Nie ma wolności bez prawa

Kornel Morawiecki stawia „dobro narodu” nad prawem, bo przez całe życie walczył. Ale dziś trzeba budować – a tego nie da się robić bez poszanowania prawa i instytucji

Kornel Morawiecki stawia „dobro narodu” nad prawem, bo przez całe życie walczył. Ale dziś trzeba budować – a tego nie da się robić bez poszanowania prawa i instytucji

Koniec listopada, trwa sejmowa debata wokół uchwał unieważniających wybór pięciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Na trybunę wchodzi Kornel Morawiecki z klubu Kukiz’15. – „Nad prawem jest dobro narodu. Jeżeli prawo to dobro zaburza, to nie wolno nam uważać tego za coś, czego nie możemy naruszyć, czego nie możemy zmienić. Prawo, które nie służy narodowi, to jest bezprawie” – mówi. Dostaje gromkie brawa na stojąco, nie tylko od swoich klubowych kolegów, ale także od posłów Prawa i Sprawiedliwości.

Nie wszystkim się to jednak spodobało. Padały argumenty, że to przyzwolenie na łamanie zasad w imię wartości, którą bardzo trudno jest jednoznacznie zdefiniować – zwłaszcza że Morawiecki przy wszystkich możliwych okazjach powtarzał ową frazę. Nie ulega wątpliwości, że legendarny lider „Solidarności Walczącej” nie jest legalistą – jednak do tendencji totalitarnych, o które niektórzy go posądzali, bardzo mu daleko. Wręcz przeciwnie: jego antylegalizm wynika ze szczerej nienawiści do autorytaryzmu i totalitaryzmu. Aby zrozumieć, co naprawdę miał na myśli, należy umieścić jego słowa w kontekście najnowszej historii Polski. Warto zadać sobie ten trud, a poseł Kukiz ’15 może posłużyć nam za reprezentatywny przykład sposobu myślenia tej części polskich elit politycznych, która aktualnie jest u władzy, choć sam Morawiecki pozostaje w (miękkiej) opozycji wobec rządu. To ważne, bo ten sposób myślenia wpływa na podejmowane przez rządzącą ekipę decyzje i na dłuższą metę, źle ukierunkowany, może być szkodliwy dla polskiej państwowości.

Nieposłuszni obywatele

Brawa, jakich doczekał się za swoje słowa, świadczą o wspólnocie poglądów. Powiedzmy to wprost: duża część obecnego obozu rządzącego, ale i ogólnie prawicy kontestującej porządek III RP, nieszczególnie ceni prawo stanowione. Wynika to często z przywiązania (słusznego zresztą) do doktryny prawa naturalnego, którego wyrazem ma być prawo stanowione. Gdy nie jest, obowiązkiem moralnym jest obywatelskie nieposłuszeństwo: przeciwstawienie się złu poprzez niewypełnienie norm wynikających z prawa. To nie tylko akt indywidualnej wolności i pokojowego sprzeciwu wobec nakazu niezgodnego z sumieniem, ale także działanie polityczne. Wkalkulowane w akcję sankcje, którym „nieposłuszny obywatel” się poddaje, mają zobrazować konieczność zmiany niesprawiedliwego prawa.

Powiedzmy to wprost: duża część obecnego obozu rządzącego, ale i ogólnie prawicy kontestującej porządek III RP, nieszczególnie ceni prawo stanowione

Obywatelskie nieposłuszeństwo to nasza narodowa specjalność. To kółka samokształceniowe, odmowa służby wojskowej w Ludowym Wojsku Polskim, sprzedaż bezdebitowych książek i czasopism… Zwłaszcza opozycja o odcieniu niepodległościowym (Konfederacja Polski Niepodległej, ale także SW) łamała prawo w okresie PRL właśnie dlatego, że było ono sprzeczne z dobrem narodu. Można było się powoływać na tę wartość, gdy w niedemokratyczny sposób rządziła klika, której legitymacja była co najmniej wątpliwa. Realizująca – przynajmniej oficjalnie – ideologię odrzucaną przez dużą część społeczeństwa, w dodatku zależna od obcego mocarstwa i cementująca tę zależność.

To wszystko było żywiołem Kornela Morawieckiego, podobnie zresztą jak dużej części elit politycznych III RP, czy to Jarosława Kaczyńskiego, czy Jacka Kuronia, czy Donalda Tuska. I tak im zostało; nie jest prawdą, że to przede wszystkim PiS-owska prawica nawołuje do tego typu postępowania – przypomnijmy sobie choćby odmowę złożenia oświadczenia lustracyjnego przez Bronisława Geremka czy nawoływanie żołnierzy do nieposłuszeństwa wobec rozkazów Antoniego Macierewicza przezWojciecha Czuchnowskiego.

„Zły” Trybunał

Problem w tym, że to, co za PRL było wyrazem odwagi cywilnej, w RP, w której legalnych narzędzi zmiany prawa jest co niemiara, łatwo potrafi zamienić się w farsę i warcholstwo. Można byłoby to jeszcze zrozumieć, gdybyśmy mówili o nonkonformistach, którzy nie zgadzają się z istniejącym stanem rzeczy z przyczyn fundamentalnych i łamią prawo, bo nie mają akurat możliwości zmieniania go. Gorzej, gdy w imię „dobra narodu” usprawiedliwia się takie działanie większości parlamentarnej.

Tak było w przypadku sporu o Trybunał Konstytucyjny. W tym miejscu nie jest istotne, czy działania PiS-u w sprawie TK rzeczywiście były złamaniem prawa. Ważne jest to, że jeśli tak było, to Morawieckiemu to nie przeszkadzało. Zmiany idą nie w kierunku usprawnienia funkcjonowania sądownictwa konstytucyjnego, a przeciwnie: ochronienia większości parlamentarnej, będącej w tym ujęciu reprezentantem Suwerena, czyli narodu, przed orzeczeniami, które potencjalnie mogłyby zniweczyć przeprowadzane przez nią reformy. Tak „dobro narodu”, interpretowane przez władzę legislacyjną, stawiane jest powyżej prawa zapisanego w ustawie zasadniczej, interpretowanego przez władzę sądowniczą.

Stronnicy takiego podejścia zaznaczają, że przecież Trybunał Konstytucyjny nie jest świętością: istnieją kraje, gdzie go nie ma, istnieją takie (np. Holandia), gdzie kontrola konstytucyjna jest wręcz zakazana. Zapominają jednocześnie, że te państwa mają wypracowane w wyniku wieloletniej ewolucji mechanizmy ograniczające samowolę aktualnie rządzącej większości. To często niezapisane normy zwyczajowe, które pozwalają choćby Zjednoczonemu Królestwu funkcjonować bez spisanej konstytucji.

Dla „dobra narodu”

My nie mieliśmy szczęścia, by chociaż przez kilkadziesiąt lat ucierać system polityczny w kraju rządzonym przez mającą społeczną legitymację elitę polityczną. W 1989 roku działacze opozycji antykomunistycznej, dziś stanowiący elitę polityczną, weszli w niepodległość z bagażem daleko idącego braku zaufania do instytucji państwowych. Paradoksem jest to, że mając doświadczenie walki z niczym nieograniczoną władzą monopartii, nie widzą zagrożenia w niczym nieograniczonej władzy większości wybranej demokratycznie.

Paradoksem jest to, że obecna elita polityczna, mając doświadczenie walki z niczym nieograniczoną władzą monopartii, nie widzi zagrożenia w nieograniczonej władzy większości wybranej demokratycznie

A taka kontrola jest potrzebna, bo to, że większość czegoś chce, nie znaczy od razu, że to jest dobre i że nie zagraża wolności mniejszości, a nawet jej samej. Polityka to nie koncert życzeń, a działania mają swoje konsekwencje. Chcesz realizować szeroko zakrojony program inwestycji publicznych? Nie ma sprawy, ale licz się z tym, że jeśli nie skombinujesz odpowiednich do tego celu środków, zadłużysz kraj. Dlatego polska Konstytucja stawia temu barierę. Jeśli ministrowie Morawiecki (Mateusz) i Szałamacha uznają, że szkodzi ona „dobru narodu”, bo przecież należy zakopywać pod ziemią słoiki z drukowanymi banknotami, nie zmieni to faktu, że skutkiem może być niewypłacalność, hiperinflacja i katastrofa gospodarcza. Podobnie ma się sprawa z takimi, mogącymi zagrozić „dobru narodu” fanaberiami, jak zakaz tortur, prawna ochrona życia prywatnego czy nienaruszalność mieszkania. Przecież świat na PiS-ie się nie kończy i po Beacie Szydło do władzy może dojść inny reprezentant Suwerena, który postanowi zaprowadzić dryl w narodzie – oczywiście dla jego dobra. Był już taki u naszych zachodnich sąsiadów – to wówczas, w 1933 roku jeden z prorządowych prawników Emil Sommermann pisał, iż „nie tekst ustawy powinien być władcą, lecz ustawa powinna być służebnicą najwyższego dobra, służebnicą narodu”. Brzmi znajomo? Lekceważenie prawa to prosta droga do tyranii. „Bądźmy niewolnikami prawa, abyśmy mogli być wolni” – pisał Cyceron. Tylko wtedy możemy liczyć na to, że nie będziemy zamykani w areszcie, w celu wymuszenia na nas obciążających kogoś zeznań, inwigilowani, wywłaszczani i karnie wyrzucani z pracy – w tym, czy innym układzie politycznym.

Zgoda na niedoskonałość

Prawa – poza wyjątkowymi przypadkami – należy przestrzegać, a przede wszystkim od władz należy oczekiwać zachowania zgodnego z prawem, bo tylko to jest w stanie uchronić nas przed tyranią demokracji, w której demokratycznie wybranej większości wolno decydować o wszystkim. Niedoskonałym, ale jednak często skutecznym narzędziem obrony przed nadużyciami władz jest Konstytucja – z jej katalogiem wolności, praw i obowiązków człowieka i obywatela, ale także podstawową kodyfikacją zasad funkcjonowania władz.

Słowem-kluczem jest tu właśnie „niedoskonałość”, która to z pewnymi idealistycznymi założeniami tworzy ciekawy dysonans poznawczy. Jednak tolerujemy go, by nie zwariować – na przykład zakładając, że prawodawca jest racjonalny, choć wystarczy poczytać liczne projekty ustaw i ich uzasadnienia czy posłuchać debat sejmowych, by uświadomić sobie, że przecież tak nie jest. Elementem tego wyzbycia się złudzeń jest także przyjęcie do wiadomości, że rewolucja skończyła się ponad 25 lat temu. Nie przywróciliśmy, „choćby na jeden dzień”, Konstytucji Kwietniowej, jak chciał tego Leszek Moczulski. Nasz obecny system prawny i instytucjonalny zbudowany jest w dużej mierze na fundamentach położonych za „komuny”. Tego nie da się bezboleśnie wyburzyć i zaorać, zresztą trzeba by mieć plan, co konkretnie postawić w to samo miejsce.

A tego planu nie ma ani chowający swój projekt konstytucji PiS, ani Paweł Kukiz, według którego wystarczy, by konstytucja była „obywatelska”, żeby była dobra. Nie oznacza to jednocześnie przyznania racji tym, którym odpowiada pookrągłostołowe status quo – chodzi o to, by zmiany miały ręce i nogi i zachodziły z poszanowaniem prawa i instytucji. Nie staniemy się z dnia na dzień Wielką Brytanią, z jej wielosetletnim rozkwitem często niepisanych mechanizmów pilnowania władzy. Dlatego zamiast tkwić w permanentnej rewolucji, bazujmy na tych instytucjach, które mamy i zmieniajmy je w razie potrzeby, w twórczy sposób. Niestety obawiam się, że duża część pokolenia bohaterskiej walki z komunizmem zwyczajnie nie jest zdolna do tworzenia, bo jego żywiołem jest nieustanna walka. Do tego potrzeba refleksji w młodym pokoleniu, które nie zarywało nocy nad powielaczami, ale nad podręcznikami prawa konstytucyjnego.

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

4 odpowiedzi na “Nie ma wolności bez prawa”

  1. Lidia S. Cybart pisze:

    Nie przywróciliśmy, „choćby na jeden dzień”, Konstytucji Kwietniowej, jak chciał tego Leszek Moczulski. Nasz obecny system prawny i instytucjonalny zbudowany jest w dużej mierze na fundamentach położonych za „komuny”.

    Dlaczego nie idzie Pan Redaktor dalej w tej logicznej wypowiedzi?

    Czy to prawo czy wola Narodu zdecydowaly o tym, ze obecne Panstwo Polskie nie bylo do tej pory I nie jest nadal, ani prawna, ani faktyczna kontynuacja II RP, lecz PRL-bis?

    Odpowiedz jest prosta: ani prawo, ani wola Narodu nie decyduja, lecz „power”. Stad, jakosc tych, ktorzy power jest najwazniejszym wyznacznikiem ustroju panstwa, a nie inne czynniki.

    Idac dalej, badanie tego, co wplywa na te jakosc daje pozyteczna wiedze.

    Idac dalej, majac te wiedze, rzetelna, oparta na zweryfikowanych dowodach i logicznym wnioskowaniu,, mozna projektowac reformy.

    Nie da sie tych etapow ominac, jesli rozumowanie ma przyniesc jakakolwiek wartosci.

  2. R2D2 pisze:

    Red. Sękowski w ogóle nie odnosi się do argumentów podnoszonych przez rządzących ws. TK, tylko wypisuje jakieś bzdury niemieckich prawników z lat 30. Nie przedstawia szerszego kontekstu wydarzeń i się do niego nie ustosunkowuje. Przecież sprawa TK ma charakter wyraźnie nadzwyczajny,a z obozu rządzącego nikt nie powoływał się na Kornela Morawieckiego. Czy to jest jakaś moda na bycie „apolitycznym”? Słaby artykuł

  3. jp pisze:

    Bardzo dobry artykuł – jednak w naszym kraju istnieje prawdziwie prawicowe myślenie a nie tylko nacpopulizm…

  4. Marcin pisze:

    Po przeczytaniu całego artykułu co do zasady zgadzam się, choć teza w tytule i wyboldowana na wstępie sugerowała, że Autor nie zrozumiał intencji Morawieckiego, któremu chodziło przecież nie o Prawo jako takie, ale o Bezprawie, które tylko Prawo udaje. Trzeba przyznać Morawieckiemu, że ta podstawowa dla naszej cywilizacji idea, iż to prawo jest dla ludzi, a nie ludzie dla prawa jest we współczesnej Polsce w głębokiej defensywie (co zresztą potwierdził jazgot z jakim jego wypowiedz się spotkała), więc ten głos był potrzebny. Natomiast zgoda, że jest ryzyko nadużyć, gdy arbitralnie przyznajemy sobie prawo decydowania, czym jest to dobro narodu. Nie szedłbym od razu w analogie z III Rzeszą, ale jak słyszę ludzi z PiSu, którzy akcję z Trybunałem tłumaczą powołując się na demokrację i pluralizm to mam wrażenie, że to jakaś odmiana centralizmu demokratycznego… I zaznaczam, że nie jestem bezwzględnym fanem demokracji, ale uważam, że trzeba trzymać się ustalonych reguł, a jak się je zarzuca to mówić ludziom dlaczego i w imię jakich wyższych wartości. Tu tego zabrakło. Jest natomiast zupełnie nieczytelna nawet dla ludzi mających pojęcie o polskim systemie konstytucyjnym batalia polegająca na stosowaniu kruczków formalnych, wybiegów interpretacyjnych itd., pozytywizm prawniczy w bardzo skrajnej postaci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz