Polska Ach i Polska Be

Aktualności,

Gdyby mieszkańcy Polski Be czytywali Romana Dmowskiego, parafrazowaliby go z rozkoszą, mantrując: „obciach nie jest dodatkiem do polskości, ale tkwi w jej istocie”

Do dziś trwają spory, czy Wańkowicz wymyślił ją samemu, czy (jak to obrotny Mel miewał w zwyczaju) wyczytał w pismach profesora Nałkowskiego i wypożyczył sobie na trochę, czy też wpadł na ten pomysł anonimowy dziś dla nas dziennikarz. Pewne jest, że fraza „Polska A i Polska B” rządziła wyobraźnią Dwudziestolecia, w najkrótszy sposób oddając jedno z największych wyzwań, przed którym stanęła II RP, gdy już obroniła granice. Nie lubię za bardzo wszystkich tych triumfalistycznych political ficitions o rokitniańskich szwoleżerach wkraczających jesienią 1939 do Berlina, a zaraz potem do Moskwy, ale o COP-ie spychającym w cień Zagłębie Rurhy i sukcesach trzeciego planu pięcioletniego wicepremiera Kwiatkowskiego poczytałbym chętnie.

Nie udało się, ale fraza została i świetnie określała Polskę rozszczepioną na zamożną i robotną, „poznańską”, rzec by można, i tę drugą – nie ze swojej winy chudą, ciemną i bosą, dzielącą (to jeszcze jeden mem Dwudziestolecia, wiadomo) zapałkę na czworo, podatną na agitację już to bolszewików, już ONR-owców, każdego, kto wytłumaczy, kto winien nędzy i kogo bić. Granica między Polską A a Polską B nigdy nie została wykreślona zbyt precyzyjnie, ale wiadomo było, że pokrywa się niemal z kordonem między zaborem pruskim a Kongresówką (ze znakiem zapytania przy Łodzi) i Galicją, z wyłączeniem może wesołego, paryskiego Lwowa.

Ciekawe, że termin przetrwał jakoś, półgębkiem, i w PRL – najpierw, rzecz jasna, w stalinowskiej propagandzie piętnującej sanację („u nas nie będzie Polski A i Polski B!”), a potem na szpaltach „Polityki”, tego grona passentoliberałów, marzących o „technokracji”, szerokich krawatach i jeszcze jednym stypendium Forda. Przetrwał i sam podział, mimo koszmaru wojny, jałtańskiego przesunięcia granic i „redystrybucji dóbr z Ziem Odzyskanych” a ‘la Bierut (o, kamienice Muranowa, wznoszone z wrocławskich cegieł!), co może być przesłanką, że brał się przynajmniej po części z mentalności mieszkańców.

Ale i z historii: dla tysięcy podróżników pierwszą solidną lekcją geografii historycznej, zanim PKP wymieniła tabor i dekoracje, była wisząca do początku XXI wieku w każdym wagonie naklejka ze „Schematyczną mapą sieci kolejowych Polski”. Dość było rzutu oka, i to w niesprzyjających warunkach, żeby zobaczyć granice trzech zaborów: w Prusiech gęsto, w Galicji koleje transwersalne, w Priwislanii łyso.

Sąsiedzi z drugiej strony niejasnej granicy są tylko trochę mniej nużący. Ci zaczynają dzień od wrzucenia memu z bitwą pod Kutyszczami (26.09.1660): husarz na karku Moskwicina, go, go, go!!

To zresztą stała uciecha wielbicieli kartografii, dostrzec na zwykłej mapie nie tylko teraźniejszość, ale i przeszłość: pamiętacie, jak zabawnie było, patrząc na rezultaty niedawnej Macroniady, widzieć najdalszy zasięg okupacji angielskiej i dziedziny burgundzkie? A w podziale na Polskę A i Polskę B widać nieporównanie więcej, bo nie tylko zabory, ale i zasięg osadnictwa na prawie magdeburskim, i pługa żelaznego, ziemniaka oraz lokomobili, a na upartego i oddziaływanie rzymskiego limesu.

Podział na Polskę A i B istnieje również i dziś: granica idzie nieco bardziej transwersalnie (prof. Andrzej Mandel, powołując się na wyniki „Monitoringu rozwoju obszarów wiejskich”, wykreśla ją wręcz od Suwałk po Opole), jest bardziej rozmyta, z wyspami zamożności na południu i ziemią jałową po PGR-ach Pomorza Zachodniego, ale nie da się jej zaprzeczyć: ciekawe, na ile poradzi sobie z tym kolejny wicepremier. Mnie jednak chwilowo bardziej zajmuje granica między dwoma innymi krainami, które trudno wykreślić na mapie, a jednak nie sposób mieć wątpliwości co do ich istnienia: ich dumni obywatele przy każdej okazji demonstrują swą przynależność. Proszę nadstawić ucha: z pewnością po chwili uda się państwu usłyszeć (lub przeczytać w mediach społecznościowych) głos kogoś, kto pochodzi z Polski Be.

Nie chodzi przy tym o wielkie sprawy, o Trybunały (Stanu lub ten drugi, europejski, przed który niektórzy zanoszą błagania) i dyktatury: to zbyt żenujące, by chciało mi się o tym pisać. Nie chodzi nawet o sławną frazę „tenkraj”, która, tylekroć ośmieszona, ma się dobrze. Nie, mieszkańca Polski Be poznać można po komentarzu do irytującej, odnawiającej się na wiosnę niczym przebiśniegi dziury w nawierzchni, do źle wytyczonej ścieżki rowerowej, do zawieszającej się aplikacji. „No tak – słychać podszyte irytacją westchnienie – Polska”.

Dziury, wieszające się aplikacje i kręte ścieżki są wszędzie, bo, jak powiada Platon w pewnym dobrym tłumaczeniu, „rzeczy psują się”. Częściej pewnie psują się w Europie Środkowej niż w Szwajcarii, bo niby jak może być inaczej po kilkudziesięciu falach Gotów, Tatarów, Sowietów? Rzecz w tym jednak, że obywatele Polski Be nie traktują tych zjawisk jako jednostkowej przypadłości: odnotowują je z bolesną satysfakcją jako potwierdzenie znanej przez nich zawsze prawdy: Polska jest Be, jest immanentnie obciachowa. Jest jak fasada domu z reportażu Filipa Springera, jak reklama Prusakolepu oglądana przez Masłowską, jak piosenka Zenka Martyniuka słuchana przez Hołdysa. Gdyby mieszkańcy Polski Be czytywali Romana Dmowskiego, parafrazowaliby go z rozkoszą, mantrując „obciach nie jest dodatkiem do polskości, ale tkwi w jej istocie”. Dziura? A to Polska właśnie. Uzależniony od Facebooka czekam chwili, kiedy kolejna współpracowniczka “Wyborczej” ogłosi, co tam znowu złego się wydarzyło. Urwało się kółeczko od walizki? W warzywniaku tylko poobijane mango? W lokalu z masażem ajurwedyjskim awaria prądu? „Polska”. Polska Be.

Ich sąsiedzi z drugiej strony niejasnej granicy są tylko trochę mniej nużący. Ci zaczynają dzień od wrzucenia memu z bitwą pod Kutyszczami (26.09.1660): husarz na karku Moskwicina, go, go, go!! Kto nie ma aplikacji do generowania memów, wychodzi przed blok i robi zdjęcie krzaczkowi mniszka lekarskiego. Albo pajęczyny z kropelkami rosy. Albo innego materiału na fototapetę. „Natura, serdeczność, chleb prosto od krowy” – wzdycha w komentarzu. Co za kraj! Ach, Polska. Polska Ach!

Naturalnie, bardziej martwią mnie obywatele Polski Be, myślę sobie, że tak gruby pokład self-hate musi brać się z jakichś potężnych obolałości i prowadzić może do różnych niepokojących aliansów. Częściej jednak patrzę na oba plemiona z wyrozumiałością, wspominając czasy dyskotek pod koniec podstawówki: ci, którzy wychodzili z nich pryszczaci i z furią w oczach, powtarzając, że dziewczyny są głupie, wydają mi się z perspektywy wielu lat równie pocieszni jak ci, którzy pisali ukradkiem w swoim piórniku (ukradkiem, ale tak, żeby wszyscy widzieli!) „Monika WNM”. Pocieszne chłopaki! Patrzenie na wady, słabości, kręte ścieżki i wiecznie gubione klucze inaczej niż z mieszaniną rozczulenia, irytacji, fatalizmu oraz wiedzy, że to przecież absolutnie nieważne jest dziś w moich oczach – moich, mężczyzny, który lada dzień stanie przed nader poważną rocznicą tzw. „blaszanych godów” (dla niewtajemniczonych – ósmą) dowodem straszliwej wręcz niedojrzałości.