Newsletter

Pragmatyczny idealizm

Rewolucja w polityce zagranicznej, której się niektórzy spodziewali, jednak nie nastąpiła. Zamiast tego mamy mieszankę elementów zmiany i kontynuacji

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Rewolucja w polityce zagranicznej, której się niektórzy spodziewali, jednak nie nastąpiła. Zamiast tego mamy mieszankę elementów zmiany i kontynuacji

Zapowiadana przez Prawo i Sprawiedliwość głęboka przebudowa państwa, przedstawiana pod hasłem „dobrej zmiany”, w istotnym stopniu dotyczy także działań zewnętrznych rządu. Pod hasłem „wstawania z kolan” rząd premier Beaty Szydło dokonał reorientacji polityki zagranicznej. Rewolucja, której się niektórzy spodziewali, a wręcz obawiali po zwycięstwie wyborczym PiS-u, jednak nie nastąpiła. Zamiast tego mamy mieszankę elementów zmiany i kontynuacji. Polska racja stanu w kluczowych kwestiach, takich jak członkostwo w Unii Europejskiej, Sojuszu Północnoatlantyckim, partnerstwo z USA, stosunki z Rosją oraz wsparcie dla euroatlantyckich aspiracji Ukrainy, Gruzji i Mołdawii, pozostaje niezmienna. Główna zmiana polega na próbie „upodmiotowienia” Polski, czyli wzmocnieniu jej pozycji w ramach Unii Europejskiej, poprzez budowę regionalnych sojuszy i wyraźniejszego artykułowania narodowych interesów w stosunkach z najsilniejszymi europejskimi graczami, głównie Niemcami.

Koniec z „zachodnim mitem”

Oznacza to de facto zerwanie z „płynięciem w głównym nurcie” polityki europejskiej, zbudowanym na „zachodnim micie”, który, jak PiS słusznie dostrzegł, przestał na Polaków oddziaływać. Niewypowiedzianym aksjomatem polityki zagranicznej III RP było przeświadczenie, że trzeba się zadowolić statusem peryferyjnym Polski i że na nic więcej niż „powrót do Europy” po upadku komunizmu nas nie było stać. Z tym aksjomatem PiS próbuje zerwać.

Narzędzia, którymi posługiwała się dyplomacja PiS-u przez ten ostatni rok nie były jednak zawsze dostosowane do jej strategicznych celów. Zaproszenie Komisji Weneckiej do Polski w ramach sporu wokół Trybunału Konstytucyjnego było bez wątpienia błędem, tak jak i rozpoczęcie przez szefa MON Antoniego Macierewicza dyplomatycznej gry wokół rosyjskiej wrzutki, dotyczącej sprzedaży Kremlowi okrętów Mistral przez Egipt. Wyraźna była momentami także rozbieżność między warstwą retoryczną a realnymi możliwościami, choćby w dziedzinie reformy Unii. Nawet prezes PiS-u Jarosław Kaczyński musiał w końcu przyznać, że zmian w europejskiej wspólnocie nie da się wprowadzić bez poparcia Berlina. Można więc powiedzieć, że „dobra zmiana” w polityce zagranicznej zawiera w sobie elementy tak idealistyczne, jak i pragmatyczne.

Bezspornym sukcesem PiS-u w dziedzinie dyplomacji był szczyt NATO w Warszawie. Sojusz Północnoatlantycki uznał, po raz pierwszy od 1989 r., że Rosja „może być” zagrożeniem dla bezpieczeństwa w Europie

Rok w dyplomacji to jednak niewiele i na ocenę niektórych przedsięwzięć rządu, choćby „Morza ABC”, jest jeszcze za wcześnie. Regionalna integracja to projekt długofalowy, przekraczający ramy jednej kadencji rządowej.

Nieodzowny sojusznik

Niemcy, choć są bez wątpienia najsilniejszym państwem Europy, nie są bynajmniej hegemonem. Są słabe militarnie i zależne od USA, które dyktują warunki w tym partnerstwie. Dominacja gospodarczo-polityczna Niemiec w regionie jest więc dominacją z upoważnienia Stanów Zjednoczonych, czego rząd PiS-u zdaje się nie dostrzegać. Dzięki temu Niemcy nie tylko mogą forsować swoje interesy w ramach Unii, ale także stanowią głównego partnera USA, o których względy także i Polska zabiega, bowiem są one w ramach NATO najistotniejszym gwarantem naszego bezpieczeństwa. Dlatego m.in. stałe bazy amerykańskie mimo starań Warszawy nie zawędrowały nad Wisłę, tylko pozostały tam, gdzie są, w Niemczech. Niemniej jednak Berlin jest dla nas, choć niewygodnym, to jednak nieodzownym sojusznikiem, a kanclerz Angela Merkel najbardziej przychylnym Europie Środkowej i Wschodniej przywódcą. Niemcy dystansują wszystkie pozostałe rynki, jako nasz największy partner gospodarczy. Są też najważniejszym inwestorem zagranicznym w Polsce.

Za rządów PO-PSL Polska zgadzała się na wszystkie międzynarodowe przedsięwzięcia Berlina, które były często wprost sprzeczne z naszymi interesami, choćby traktat lizboński, gazociąg Nord Stream, pakiet klimatyczny czy polityka imigracyjna. To się zasadniczo zmieniło. Relacje z Niemcami uległy pod rządami PiS-u pewnemu „urealnieniu”, poprzez wyraźniejsze wyartykułowanie po polskiej stronie interesów i aspiracji. Od wielu lat Berlin forsował ideę, że Niemcy w ogóle nie mają interesów narodowych, lecz wyłącznie europejskie. Przez ostatni rok stało się jasne, że tak nie jest. Relacje pozostały jednak, mimo histerii w niemieckich i polskich mediach „głównego nurtu”, zasadniczo stabilne. Wynika to po części z tego, że Niemcy nie mogą sobie dzisiaj pozwolić na otwartą konfrontację z Polską.

Nawet prezes PiS-u Jarosław Kaczyński musiał w końcu przyznać, że zmian w europejskiej wspólnocie nie da się wprowadzić bez poparcia Berlina

Ważną rolę odegrał tu także prezydent Andrzej Duda, który od początku prowadził wobec Berlina bardzo przyjazną politykę, co nieco łagodziło pojawiające się napięcia. Nie należy jednak zapominać, że różnica potencjałów Polski i Niemiec jest wciąż olbrzymia. O ile Polska to de facto peryferia światowego systemu władzy, to Niemcy są w jego centrum. I to się szybko nie zmieni. „Upodmiotowienie” w relacjach z Niemcami ma więc swoje granice. Polska może jednak wykorzystać obecną słabość niemieckiego przywództwa po kryzysie finansowym oraz imigracyjnym, i kształtujący się nowy układ sił po Brexicie, negocjując warunki brzegowe przyszłej reformy struktur integracyjnych. Po zakończeniu zimnej wojny Niemcy postawiły na polityczną integrację Europy. Dziś, po ćwierćwieczu, staje się oczywiste, że ponieśli na tym polu spektakularne fiasko. Czas pokaże, czy rządowi PiS-u uda się to wykorzystać.

Weganie i rowerzyści

Po styczniowym exposé ministra spraw zagranicznych, część komentatorów doszła do wniosku, że nowy rząd zamienił Berlin na Londyn, jako nowego partnera strategicznego. To jednak złudzenie. Wbrew powszechnemu mniemaniu, Polska i Wielka Brytania miały zawsze odmienne interesy w Unii Europejskiej. Akcentowanie uprzywilejowanych relacji z Londynem służyło raczej zademonstrowaniu dystansu do Berlina i wskazaniu, że nie jesteśmy skazani na niemiecką hegemonię. Orientacja na przywództwo niemieckie została zatem zmieniona na politykę równej odległości wobec mocarstw europejskich.

Zdecydowanie najsłabszą stroną polskiej dyplomacji wobec Niemiec okazała się jej odsłona retoryczna. Niezręczne wypowiedzi szefa MSZ (weganie, rowerzyści, zarzucanie Niemcom egoizmu i wrogości) oraz czcze apele o branie pod uwagę naszych interesów kontrastowały z realnymi działaniami, jak choćby zainicjowanym przez ministra Waszczykowskiego ożywieniu koncepcji Trójkąta Weimarskiego, od lat pozostającego bytem politycznie martwym. Czy ta słuszna próba wywierania wpływu na tandem francusko-niemiecki będzie skuteczna? Biorąc pod uwagę całkowitą obojętność Francji w kwestiach ważnych dla Polski, jak polityka wschodnia i zagrożenie ze strony Rosji, jest to wątpliwe. Na pewno jest to jednak sukces wizerunkowy, potrzebny w chwili, gdy Polska pozostaje w sporze z UE w kwestii Trybunału Konstytucyjnego.

Dali się zaskoczyć

PiS przejął władzę w momencie, gdy Europę ogarnął bezprecedensowy kryzys imigracyjny, a co za tym idzie – kryzys jej przywództwa. Już wcześniej narastały nastroje antyunijne i powstawały partie eurosceptyczne, a wręcz otwarcie antyeuropejskie, jak niemiecka AfD. Można było się więc spodziewać, że globalistyczne brukselskie elity, forsujące hasło otwartego społeczeństwa i eurofederalizm, zareagują alergicznie na nowe polskie władze, ideologicznie im wrogie. PiS powinien po doświadczeniach z lat 2005 –2007 być do tego przygotowany. Tymczasem dał się zaskoczyć, a próby zaradzenia wizerunkowemu kryzysowi (wywiady w prasie i telewizji zagranicznej udzielane przez przedstawicieli rządu oraz prezydenta) nastąpiły o wiele za późno. Kryzys imigracyjny i twarda odmowa przyjmowania uchodźców według systemu kwot ściągnęły na polski rząd falę bardzo agresywnej i nieuzasadnionej krytyki ze strony europejskich polityków, w szczególności proweniencji niemieckiej. Do tego doszedł kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego, który opozycja celowo wyniosła na poziom europejski, gdzie przez lata budowała sobie wygodną bazę poparcia.

PiS to w zasadzie euroentuzjaści, którzy są sceptyczni wobec dalszej integracji politycznej w UE. Dziś stawia się ich jednak w jednym szeregu z Frontem Narodowym Marine Le Pen, który chce wyjścia Francji z Unii i NATO. Stało się tak za sprawą „idealistycznego wymiaru” polityki partii rządzącej, która postrzega dzisiejszą rzeczywistość polityczną Europy w kategoriach sporu o wartości i tożsamość. W Brukseli jest to odbierane jako odrzucenie liberalnej demokracji, czyli Zachodu jako takiego. Tu PiS mógł ponieść tylko porażkę, bowiem w żywotnym interesie europejskich elit jest zachowanie status quo.

Europa wolnych narodów

Na tle głośnej połajanki ws. TK niemal zaginął pomysł reformy Unii Europejskiej forsowany przez PiS, czyli renegocjacji unijnych traktatów i powrotu do Europy wolnych narodów, skupionej wokół wspólnego rynku. Największym sojusznikiem Polski w tej kwestii była Wielka Brytania, jednak podjęta przez Camerona próba rewizji traktatów skończyła się Brexitem i dziś Polska jest w tych zamiarach osamotniona. Propozycje Warszawy, by wystąpić w tej sprawie wspólnie, zostały odrzucone nawet przez jej sojuszników w V4: od premiera Węgier Orbána, po premiera Słowacji Ficę. Zmiana traktatów z perspektywy Orbána, który pozostaje silnie przywiązany do przywództwa Niemiec, odnosi się jedynie do kwestii polityki imigracyjnej. Nie wiemy także wciąż, na czym ta zmiana traktatów miałaby polegać, ponieważ rząd PiS-u nie przedstawił jak dotąd konkretnego projektu. Równie mglista pozostaje „kontrrewolucja kulturowa”, zapowiedziana przez Orbana i Kaczyńskiego. Zakończy się ona zapewne niczym, bowiem do nałożenia sankcji na Polskę potrzebna jest jednomyślność w Radzie UE.

Ożywienie współpracy w ramach Grupy Wyszehradzkiej to bez wątpienia największy sukces dyplomacji PiS-u. Grupa Wyszehradzka, w latach 90. ulubione dziecko Brukseli, po wejściu należących do niej krajów do UE, podzieliła los Trójkąta Weimarskiego i stała się politycznym trupem. W ożywieniu go pomógł ekipie Beaty Szydło z pewnością kryzys imigracyjny. Pozwolił on zjednoczyć państwa V4 wokół jednego postulatu – odrzucenia narzuconej przez silniejsze państwa UE (czytaj: Niemcy) polityki wobec uchodźców. Dzięki temu wspólnemu wysiłkowi Grupa Wyszehradzka stała się widoczna, a forsowane przez nią postulaty (elastyczna solidarność) zostały następnie przyswojone przez europejskich polityków, nawet tych, którzy byli jej z zasady nieprzychylni (m.in. Martin Schulz). Wydźwięk wspólnej deklaracji państw V4 z Bratysławy był wyraźnie antyfederalistyczny.

V4 to przede wszystkim Polska, pozostałe kraje są za małe, by odegrać znaczącą rolę na poziomie europejskim czy wymusić reformę Unii. Grupa ma jednak obecnie duży potencjał do tego, by nadawać ton debacie w UE. Duet niemiecko-francuski jest osłabiony, w obu krajach zbliżają się wybory, a od prawie 10 lat tendencje eurosceptyczne na Starym Kontynencie przybierają na sile. Polska może stać się rzecznikiem rozczarowanych Unią. Sama integracja regionalna, jako projekt potrwa jednak lata. Może ona opierać się tylko na współpracy w dziedzinach, które nie wymagają od krajów V4 stanięcia przeciwko Niemcom. Zarówno Węgry, jak i Słowacja i Czechy, silnie zależne gospodarczo od Niemiec, dały wyraźnie do zrozumienia, że nie będą uczestniczyły w projekcie skierowanym przeciwko Berlinowi. To oznacza mozolne spajanie regionu wokół projektów energetycznych czy infrastrukturalnych. Międzymorze czy też „Morze ABC”, poszerzone o państwa Bałtyckie i Rumunię, może więc tylko stanowić „uzupełnienie” do głównego nurtu unijnego, a nie przeciwwagę dla niego. Dlatego polska idea zbudowania „odrębnej tożsamości” krajów regionu została potraktowana przez nie dość chłodno.

Relacje z Niemcami uległy pod rządami PiS-u pewnemu „urealnieniu”, poprzez wyraźniejsze wyartykułowanie po polskiej stronie interesów i aspiracji

W polityce regionalnej pozostaje więc jeszcze bardzo wiele do zrobienia, szczególnie na kierunku wschodnim. W najbliższych latach trudno liczyć na ocieplenie w stosunkach z Kremlem, dlatego też szczególnego znaczenia nabierają nasze relacje z Wilnem, Mińskiem i Kijowem. A tu od lat nie dzieje się nic dobrego. Stosunki z Litwą są już tradycyjnie złe. Część winy spada na Warszawę, która nie potrafi skorelować polskiej racji stanu z interesami Polaków zamieszkałych na Litwie. Niedawne wybory parlamentarne przyniosły zwycięstwo Związkowi Chłopów i Zielonych, partii kierowanej przez jednego z najbogatszych ludzi na Litwie Ramūnasa Karbauskisa, polityka niegdyś prorosyjskiego, antynatowskiego i antyunijnego, który w międzyczasie znacznie złagodził swoją retorykę. Karbaūskis zaproponował Polsce „poprawę relacji”. Pomijając fakt, że nie wiadomo do końca, jakie są dziś powiązania Karbaūskisa z Rosją, dał on wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza składać polskiej mniejszości żadnych obietnic, bo „i tak nie da się ich spełnić”. Znalezienie wspólnego języka z nowym litewskim rządem może być więc dla PiS-u trudne, bowiem zarówno prezydent, jak i MSZ zrobili ze wsparcia dla Polonii jeden z filarów swojej polityki.

Nieco lepiej wygląda to na odcinku białoruskim. Wizyta Witolda Waszczykowskiego i wicepremiera Morawieckiego w Mińsku pokazują, że rząd PiS-u zrozumiał, po latach zastoju w następstwie klęski programu Partnerstwa Wschodniego Sikorskiego, że nie ma znaczącej opozycji na Białorusi, za pomocą której można by obalić reżim, a umiarkowana idzie na dialog z władzą. Należy więc rozmawiać z Łukaszenką, tym bardziej, iż w tle czekają poważne gospodarcze zyski, o czym pisze w swoim tekście Adam Michalak.

Zadziwia za to bierność w relacjach z Kijowem. Warszawy wciąż brak w formacie normandzkim, choć PiS ostro krytykował za ten stan rzeczy poprzedni rząd PO i obiecywał w tej kwestii większą asertywność. Dziś niewiele z tego pozostało. Może to być związane z tym, że nowa ekipa uznała, iż Ukraina i tak już została zagospodarowana przez Niemcy, a więc w przyszłości, przy założeniu większego zbliżenia z UE, stanie się konkurencją dla Polski, więc nie należy zbyt wiele w nią inwestować. Tym bardziej, że uczestnictwie Polski w formacie normandzkim sprzeciwia się Rosja. Reszta relacji zdaje się tonąć w historycznym sporze wokół Wołynia. Pasywna polityka wschodnia pozostawia zbyt wielkie pole manewru Kremlowi, któremu udało się już zagospodarować polską mniejszość na Litwie.

Ukłon ze strony NATO

Bezspornym sukcesem PiS-u w dziedzinie dyplomacji był szczyt NATO w Warszawie. Sojusz Północnoatlantycki wyciągnął wnioski z aneksji Krymu oraz militarnych działań Kremla na wschodniej Ukrainie. Uznał, po raz pierwszy od 1989 r., że Rosja „może być” zagrożeniem dla bezpieczeństwa w Europie. To ewidentny ukłon w kierunku państw frontowych, leżących na wschodniej flance NATO. Starania sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga, by decyzje, które zapadły na szczycie nie zostały odebrane jako chęć konfrontacji z Kremlem, pokazały jednak, że rozmieszczenie czterech batalionów i sprzętu jednej ciężkiej amerykańskiej brygady na wschodniej flance to maksimum tego, co państwa frontowe mogły uzyskać i czego mogą w chwili obecnej od NATO oczekiwać. To rodzi uzasadnione pytanie, jak będzie wyglądało nasze bezpieczeństwo za pięć, dziesięć czy piętnaście lat. Niepokojące było także to, że obok „odstraszania”, głównym hasłem szczytu był „dialog”. Z Rosją. NATO pobrzękuje wprawdzie szabelką, ale dość cicho. Ta ewidentna słabość Zachodu wobec Rosji jest czymś, z czym PiS-owi przyjdzie się jeszcze nie raz zmierzyć. Tym bardziej, że obecna władza ewidentnie stawia właśnie na Amerykanów. Odpowiedzią na ten problem, choćby po części, ma być program modernizacji armii i budowa Obrony Terytorialnej.

Ożywienie współpracy w ramach Grupy Wyszehradzkiej to bez wątpienia największy sukces dyplomacji PiS-u

Wiele zostało już napisane o dyplomatycznym faux pas polskiego MON w kwestii Caracali. Faktem jest, że nie jest to jedyny przetarg wojskowy w Europie i świecie, który został zerwany, bądź jego realizacja się znacznie opóźnia. Reakcja Francuzów jest zrozumiała, bowiem sprzedaż Polsce śmigłowców miała przynieść im znaczny zysk, zachować miejsca pracy we Francji i pozwolić Airbus Helicopters stworzyć nową, zmodernizowana wersję Caracala. Histeria wokół żartów wiceszefa MON o widelcach i przepraszanie Francuzów za „obrazę majestatu”, włącznie z pomnikiem Napoleona, świadczy o głębokich neokolonialnych kompleksach niektórych Polaków, z politykami i ekspertami włącznie. O wiele poważniejsza „wpadka” zdarzyła się ministrowi Antoniemu Macierewiczowi w związku z rosyjską wrzutką o rzekomej sprzedaży okrętów Mistral przez Egipt do Rosji. Potwierdził informację ewidentnie nieprawdziwą, co Rosja wykorzystała, by robić z polskiego rządu obsesyjnych rusofobów. Ogólnie rząd PiS-u jest podatny na prowokacje rosyjskie, szczególnie te związane z katastrofą Smoleńską. Reakcja na kolejną książkę niemieckiego dziennikarza Jüergena Rotha świadczy o tym dobitnie.

Gra na wielu fortepianach

Podsumowując pierwszy rok polityki zagranicznej PiS-u trzeba powiedzieć, że był on o wiele bardziej proaktywny i zawierał o wiele więcej udanych zagrywek, niż można było się spodziewać. Czy Polska po 26 latach pływania w głównym nurcie ma szansę na zwiększenie swojej siły i odegranie bardziej podmiotowej roli w Europie? To będzie zależało od umiejętności „grania na wielu fortepianach”, w wykonaniu ekipy Beaty Szydło, i od toczenia sporów z Brukselą (Berlinem, Paryżem etc.) o to, co jest dla naszej przyszłości naprawdę ważne – tj. o zakres suwerenności państw członkowskich UE, o kształt europejskiej architektury bezpieczeństwa i o politykę energetyczną. Tak, by zarówno Berlin oraz Bruksela, jak i Moskwa bardziej liczyły się z interesami Polski.