Przeregulowane petycje

Aktualności,

Ustawodawca najpierw nie wywiązywał się z konstytucyjnego obowiązku zobowiązania do realizacji prawa do petycji. Potem stworzył niechlujną ustawę , by w końcu zaproponować… radykalne ograniczenie tego prawa.

Chociaż art. 63 Konstytucji RP mówi jasno, że „każdy ma prawo składać petycje, wnioski i skargi w interesie publicznym, własnym lub innej osoby”, a „tryb rozpatrywania petycji, wniosków i skarg określa ustawa”, to na tę ustawę czekaliśmy 18 lat: weszła w życie we wrześniu ubiegłego roku. Od chwili jej uchwalenia wiadomo było – przed czym ostrzegaliśmy na łamach „Nowej Konfederacji” – że usiana nieostrymi sformułowania będzie budzić duże wątpliwości interpretacyjne. Jednak nawet zachowując sceptycyzm co do ostatecznego kształtu ustawy trudno było podejrzewać, że nie minie rok od jej wejścia w życie, gdy pojawi się pomysł, by i tak wykastrowanej (bo nie przewidującej trybu, w jakiej obywatel może zaskarżyć np. niesatysfakcjonującą odpowiedź na petycję) ustawie… uciąć pozostałe, umiarkowanie sprawne dotąd organy.

Sprawę w legislacyjnym gąszczu wychwycił i opisał w mediach społecznościowych Karol Breguła, aktywista doświadczony w wielu bojach o respektowanie przez administrację praw obywatelskich. Przy okazji porządkowania przepisów dotyczących identyfikacji elektronicznej Ministerstwo Rozwoju postanowiło dokonać z pozoru tylko kosmetycznych zmian w przepisie, który dotychczas dopuszczał składanie petycji z użyciem kwalifikowanego podpisu elektronicznego lub za pośrednictwem państwowej platformy ePUAP. Zmiany oznaczają, że niemożliwe będzie składanie petycji za pośrednictwem e-maila. Choć po kilku zaledwie miesiącach funkcjonowania ustawy nie znamy jeszcze szczegółowych statystyk dotyczących sposobów składania „ustawowych” petycji przez obywateli, to możemy podejrzewać, że jest to najpopularniejsza – bo najtańsza i najszybsza – forma ich składania. Jak wynika z punktowego monitoringu funkcjonowania ustawy prowadzonego przez Instytut Spraw Publiczny, już teraz wielu obywateli pomimo wejścia w życie ustawy nadal tworzy petycje niespełniające formalnych, ustawowych wymogów. Robią to za pośrednictwem dedykowanych, prywatnych serwisów internetowych, gdzie jest to zwyczajnie łatwe i intuicyjne. Kolejne formalne ograniczenie w składaniu petycji zgodnych z ustawą sprawi, że konstytucyjne prawo będzie miało jeszcze większą szansę stać się szybko prawem martwym. Zwłaszcza, że ePUAP, który miał być łatwo dostępną dla obywatela alternatywą dla e-maila, zwyczajnie często nie działa.

W przeregulowanym świecie dziesiątek tysięcy stron przepisów uchwalanych rokrocznie coraz trudniej o konsekwencję i dobre, zrozumiałe dla obywatela akty.

Skąd wziął się ten kuriozalny pomysł? Trudno uwierzyć, że raczkująca dopiero praktyka realizowania prawa do petycji skłoniła kogoś w Ministerstwie Rozwoju do jego ograniczenia. Nawet gdyby uznać, że obowiązek odpowiadania obywatelom na ich petycje wysyłane drogą mailową jednak urzędnikom ciąży, to stało się to za szybko. Sześć miesięcy pomiędzy wejściem ustawy w życie a ogłoszeniem pierwszej propozycji jej nowelizacji to za mało, by zostało to przeanalizowane i przekute najpierw w impuls legislacyjny, a następnie projekt zmiany prawa.

Wydaje się, że najzwyczajniej w świecie wylano dziecko z kąpielą: porządkując przepisy dotyczące stosowania podpisu elektronicznego i profilu zaufanego ePUAP znaleziono legislacyjny bubel poprzedniej wersji ustawy. Stwierdzenie, że tzw. petycja elektroniczna „może być opatrzona bezpiecznym podpisem elektronicznym” nigdy nie powinno się znaleźć w ustawie. Jeżeli ustawodawca – a tak sugeruje ten przepis – dopuszczał poza innymi środkami komunikacji elektronicznej (czyli np. e-mailami) również podpis elektroniczny i ePUAP, to nie musiał tego w ogóle wpisywać do ustawy. Przypomnijmy: tzw. „Zasady techniki prawodawczej” (formalnie będące rozporządzeniem premiera) mówią wyraźnie, że „w ustawie nie zamieszcza się wypowiedzi, które nie służą wyrażaniu norm prawnych, a w szczególności apeli, postulatów, zaleceń, upomnień oraz uzasadnień formułowanych norm”.

Przechodząc z poziomu przepisów do praktyki: najpewniej jakiś spostrzegawczy, ale nadgorliwy legislator zakwalifikował rzeczone „może być opatrzona” jako nieostre wyrażenie postulatu czy zalecenia i postanowił je zastąpić bardziej poprawnym, z punktu widzenia techniki prawodawczej, sformułowaniem „powinna być opatrzona”. Nie pomyślał przy okazji o tym, że tym samym radykalnie ograniczy dostęp obywateli do konstytucyjnego prawa i zaneguje wykuwaną przez długie lata wolę ustawodawcy.

Dla niezaznajomionego z polskim ustawodawstwem czytelnika być może opisana sytuacja wyda się przyczynkarstwem. Rzecz w tym, że mówi wiele o naszej prawnej rzeczywistości. W przeregulowanym świecie dziesiątek tysięcy stron przepisów uchwalanych rokrocznie coraz trudniej o konsekwencję i dobre, zrozumiałe dla obywatela akty. Podejmując kolejne próby ich poprawienia i uspójnienia łatwo zaś naruszyć ich meritum z ograniczeniem konstytucyjnych praw włącznie. Bez systemowego pomysłu na ograniczenie nadmiaru regulacji i urzeczywistnienia procesów konsultacyjnych będziemy się w tym zaklętym kole kręcić nadal, tylko coraz szybciej.