Potrzebujemy w UE brytyjskiej werwy

Aktualności,

Do potencjalnego Brexitu jeszcze daleko, ale Londyn po raz kolejny intencjonalnie oddala się od Unii. A ta zdaje się to coraz bardziej ignorować. To dla Polski bardzo zła wiadomość.

Cóż za symboliczny zbieg okoliczności – można było pomyśleć, obserwując to, co się działo w Brukseli i Londynie w ostatni wtorek. Tego dnia Parlament Europejski solidną większością 422 głosów zaakceptował Jean-Claude’a Junckera jako nowego przewodniczącego Komisji Europejskiej. Tego samego dnia premier Wielkiej Brytanii David Cameron powiadomił o poważnych roszadach w swoim rządzie. Pośród wielu zmian najwięcej emocji wywołały nominacje Phillipa Hammonda na ministra spraw zagranicznych i Jonathana Hilla na brytyjskiego członka wspomnianej Komisji.

Gdy Juncker zbierał w Brukseli oklaski za powoływanie się na dorobek eurofederalisty Jacques’a Delorsa, Cameron ogłaszał objęcie Foreign Office przez jednego z najbardziej eurosceptycznych torysów. Wyznaczony na komisarza lord Hill jest nieco zapomnianą postacią, pamiętaną głównie z twardej postawy w trakcie negocjacji traktatu z Maastricht. Do potencjalnego Brexitu jeszcze daleko, ale Londyn po raz kolejny intencjonalnie oddala się od Unii. A ta zdaje się to coraz bardziej ignorować. To dla Polski bardzo zła wiadomość.

Po majowych wyborach kandydatura Junckera na szefa Komisji Europejskiej wydawała się zagrożona. Juncker był od początku nie po myśli Londynu. Być może gdyby w 2009 r. brytyjscy konserwatyści nie zdecydowali się na rozwód z Europejską Partią Ludową i stworzenie własnej grupy w PE, problemu w ogóle by nie było. Droga Junckera, aby stać się kandydatem, i tak była zresztą wyboista i wiele się mówiło o tym, że sama Angela Merkel nie jest do tego pomysłu przekonana. Już po wyborach obiekcje wobec niego zgłaszały zarówno większe (Włochy), jak i mniejsze (Węgry, Szwecja, Holandia) kraje Unii.

Opór Camerona wobec Junckera jest zrozumiały. Konserwatyści czujący na plecach oddech antyunijnej partii UKIP i regularnie tracący w sondażach do opozycyjnej Partii Pracy obawiają się trwałej utraty swoich tradycyjnych wyborców. Znajdują się w potrzasku pomiędzy koniecznością zaznaczania swojego poparcia dla jak największej autonomii Wielkiej Brytanii w UE a współpracy z relatywnie euroentuzjastycznym koalicjantem. Jean-Claude Juncker jest zaś kandydatem z najgorszych snów Brytyjczyków, czemu dały wyraz tabloidy na Wyspach. Podobnie pozbawiony charyzmy jak Herman Van Rompuy, obecny jest na unijnych salonach już od dłuższego czasu. To zaprzysięgły zwolennik zacieśniania integracji, a przy tym polityk przebiegły – mistrz zakulisowych układów, czego dowiódł już jako szef grupy państw strefy euro. Potrafi twardo bronić swoich poglądów, jednając sobie przy tym przychylność takich stolic jak Paryż czy Berlin. To znacznie trudniejszy przeciwnik niż José Manuel Barroso.

Londynem łączą nas proatlantyckie zapatrywania w polityce zagranicznej, a także podobne poglądy na sprawy bezpieczeństwa, co ostatnio objawiło się w kwestii ukraińskiej

Jeszcze kilka lat temu perspektywa wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej wydawała się niezbyt realna. Kryzys strefy euro, niepokoje na całym kontynencie, przebudowa systemu władzy w UE i ostatecznie wzmocnienie roli Niemiec spowodowały, że sytuacja bardzo szybko się zmieniła.

Wciąż istnieją poważne przeszkody dla Brexit, jak sprzeciw Stanów Zjednoczonych czy długotrwałe skutki gospodarcze wyjścia ze wspólnoty. Niemniej sceptycyzm Brytyjczyków względem Brukseli jest dzisiaj ogromny, czego dowodem choćby popularność partii Nigela Farage’a. Premier Cameron w styczniu zeszłego roku obiecał, że jeżeli torysi utrzymają się przy władzy, to w 2017 r. zorganizują referendum na temat oderwania się od EU. Laburzyści i liberalni demokraci nie chcą ustalać sztywnej daty, jednak w razie dojścia do władzy mogą być zmuszeni do rozpisania głosowania. Nic dzisiaj nie zapowiada, aby Unia dalej rozwijała się w kierunku, który będzie można przedstawić obywatelom Zjednoczonego Królestwa jako pożądany z ich punktu widzenia.

Coraz większa odległość, jaka dzieli Wyspy od kontynentu, oznacza dla nas poważne problemy. Nie chodzi tylko o los setek tysięcy Polaków żyjących w Wielkiej Brytanii. Z Londynem łączą nas proatlantyckie zapatrywania w polityce zagranicznej (coraz rzadsze w dzisiejszej UE), a także podobne poglądy na sprawy bezpieczeństwa, co ostatnio objawiło się w kwestii ukraińskiej. To oczywiście gest symboliczny, ale podczas właśnie trwających targów lotniczych w Farnborough (największa impreza tego typu na świecie) Brytyjczycy skutecznie uniemożliwili udział rosyjskich oficjeli w handlu, w związku z agresją na Ukrainę. To bolesny i prestiżowy policzek dla Moskwy. W tym samym czasie Francja przysposabia rosyjskich marynarzy do obsługi nowoczesnych okrętów desantowych.

[wykres]

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 29 (41)/2014, 17–23 LIPCA, CENA: 0 ZŁ