Newsletter

Powrót e-Urydyki

Właścicielka sieci solariów w zachodniej Anglii jest w trakcie uruchamiania nowego typu usługi: osobom pogrążonym w żałobie zamierza oferować seks-roboty, wyposażone w rysy twarzy zmarłych osób

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Listopad jakby cały był spod znaku Demeter, nawet jeśli w oktawę Zaduszek miasto ożywia się, a niska mgła nad jego rozgorączkowanym centrum przez godzinę lub dwie opalizuje rudo i karminowo. Reszta miesiąca jest już spokojna: trawnik ze złotego staje się brązowy i czarny, liście płatają figle, to ciężkie od wilgoci, to lekkie jak popiół – wszystko jak z niezapomnianego wykładu radcy Behrensa o rozkładzie, tyle że, inaczej niż w „Czarodziejskiej górze”, miłosiernie ograniczonego do królestwa roślin.

Zgarniając szerokim ruchem liście z granitowej czy lastrykowej płyty na jednym czy drugim znajomym cmentarzu, nieuchronnie ogarnia się kątem oka stare i nowe szpetoty funeralne: sztuczne kwiaty już zawsze będą z nami, fioletowe, brudnobiałe i zjadliwie zielone, ta plątanina oblanych farbą drutów sterczeć będzie nawet spod pierwszego śniegu, znikając dopiero wiosną. Znicze będą mieć coraz wyższe i coraz bardziej wymyślne daszki z plastiku, wypiętrzone jak pagoda w ogrodzie przedsiębiorcy, inne znów jaśnieć będą barwami kraju lub klubu, niczym szalik na spoconej szyi. Nowością ostatnich lat zdają się e-znicze: zimny płomyk przeskakuje z lewej diody na prawą, imitując ruch jak mechaniczny zając, dopóki nie wyczerpie się bateria i nie zacznie z niej sączyć sól.

Ale czym są e-znicze wobec e-Urydyki, którą chce nas pocieszać późna nowoczesność? Pani Jade Stanley, właścicielka sieci solariów w zachodniej Anglii, jest w trakcie uruchamiania nowego typu usługi: osobom pogrążonym w żałobie zamierza oferować seks-roboty, wyposażone w rysy twarzy zmarłych osób. Jeśli wierzyć doniesieniom pism tak poważnych jak „Wired”, proces zamawiania w niczym nie odbiega od tego, który praktykowany jest już od kilku lat w placówkach, oferujących pornolale nowej generacji: można zdefiniować kolor włosów i odcień skóry, odpowiednio ustawić timbre głosu, ba, nagrać ulubione frazy: „Kochanie, podaj mi sól!” brzęczeć będzie jeszcze, i jeszcze, i jeszcze. Ubrania, dotąd niepotrzebne, wietrzejące w szafie albo przekazywane placówkom charytatywnym, znajdą nowe zastosowanie; sprzączki, łańcuszki, szminki nawet rozbłysną na nowo, uda się odtworzyć rytm kroków. Śmierci nie ma, deklaruje pani Stanley, której wtórują organizatorzy tournée Amy Winehouse: dzięki technologii kreowania holograficznego obrazu z zachowanych nagrań, przedsiębiorczości firmy Base Hologram i chciwości niepocieszonego ojca, wizerunek neurotycznej szansonistki ukaże się tłumom na stadionach od Camden po Monachium.

Imaginacja ludzka igrała od dawna z perspektywą tego rodzaju mechanicznych pocieszeń. Najdalej zaszli w tych eksperymentach dwaj tytani: Philip K. Dick w „Ubiku” i Stanisław Lem w „Solaris”. Przez jakiś czas wydawało się jednak, że to groteskowe galwanizowanie zwłok już nie na stole prosektoryjnym, lecz we własnej wyobraźni pozostanie figlem, przestrogą, koszmarem

Pewnie było to nieuchronne, ale jednak zdumiewa spełnienie w ten właśnie sposób najgłębszego i marzenia ludzkości, goniąc za którym Orfeusz przeciskał się jak wąż w głąb ziemi, a trzy Marie spieszyły do przywalonej kamieniem szczeliny. Bo przecież trzeba wierzyć Jade Stanley, która w rozmowach z tabloidami szczebiotliwie zapewnia, że nie idzie jej o żadne nieprzyzwoitości: chodzi także o wsparcie, o pocieszenie dla dzieci i osób w podeszłym wieku, o, nie bójmy się tego słowa, protezę. Jade nie wyklucza w przyszłości, w miarę poszerzania się rynku i coraz większej dostępności chińskich podzespołów, tworzenia również replik przyjaciół, krewnych, zwierząt domowych, ba, wnętrz i krajobrazów, w których można by ich ustawiać niczym w pudełku: cóż to będą za niezwykłe re-kreacje!

Imaginacja ludzka igrała od dawna z perspektywą tego rodzaju mechanicznych pocieszeń. Najdalej zaszli w tych eksperymentach dwaj tytani: Philip K. Dick w „Ubiku” i Stanisław Lem w „Solaris”. Przez jakiś czas wydawało się jednak, że to groteskowe galwanizowanie zwłok już nie na stole prosektoryjnym, lecz we własnej wyobraźni pozostanie figlem, przestrogą, koszmarem.

Nic z tego: potrzeba natychmiastowej przyjemności, zaspokajana już na tyle sposobów, włącznie z heroinowym shotem, zaleje ludzkość jak melasa. „Zasłona Mai”, przed którą przestrzegały Upaniszady i Schopenhauer, nie tylko nie zostanie przez nas rozsunięta, lecz zadusi nas, jak spadający baldachim w poczciwych angielskich filmach grozy. Jestem o tym coraz bardziej przekonany, zastanawiam się tylko, jaki może być w obliczu tego nasz gest sprzeciwu, czy może tylko innej niż silikonowa wierności.

Być może – ale jak, na dobrą sprawę, zabiegać o to wobec tak oczywistego, zdroworozsądkowego pragnienia, żeby zachować jeszcze przez chwilę sprawność kolana na stoku, ręki trzymającej siekierę, gładkość policzka?! – jedynym rozwiązaniem okaże się szczerość starości. Związane ze sobą najgłębiej pary ofiarowywać sobie będą nawzajem już nie przedłużaną, dopóki się da, kondycję, wspólne korzystanie z uroków życia i świata niczym z folderu biura turystycznego dla niemieckich emerytów, tylko niepodrabialną, przynajmniej przez pewien czas, ułomność: plamę na skórze, siwą smugę włosów, autentyczne drżenie ręki. Wybrańcy bogów, zamiast odchodzić młodo, będą mogli się wspólnie starzeć. A kiedy przyjdzie godzina, będą mogli powiedzieć (cytując mimowolnie Piotra Nowaka, najdzielniejszego może ze współczesnych polskich filozofów): „Umieram, więc jestem”.