Komisja Europejska słabnie w oczach

Aktualności,

Komisja Europejska nie dała polskiemu rządowi wielkiego wyboru. Na ultimatum z czterodniowym, a więc niewykonalnym terminem realizacji można było odpowiedzieć na dwa sposoby. Albo bezwarunkową kapitulacją wobec powtórzonych przez KE warunków opozycji, albo twardą negacją. Rząd wybrał jedyną dostępną opcję umożliwiająca mu wyjście ze sporu z twarzą. Rzecz jasna rozgrywając ją politycznie: ostrym, podkręcającym polaryzację wzdłuż osi „suwerennościowej” wystąpieniem premier Beaty Szydło w Sejmie.

W całej tzw. procedurze ochrony praworządności nie chodzi rzecz jasna o rządy prawa i demokrację. Przypomnijmy, że pilotujący proces wiceszef KE Frans Timmermans pochodzi z Holandii, kraju, który w ogóle nie ma sądu konstytucyjnego i wielokrotnie odrzucał projekty jego ustanowienia. Z kolei ojczyzna przewodniczącego Jeana-Claude’a Junckera przymierza się ostatnio do likwidacji luksemburskiego odpowiednika TK. Zasadność samego istnienia takiej instytucji w państwach demokratycznych jest kwestią sporną i szereg członków Unii Europejskiej takiej potrzeby nie widzi.

Trudno oprzeć się więc wrażeniu groteski, gdy obywatele tych ostatnich krajów rozliczają Polskę ze sporu o Trybunał Konstytucyjny, oznajmiając, że pozostawienie go w dotychczasowym kształcie jest warunkiem sine qua non praworządności. Zauważmy, że choćby niedawne, ewidentne złamanie przez kanclerz Angelę Merkel konwencji dublińskiej przy okazji kryzysu imigracyjnego (ostro krytykowane w samych Niemczech m.in. przez byłych sędziów sądu konstytucyjnego) nie spotkało się ze strony KE nawet z cieniem „troski o praworządność”, którą okazuje ona naszemu krajowi. W dodatku nie dalej jak w zeszłym tygodniu Hiszpania i Portugalia uniknęły ze strony KE kar za ewidentne naruszenia dyscypliny finansowej.

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że sama procedura ochrony praworządności jest prawnie problematyczna. Rada UE upubliczniła kilka miesięcy temu ekspertyzę mówiącą, że mechanizm ten jest… niezgodny z przepisami unijnymi, będąc próbą zmiany treści art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej przez nieuprawnioną do tego (w przeciwieństwie do Rady Europejskiej) Komisję. Zatem Rada i Komisja są tu co najmniej w sporze kompetencyjnym, a mogło nawet dojść do uzurpacji uprawnień ze strony KE.

Tak więc na gruncie faktów stanowisko Timermansa et consortes sięgnęło Himalajów śmieszności. Że nie ma nic wspólnego z troską o praworządność w Polsce – jest rzeczą oczywistą.

O co więc chodzi Komisji? Unia trzeszczy w szwach. Wciąż niezałatane rozspójnienie po kryzysie finansowym, Brexit, impas co do reform instytucjonalnych, problem imigrantów, wzbierające od Hiszpanii po Finlandię populizmy, nacjonalizmy i protekcjonizmy – nie znajdują dobrych recept. Niewielkie Węgry pokazały w ostatnich latach, że można grać kierownictwu Unii na nosie, nie tracąc specjalnie poparcia w kraju.

Stawiam więc euro przeciw orzechom, że cała ta gadanina o zagrożonej jakoby demokracji jest – pełną instrumentalizacji i hipokryzji – próbą przykładnego ukarania kraju, który dotąd wprawdzie establishmentowi unijnemu inaczej niż erystycznie nie zaszkodził, ale zdaje się mieć po temu pewien potencjał. Do roli chłopca do bicia Polska nadaje się świetnie: jest na tyle duża, żeby móc uchodzić za model, a zarazem na tyle słaba, by móc liczyć, że spuści uszy po sobie. Dając przykład pokory Austrii, Grecji i innym.

Rząd Szydło postawił na opór. Nie musi się raczej obawiać formalnych sankcji, do tych potrzebna jest bowiem jednomyślność w Radzie Europejskiej. Polska jest jednak wysoce wrażliwa na opinie (nieraz stadne) zagranicznych inwestorów, oceny agencji ratingowych, generalnie na głosy zachodnich autorytetów. KE ma możliwość wpływu na wszystkie te sfery i w ten sposób może sprawić nam spore kłopoty. Gdyby zdecydowała się użyć wszystkich armat pokonanie jej, z wykorzystaniem np. sprzeczności między Komisją a Radą, wymagałoby wysokich kwalifikacji politycznych.

Póki co jednak, brak zapowiadanego na poniedziałek, miażdżącego stanowiska, jak i wycofywanie się rakiem z ultymatywnego tonu w sprawie Polski zdaje się sugerować, że proste postawienie się KE przynosi zaskakująco dobry rezultat. Z pewnością ważny jest kontekst: Komisja jest dziś politycznie słabsza niż kiedykolwiek. A obecna sytuacja pokazuje chyba, że w swoich dyscyplinujących zapędach zwyczajnie się zakiwała.