Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Przestać być masą

Antydemokratyczne elity uważające, że trzeba „wziąć za mordę”, by zrealizować coś dobrego, idą na skróty. Brakuje im pokory i słuchu społecznego

Jest nurt liberalizmu, który nigdy nie kłaniał się demokracji. Wielu polskich konserwatywnych liberałów od czasów sławetnego hasła przypisywanego Stefanowi Kisielewskiemu, że należy „wziąć za mordę i wprowadzić liberalizm”, marzyło często o tym, by po latach PRL-u pojawił się jakiś oświecony król, a przynajmniej dyktator, który zlikwiduje socjalizm i zaprowadzi system zgodny z prawem naturalnym. Inni, wskazując na to, że demokracja to ustrój, w którym dwa wilki i jedna owca decydują o tym, co będzie na obiad, a ponadto nie chcąc służyć nikomu, szli w swoich rozważaniach w stronę likwidacji władzy politycznej jako takiej. Co rusz pojawiają się na polskim rynku książki o takich tytułach, jak „Demokracja – bóg, który zawiódł”, „Demokracja – opium dla ludu” czy inne wariacje wokół totalitaryzmu czy fałszu demokracji. Często zresztą słusznie wskazują wewnętrzne sprzeczności i wady ludowładztwa. Monarchizm, tak ten lat 90. XX wieku, jak i obecny (wyznawany głównie przez konserwatystów, choć i część konserwatywnych liberałów), ma liczne odcienie; jedne posiadają solidny fundament intelektualny (jak choćby u Jacka Bartyzela), inne przybierają formę zwulgaryzowaną (jak u Janusza Korwin-Mikkego). Co bardziej realistycznie patrzący na rzeczywistość monarchiści – tacy, jak Adam Wielomski – nie widząc możliwości przywrócenia w Polsce monarchii, wiążą swoje nadzieje z zaistnieniem co najwyżej jego protezy, możliwej do wyobrażenia w XXI w., czyli dyktatury. Nurt ten jest obecnie zdecydowanie słabiej reprezentowany na szeroko rozumianej prawicy – niż np. obywatelsko-demokratyczny romantyzm reprezentowany przez Pawła Kukiza – jednak zawsze trend ten może się odwrócić. Tym bardziej, że wiązanie pewnych nadziei z rządami autorytarnymi to szersze zjawisko.

Gdybym był królem

Monarchizm nie musi być absolutystyczny – klasycznie rozumiana republika będąca ustrojem mieszanym także przecież była monarchią. Chodzi tu o te rodzaje, które stawiają przede wszystkim na jednowładztwo. W nich często monarchia nie jest jednak celem samym w sobie; nie chodzi o to, by w ramach obecnego porządku istniała osoba pełniąca funkcję de facto dekoracyjną, jak w Norwegii czy Wielkiej Brytanii, takie państwa, będące formalnie monarchiami, są raczej „ukoronowanymi demokracjami”. Jego wyznawcy uważają, że monarchia może posłużyć do budowy (lub odbudowy) i być elementem np. Christianitas czy libertariańskiego państwa ultraminimum (jako mniejsze zło, jeśli nie da się zaprowadzić ładu anarchokapitalistycznego – jak u Hansa-Hermanna Hoppego). Państwo, jakie mamy, z jego demoliberalnym relatywizmem i rozbuchanym opiekuńczym etatyzmem nam nie odpowiada – chodzi więc o to, by władca kierował się bliskimi nam wartościami (zostawiamy na boku pytanie o to, na ile są one prawdziwe – ważne jest, że są nam bliskie i zresztą często uznajemy je za uniwersalne, czy to w przypadku prawa Bożego, czy praw rynku, przyjmujących w niektórych nurtach libertarianizmu quasireligijną naturę). A jeśli będzie sprawował władzę samodzielnie, łatwiej będzie mu je realizować.

Założenie, że lepszy jest prosty układ jednowładztwa niż rozproszony akcjonariat demokracji, nie załatwia sprawy

Problem w tym, że wcale nie musi kierować się bliskimi nam wartościami. W monarchizmie konserwatywnym wręcz warunkiem sine qua non jest istnienie chrześcijańskiego środowiska, w którym ludzie autentycznie wierzą w boską legitymację króla. Monarcha jest Bożym pomazańcem, na co może odpowiedzieć dwojako: pokornie (gdyby nie Bóg, nie byłbym tu, gdzie jestem, w związku z czym muszę szukać takich decyzji, które byłyby zgodne z wolą Bożą) lub pysznie (jestem tu, bo tak chciał Bóg, w związku z czym moja wola jest wolą Boga) i nie zmieniają tego bezpieczniki osadzone w doktrynie przez św. Tomasza.

Paradoksalnie jednak monarchizm konserwatywny jest potencjalnie bardziej wolnościowy od libertariańskiego. W większości współczesnych ujęć władztwo dotyczy tylko kwestii politycznych, nie wtrąca się zaś w życie społeczne. Abstrahując od tego, że nie tylko obecnie trudno jest oddzielić jedno od drugiego, Hans-Hermann Hoppe widzi wyższość monarchii nad demokracją w tym, że król jest właścicielem państwa i jako taki będzie dbał o jego dobrobyt, bo także jego dobrobyt od niego zależy. To ekonomistyczne podejście cofa nas do epoki prerepublikańskiej, do czasów starożytnych despotów – w końcu wyższość politei (republiki) nad monarchią polegać miała na tym, że obywatele nie są już zależni od króla będącego panem ich życia i śmierci, ale decydują wspólnie. Ale nawet założenie, że lepszy jest prosty układ jednowładztwa niż akcjonariat rozproszony demokracji, w której wybieranemu kadencyjnie zarządowi zależy jedynie na utrzymaniu się dłuższy czas przy władzy, nie załatwia sprawy. Wewnętrzne sprzeczności tego podejścia zauważył słusznie Norbert Ślenzok w artykule „Hansa-Hermanna Hoppego libertariańska rehabilitacja monarchii. Analiza metodologiczna”, w którym wskazuje, że król będący właścicielem państwa wcale nie musi kierować się motywem zysku (co najmniej równie ważny może być motyw posiadania realnej i nie rozproszonej władzy), a nawet jeśli kieruje się zyskiem – ergo dąży do tego, by państwo jak najlepiej prosperowało – to wcale nie musi zakładać, że szczytowym osiągnięciem ekonomii politycznej jest gospodarczy leseferyzm zalecany przez Austriacką Szkołę Ekonomii, której Hoppe jest zwolennikiem. Tak właściwie jedyną rękojmią udanego z punktu widzenia libertariańskiego monarchisty funkcjonowania monarchii jest sytuacja, w której królem zostaje Hans-Hermann Hoppe, a z punktu widzenia konserwatysty – Jacek Bartyzel. Ale i to byłoby za mało, gdyż obaj mogą w kwestiach szczegółowych wyznawać poglądy sprzeczne z naszymi, w związku z czym w ostatecznym rozrachunku królem (lub przynajmniej dyktatorem) powinienem zostać ja.

Ludzie nijacy i ludzie wybrani

Można odnieść wrażenie, że prawica sceptyczna wobec tych ustrojów, w których to obywatele są podmiotem, a nie przedmiotem władzy – do których zaliczyć można zarówno różnego rodzaju demokracje, jak i republiki – zaludniona jest przez licznych pretendentów do tronu, których łączy chęć zaprowadzenia jedynego prawdziwego porządku przy pominięciu opinii publicznej. „Wziąć za mordę i wprowadzić liberalizm” trzeba wtedy, gdy ludzie nie rozumieją historycznej konieczności jego wprowadzenia, gdy nie dorośli do wolności i wolą nadal tkwić w obecnym systemie. Na boku zostawiamy to, czy ten program byłby dobry, czy zły, chodzi o metodę, która opiera się na totalnym niezrozumieniu dążeń i motywów mas. To myślenie obecne jest także u przedstawicieli innych nurtów ideowych, a jego lustrzanym odbiciem jest cyniczne podejście opierające się na wierze we wszechwładzę spinu w polityce („ciemny lud to kupi”). I tu obraz dążeń i motywów mas jest zniekształcony, chodzi o to, by nimi grać i ugrywać to, co naszym zdaniem jest dobre dla Polski (albo dla nas).

Właściwie jedyną rękojmią udanego z punktu widzenia libertariańskiego monarchisty funkcjonowania monarchii jest sytuacja, w której królem zostaje Hans-Hermann Hoppe, a z punktu widzenia konserwatysty Jacek Bartyzel

Takie podejście ilustruje szersze zjawisko, szkodliwe także, jeśli nie chcemy obalać demokracji, mianowicie daleko idącego odseparowania osób należących do elity, albo aspirujących do tego, od mas. Granica między masą a elitami jest niebywale płynna, o czym pisze Jose Ortega y Gasset w swoim „Buncie mas”. „ Pod słowem >masy< nie należy rozumieć wyłącznie czy przede wszystkim >mas robotniczych<. Masy to >ludzie przeciętni<. W ten sposób to, co było jedynie ilością, tłum, nabiera znaczenia jakościowego; staje się wspólną jakością, społeczną nijakością”. Nijaki mógł być onegdaj także szlachcic z urodzenia, dziś także osoba na wysokim stanowisku lub bogata – sprowadzając sprawę do absurdu nie tylko nasi rodzice mogli należeć do masy, ale także my raptem tydzień temu. Sprawa jest jednak bardzo poważna. „Człowiek wybrany to nie ktoś butny i bezczelny, uważający się za lepszego od innych, lecz ten, który wymaga od siebie więcej niż inni, nawet jeśli nie udaje mu się samemu tych wymagań zaspokoić. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie jest najbardziej podstawowym kryterium podziału ludzkości na dwa typy osobników: tych, którzy stawiają sobie duże wymagania, przyjmując na siebie obowiązki i narażając się na niebezpieczeństwa, i tych, którzy nie stawiają sobie samym żadnych specjalnych wymagań, dla których żyć to jest pozostawać takim, jakim się jest, bez podejmowania jakiegokolwiek wysiłku w celu samodoskonalenia, to płynąć przez życie jak boja poddająca się biernie zmiennym prądom morskim”. W tym ujęciu nie wystarczy być arystokratą pieniądza, profesorem, politykiem czy publicystą, by należeć do elity. Wręcz przeciwnie – biznesmen, który nie kieruje się potrzebami klientów, a uważa, że nie tylko pierwszy, ale i kolejne miliony trzeba ukraść, naukowiec idący utartymi ścieżkami, o których wie, że doprowadzą go na szczyty, za to nic realnie nie wnoszący do rozwoju nauki, polityk zmieniający partie jak rękawiczki tylko po to, by mieć nieustanny udział w rencie władzy czy wydawca kształtujący linię swego medium nie pod kątem ukazywania prawdy, ale pod kątem dostępu do lukratywnego rynku reklamowego – oni wszyscy do elity nie należą.

Ucho Prezesa

No dobrze, ale jak nie należą, skoro należą? Przecież to właśnie bardzo często tacy ludzie osiągają sukcesy i mają realny wpływ na gospodarkę, naukę, politykę czy opinię publiczną. To prawda, jednak temu nie zaradzi się, jedynie wierząc w odpowiednie uregulowanie mechanizmu doboru tych ludzi – choćby dlatego, że jest to niemożliwe, bo zawsze w ostatecznym rozrachunku rolę decydującą odgrywa czynnik ludzki. Nie ma ucieczki przed odpowiednim kształtowaniem cnót obywatelskich.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to temat niesamowicie grząski. Sam niegdyś z pobłażaniem podchodziłem przykładowo do dzieł z przeszłości, które podkreślały np. idealne cechy „doskonałego senatora”, jak u Wawrzyńca Goślickiego czy właśnie u Ortegi y Gasseta, jako do naiwnego moralizatorstwa. Tymczasem takie „moralizatorstwo” właśnie jest nam dziś, w dobie cynizmu, bardzo potrzebne. Parafrazując słowa Jana Pawła II, jeśli nie będziemy od siebie wymagać, inni także nie będą od nas wymagać.

Ucho Prezesa powinno być szeroko otwarte, ale mózg Prezesa winien przetwarzać zasłyszane informacje, kierując się własną ponadprzeciętną wiedzą i odrzucać to, co jest ewidentnie szkodliwe, nawet jeśli przyniosłoby poklask

Ludziom, którzy chcą iść na skróty i mankamentom demokracji chcą przeciwstawić jednowładztwo, brakuje często dwóch ze sobą powiązanych cnót, mianowicie pokory i słuchu społecznego. Obie są bardzo trudne. Człowiek świadomy posiadania wiedzy i szerokich horyzontów może czuć wyższość nad tymi, którzy tej wiedzy i horyzontów nie posiadają. To on jest przeznaczony do kierowania państwem i społeczeństwem, masa zaś, jak pisze Gasset, „pojawiła się po to, by na nią wpływano, by ją reprezentowano, by ją organizowano – a nawet po to, by przestać być masą czy przynajmniej do tego zmierzać”. Elita ma więc nie być masą, ale nie jest od tego, by gardzić „tępym motłochem”. Na tym polegał błąd elit okrągłostołowych, które uważały że nadszedł czas moralnej i intelektualnej dyktatury „ludzi rozumnych”. Dobry pomysł nie zostanie zrealizowany – albo zostanie zrealizowany wadliwie – jeśli nie będzie brał pod uwagę uwarunkowań społecznych: nie tylko zgody ludzi, ale także tego, na ile znajduje on swoje odbicie w ludzkiej mentalności (przykładowo prywatyzacja poprzez leasing pracowniczy na początku lat 90. udała się w niewielkim stopniu, gdyż ludzie nie byli przygotowani do tego, by pełnić funkcję właściciela). Nie oznacza to, że należy z niego rezygnować; chodzi o to, by społeczeństwo np. do niego uprzednio przygotować.

W innym kierunku idą nowe elity. Zagrożenie ze strony hiperdemokracji wynika z tego, że „umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do bycia przeciętnymi i banalnymi i do narzucania tych cech wszystkim innym”. Nowe elity je do tego zachęcają, na co przykładem jest choćby retoryka prezydenta Andrzeja Dudy – sugerującego, że to zwykli Kowalscy powinni wskazać, jakich zapisów chcą w konstytucji – i całego obozu PiS, dla którego ostatecznym argumentem na rzecz danego rozwiązania jest to, że „tego oczekują Polki i Polacy”. Takie podejście nie ma nic wspólnego ze słuchem społecznym – ucho Prezesa powinno być bowiem szeroko otwarte, ale mózg Prezesa winien przetwarzać zasłyszane informacje, kierując się własną ponadprzeciętną wiedzą i odrzucać to, co jest ewidentnie szkodliwe, nawet jeśli przyniosłoby poklask.

To, by przestać być masą, wymaga nieustannej pracy nad sobą, wypracowania w sobie także świadomości, że nasza wiedza jest nadal niewystarczająco wielka, horyzonty szerokie, a wrażliwość głęboka. To niezbędny patos, bez którego nie będzie dobrze funkcjonował żaden ustrój.

Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Przestać być masą”

  1. Pawel pisze:

    Bardzo ciekawy artykuł! Dodałbym jeszcze że jest bardzo ważne aby elity nie zamykały sie w swoich kręgach, oraz były świadome tego że muszą podzielić się z masą swoimi sukcesami, majątkami chociaż w minimalnym stopniu, w przeciwnym wypadku może dojść do następnej rewolucji mas.

    Uważam że pokora jest najważniejszą cnotą, i to jest ciekawe jak się trzeba samemu kontrolować aby tą pokore utrzymać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz