiast powtarzać poprawne politycznie ogólniki o „akcie nienawiści”. To zagranie, z pewnością, Trumpowi nie zaszkodziło. Z drugiej jednak strony ostatnie doniesienia sugerują, że urodzony w imigranckiej, afgańskiej rodzinie zamachowiec od jakiegoś czasu klub odwiedzał i prawdopodobnie sam był gejem, który jednak nie potrafił się ze swoimi preferencjami pogodzić.  Podważa to motyw oparty tylko na religijnym radykalizmie i osłabia wpływ zamachu na kampanię. 

Trump, choć na razie przegrywa sondażowo z Clinton, nie jest  pozbawiony szans. Establishmentowy, startujący z wysokiego poziomu kandydat taki jak Clinton nie może już zyskać wiele ponad to, co ma, może natomiast w kolejnych potyczkach coraz bardziej się wykrwawiać. Polacy powinni dobrze pamiętać taki właśnie scenariusz z zeszłorocznych wyborów prezydenckich.