Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Polskie igrzyska śmierci. Od katastrofy wyobraźni do katastrofy humanitarnej

COVID-19 rozwalił system. Efektem jest nie tylko porażka, lecz dramatyczna, masowo śmiercionośna klęska w scenerii tragigroteski
Czwarta fala COVID-19 zbiera w Polsce straszliwe żniwo, podobnie jak dwie poprzednie. Ponure statystyki można by mnożyć, ale dość powiedzieć, że mamy już ponad 200 tys. nadmiarowych zgonów, za rok 2020 i 50 tygodni ubiegłego. Tak jakby zniknęły Kielce, Rzeszów lub Toruń. A ściśle rzecz biorąc: jeszcze gorzej. Już wkrótce będzie zapewne ten masowy pomór odpowiadać populacji Radomia, Częstochowy, Gdyni. W przeliczeniu na milion mieszkańców daje nam to 2. najgorszy wynik w Unii Europejskiej (z uwzględnieniem Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Norwegii), w liczbach bezwzględnych – miejsce 1. Ta tragedia już dawno osiągnęła rozmiar największej katastrofy humanitarnej od II wojny światowej – i coraz bardziej się pogłębia. A będzie jeszcze gorzej. Mamy już ponad 200 tys. nadmiarowych zgonów, za rok 2020...

Kup prenumeratę i czytaj NK!

Już od 1 zł/mc

Zaloguj się lub załóż konto
Zajmie Ci to tylko kilka sekund
Przejdź do prenumerat

lub

Kup pojedynczy dostęp do wybranego artykułu
za jedynie 9,90 zł

prezes i założyciel „Nowej Konfederacji”, dyrektor Wydawnictwa Nowej Konfederacji. Autor książki "Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku". Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Gazecie Wyborczej", „Gościu Niedzielnym”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Arcanach", „Polsce The Times”, „Super Expressie”, "Fakcie". Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie.

Komentarze

3 odpowiedzi na “Polskie igrzyska śmierci. Od katastrofy wyobraźni do katastrofy humanitarnej”

  1. m_kurjata pisze:

    Zarządzanie służbą zdrowia w Polsce, zwłaszcza od początku pandemii, faktycznie woła o pomstę do nieba. Ten główny powód nadmiarowych zgonów, w dużej mierze zresztą oparty jest nie na zlekceważeniu koronawirusa, a wręcz przeciwnie – skupieniu się tylko na nim. Politycy, ale i wyborcy, wydają się niezdolni do tego, by decyzje polityczne i administracyjne rozpatrywać w kategoriach transakcji (oddawania czegoś za coś) i często malejących wraz z nasilaniem działań zysków. W ten sposób np. ograniczanie przyjęć w szpitalach, by ludzie nie leżeli tak blisko siebie i nie zarażali się w 99% niegroźnym wirusem poskutkowało masą zgonów z powodu zbyt późno postawionych diagnoz i opóźnienia leczenia innych chorób, zwłaszcza nowotworowych. To ogólny problem. Czy to walka ze zmianami klimatu, czy z handlem narkotykami, koronawirusem czy tuzinami innych rzeczy – po ustaleniu, w jakim kierunku należy działać, idzie się na całego, nie zadając sobie po drodze więcej pytania “jakim kosztem?”

    Zupełnie nie mogę zgodzić się z tezą o śmiertalnych skutkach organizowania manifestacji, wieców czy “Sylwestra marzeń”, którego zresztą, jak donosiły państwowe media, zazdrości nam cały świat. Jedynie na zdrowie psychiczne mógło mieć to kulturalne wydarzenie jakikolwiek wpływ. Na czym miałoby się opierać zagrożenie? Na narażeniu ludzi na kontakt z wirusem, którego nie biorąc udziału w wiecu/Sylwestrze by uniknęli? Ludzi przenoszących wirusa jest wielokrotnie (5x, 10x, 15x?) więcej niż tych, którzy mieli pozytywny wynik testu. Spotykamy się z wieloma codziennie w autobusie, sklepie i urzędzie. I to od prawie dwóch lat. Czym różni się wiec, na którym stoi bezpośrednio przy mnie 6 osób od kolejki w Lidlu?

    Jeśli tym, że na wiecach ludzie stoją bez maseczek, warto prześledzić łatwo dostępne w Internecie wykresy zarażeń w różnych krajach, miastach czy amerykańskich stanach, na które naniesiono daty wprowadzenia obowiązków maseczek. Konia z rzędem temu, kto dostrzeże jakąkolwiek korelację między obowiązkowym zamaskowaniem ludzi, a spadkiem zachorowań. Często jest wręcz odwrotnie. Mieszkam w Niemczech i pamiętam poprzednią falę, gdy przerażenie w mediach budził wskaźnik przypadków na tydzień na 100k ludzi wynoszący powyżej 50. Od miesięcy maseczki nosi tu w zamkniętych pomieszczeniach i komunikacji miejskiej niemal 100% ludzi, i to aż na nosie, a ten sam wskaźnik dopiero co wynosił na skalę kraju 500. Nie brak również i badań naukowych, które sugerują ten brak związku (gdyby komuś nie wystarczyły własne oczy i potrzebował ekspertów). Oczywiście, jak to w nauce, nie brak również badań, które sugerują coś odwrotnego. Ocena tych sprzecznych wyników jest jednak prosta: te drugie to Nauka, a te pierwsze to, jak napisał Autor, teorie pseudomedyczne. Jak ktoś chce aż do wymarcia koronawirusa chodzić w maseczce – proszę bardzo.

    Na znieczulicę ludzi na zgony można narzekać, ale widzę dwa usprawiedliwienia. Pierwsze dotyczy całego społeczeństwa – nawet najgorsza sytuacja, gdy trwa wystarczająco długo, budzi coraz mniejsze emocje. I w czasie wojny ludzie prędzej czy później zaczynają żyć życiem codziennym. Drugie dotyczy tej części społeczeństwa, która np. widząc nieskuteczność kowidowych obostrzeń i nieziszczonych obietnic końca pandemii (dzięki lockdownowi, pojawieniu się szczepionki, zaszczepieniu większości ludzi itd.) lub np. z powodu zubożenia czy bankructwa na skutek obostrzeń domaga się powrotu do normalnego życia, a jest zaszczuwana przez media i spanikowaną część społeczeństwa. Znam rodzinę mającą małą restaurację. Od dwóch lat ledwo przędą i prawie zbankrutowali, a syna wysyłają dwa razy w tygodniu do psychologa, bo nauka zdalna i brak kontaktu z rówieśnikami doprowadziły go do ciężkich stanów lękowych. Mieliby przejmować się statystykami zgonów obcych ludzi?

    Na koniec dołączam się do życzeń dla specjalistów i ekspertów, ale trochę w zmienionej formie. By zaczęli uczciwie rozróżniać to, co rzeczywiście wiedzą, od swoich spekulacji. By przestali sprzedawać ludziom swoje spekulacje jako to, co wiedzą, nadużywając swojego autorytetu i brak kompetencji ludzi do oceny ich wypowiedzi. By nadrobili braki w naukowej metodologii i zaczęli publikować replikowalne wyniki badań (a mniej tak żenujących wtop jak “98% skuteczności naszej szczepionki”). Oraz by nauczyli się prowadzić rzetelną i racjonalną dyskusję o tej pandemii, zamiast ustawiać się w roli oświeconych dzierżawców naukowej prawdy. Cytując Franca Fiszera, “stanowczo za dużo poufałości jak na tę rozgotowaną cielęcinę”.

    Planowałem zwięźle, a wyszło jak zawsze, za co przepraszam.

    Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku oraz dziękuję za dobrą robotę w zeszłym,
    Maksymilian Kurjata

  2. inmud6199 pisze:

    “Mimo potwierdzanej przez badaczy korelacji ówczesnej fali zgonów z masowymi manifestacjami w całym kraju”

    Poproszę jakiekolwiek źródło dla tego stwierdzenia

  3. m_kurjata pisze:

    Do stwierdzenia KORELACJI nie potrzeba żadnych specjalnych źródeł. Samo spojrzenie na wykresy zgonów “na kowid” (bez wdawania się w dyskusję, co to oznacza, jak się to mierzy i jak wiarygodny jest ten wskaźnik) i daty jakichś tam manifestacji wystarczy do stwierdzenia korelacji. Problem polega na tym, że większość ludzi, a wygląda na to, że i Autor artykułu, nie do końca rozumie różnicę między korelacją, a związkiem przyczynowo-skutkowym. To zresztą żaden wstyd, bo znajduje się w doborowym towarzystwie utytułowanych badaczy i “specjalistów od zdrowia publicznego”, którzy też tego nie rozumieją. Do tego wydają się uważać, że ten kto dostrzeże jakąś korelację nabiera prawa do wymyślenia sobie do niej związku przyczynowo-skutkowego. Gdy ten związek sprawia wrażenie sensownego (np.: śmiertelny wirus rozprzestrzenia się drogą kropelkową, a tu tak dużo osób w jednym miejscu), a podająca go osoba jest “ekspertem”, sprawa dla mniej krytycznie myślących wydaje się przesądzona i już można dziarskim krokiem “podążać za nauką”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zobacz