Na rogu Duracza i Romaszewskiego

Dla Polaków do niedawna wspólna była satysfakcja z tradycji oporu wobec władz w PRL. To, że obecnie jedna ze stron sporu potrafi bez bólu ją odrzucić, pokazuje erodowanie fundamentów wspólnej pamięci

Władze municypalne posiadają znaczny potencjał memotwórczy, ale czasem życie wyprzedza sztukę: próżno sili się IPN i anonimowi twórcy, żaden mem nie podsumowuje niedawnej decyzji władz Warszawy w kwestii przemianowania ulic tak dobrze, jak zdjęcie tabeli, na którym obok tabeli z nazwami – niedawnymi („Inki”, „KOR-u”) oraz dawnymi/nowymi („Małego Franka”, „17 Stycznia”) widnieje pieczątka i podpis prezydenta Rafała Trzaskowskiego oraz data: 13 grudnia 2018.

Prawicowy internet najpierw zamilkł, potem zaś zadygotał ze zgrozy: na tożsamościowych forach nie zabrakło ani „hańby” z trzema wykrzyknikami, ani „resortowych dzieci”, ani – oczywiście – „POlszewików”. Mnie ta nadwyżka patosu nuży niemal w takim samym stopniu, w jakim oburza mnie postawienie za publicznych patronów, rodzaj obywatelskiego wzoru cnót, sowieckiego agenta Duracza i sowieckiego cyngla Zubrzyckiego w miejsce Zbigniewa Romaszewskiego, założycieli KOR i Marka Edelmana. Przede wszystkim jednak zastanawia mnie, dlaczego nowa ekipa rządząca Warszawą zdecydowała się na przeprowadzenie całej operacji „przemianowania” w stylu, który obarczony był pewnymi, chyba oczywistymi dla niej, kosztami wizerunkowymi i być może nie był konieczny. A może jednak – był konieczny, a koszty uznano za znikome? A jeśli tak, o czym to świadczy?

Sprawa przemianowania ulic o najbardziej rażących nazwach stała się w Warszawie, jak wiele innych tematów, które byłyby bezsporne dla koalicji PO-PiS przed 15 laty, zakładniczką szarpaniny PO – PiS: jak wiele znaczy, również politycznie, różnica między łącznikiem a pauzą!

Dlaczego zabrakło finezji?

Nie jest moim zamiarem wchodzić ani w prehistorię sporu o przemianowywanie ulic, ani w rozważania o metanarracjach historycznych z jednej, a okolicznościach obciążających i łagodzących – z drugiej. Dekomunizacja jako całościowy projekt została zaniechana, rozwodniona lub przegrana ćwierć wieku temu – co nie znaczy, że należy rezygnować z cząstkowych prób rektyfikacji pamięci historycznej. Sprawa przemianowania ulic o najbardziej rażących nazwach stała się w Warszawie, jak wiele innych tematów, które byłyby bezsporne dla koalicji PO-PiS przed 15 laty, zakładniczką szarpaniny PO – PiS: jak wiele znaczy, również politycznie, różnica między łącznikiem a pauzą! Po 2010 było już tylko gorzej: warszawska Platforma postanowiła pójść w zaparte w kwestii uczczenia w jakikolwiek sposób pamięci osób, które zginęły w Smoleńsku (w tym Lecha Kaczyńskiego), co z kolei rozżarzało PiS do czerwoności. Zdominowana przez PO Rada m.st. Warszawy moim zdaniem całkowicie świadomie zignorowała roczne „okno ustawowe”, pozwalające jej na dokonanie zmian nazw. Swoją biernością w tej sprawie wymusiła dokonanie zmian nazw przez wojewodę mazowieckiego – wiedząc doskonale, że jego decyzję można będzie zaskarżyć przed NSA i uzyskać korzystny dla siebie wyrok. Doprawy, finezyjne.

Dlaczego jednak tej finezji zabrakło Radzie (w nowym składzie, ale dawnej orientacji) na początku grudnia? Wbrew sporej części prawicowej opinii publicznej rozumiem, że prezydent m.st. Warszawy był zobligowany do respektowania wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego – niezależnie od tego, czy wyrok ów był po jego, czy nie po jego myśli, i jak dalece respekt ten związany jest z troską Platformy o pozycjonowanie się jako „obrońca legalizmu”. Prawdziwe schody zaczynają się jednak dopiero w tym miejscu, na etapie trybu wdrażania wyroku sądu.

Nie mnie w tej sytuacji podpowiadać strategom Ratusza, jak można było „ograć” kłopotliwy werdykt NSA, ale kolejne pomysły nasuwają się przecież praktycznie same

Bo przecież ekipa rządząca warszawskim Ratuszem doskonale zdawała sobie sprawę, że umiarkowani wyborcy Rafała Trzaskowskiego niekoniecznie mogą się poczuć szczęśliwi z intronizacji patronów spod znaku Gwardii Ludowej i stalinizmu: bądź dlatego, że sami mają rodzinne korzenie sięgające opozycji w PRL (a takich jest, wbrew prostackim tezom o „resortowych dzieciach”, całkiem dużo), bądź dlatego, że przyjęli bezkrytycznie opozycyjną narrację, w myśl której rządy PiS to nic innego jak „PRL-bis” i „Frasyniuka prześladują tak jak dawniej”. No więc albo-albo, jeśli czujemy się związani z KOR lub czujemy, że należałoby go restytuować, to wypadałoby raczej dać mu ulicę niż ją odbierać.

Można było „ograć” NSA

Czy można było zatem mieć ciastko i zjeść ciastko, wykonać wyrok NSA i jednocześnie dać do zrozumienia, że tak niefortunnie znikający z warszawskich ulic bohaterowie są nam bliscy? Z pewnością tak – i z pewnością jeśli ktoś potrafiłby to rozegrać, to Platforma, która w Warszawie może liczyć na poparcie rzesz korporatów z agencji reklamowych i PR-owych, tych przysłowiowych „młodych wykształconych z wielkich miast”, zachwyconych polorem swego awansu osobistego i klasowego. Mniejsza jednak nawet o kadry – również „stara” Platforma nieraz potrafiła zagrać finezyjnie tam, gdzie inne ugrupowania waliły jak cepem, a jej zwycięski kandydat na prezydenta miasta od początku letnio-jesiennej kampanii pozycjonował się jako uosobienie taktu i obycia, zaprzeczenie blokersa, co to ostryg nie to, że nie jadł – na oczy nie widział. A przy tym Trzaskowski ma za sobą naprawdę przyzwoitą opozycyjną przeszłość, na tyle, na ile pozwala jego rok urodzenia: był w latach 80. jednym ze współzałożycieli podziemnego Międzyszkolnego Komitetu Solidarności. MKS nie był oczywiście strukturą, która mogłaby w poważny sposób zaważyć na polskich losach – ale otarło się oń lub przynajmniej o nim słyszało całkiem sporo stołecznych 40- i 50-latków, i nie jest to złe narzędzie wpisania się w szlachetną, jednoznaczną opozycyjność lat 80.

Nie mnie w tej sytuacji podpowiadać strategom Ratusza, jak można było „ograć” kłopotliwy werdykt NSA, ale kolejne pomysły nasuwają się przecież praktycznie same. Można było złożyć nabrzmiałe patosem oświadczenie, w którym oskarżyłoby się zły PiS o niechlujstwo i zamordyzm prawny, które wymusiły taki, a nie inny werdykt NSA, prezydentowi miasta pozostaje zaś z bólem wprowadzić go w życie. Można było zmobilizować spadkobierców (rodzinnych lub ideowych) usuwanych właśnie patronów ulic, by wyrazili poparcie dla tej niełatwej, ale koniecznej decyzji. Można było zdyskontować bądź opozycyjną przeszłość samego Trzaskowskiego – bądź jego chevalerie, i wbijając dodatkowy klin między prawe skrzydło PiS a Pałac Prezydencki, wysłać prezydenta z bukietem kwiatów do pani Zofii Romaszewskiej z przeprosinami za pozbawienie ulicy jej zmarłego męża.

Można było wreszcie – to przecież tak oczywiste, że aż się prosi! – zwołać nadzwyczajne posiedzenie Rady m.st. Warszawy i ponownie, legalną większością, przegłosować nadanie dopiero co unieważnionych imion wszystkim ulicom. Wszystkim? Nieee, wszystkim z wyjątkiem jednej: Lecha Kaczyńskiego. To dopiero byłby majsterszyk: zmusić PiSowskich radnych, by zagłosowali albo za tą decyzją (pozbawiając nieżyjącego prezydenta ulicy własnymi, partyjnymi rękami), albo przeciwko niej – broniąc tym samym (nieskutecznie) Gwardii Ludowej i Leona Kruczkowskiego. To byłby myk na miarę Donalda Tuska, gdańskiego Makiawela! A jeśli już na to wszystko zabrakło fantazji – to można było nie autoryzować tej decyzji o przywróceniu dawnych nazw akurat nieszczęsnego, wciąż jeszcze pamiętnego, 13 grudnia.

A jednak warszawska Platforma nie zdecydowała się na żadne z tych posunięć, przywróciła Zubrzyckiego i 17 stycznia z dziką satysfakcją, za nic mając dyzgust nostalgików, histerię tożsamościowców i potężne kłopoty zwykłych mieszkańców, którzy zdążyli już w sporej części zmienić tabliczki, pieczątki i wpisy w dowodach rejestracyjnych.

Gdzie się podziała wspólna pamięć?

Jest to, moim zdaniem, posunięcie znaczące z kilku powodów. Po pierwsze, pokazuje ono, że grzmiące odwołania opozycji do szczytnych opozycyjnych korzeni, mozolne budowanie kulawych analogii między latami 80. a dzisiejszą „dyktaturą Kaczyńskiego” jest funta kłaków warte: cały, i tak mocno zetlały, potencjał emocjonalny lat 80. i dawniejszych – wszystkie „Mury”, Noble i KOR-y – dla niej w przeważającej mierze pozbawiony znaczenia, że nie czuje się już z tamtą formacją związana, nawet, jeżeli w rzeczywistości się z niej wywodzi (jak Trzaskowski czy o pokolenie starszy Henryk Wujec). Odebranie ulicy patrona, jakim jest „KOR” czy „Edelman” nie ma już w jej oczach niepokojącego potencjału ojcobójstwa, można więc sobie na nie pozwolić.

Po wtóre – że elektorat Platformy (z pewnością warszawski; najpewniej jednak szerzej, „wielkomiejski”) nawet, jeśli osobiście silniej związany z niedawną przeszłością i legendami opozycji niż młode władze municypalne, jest bez reszty zakładnikiem totalnego „antyPiSizmu”: każde posunięcie platformerskich władz lokalnych, które można będzie przedstawić jako kontestowanie decyzji PiS, wkładanie tej partii kija w szprychy bądź zrobienie jej na złość może liczyć na akceptację – nawet, jeśli uszczuplałoby boleśnie realne lub symboliczne dobra tegoż elektoratu.

Grzmiące odwołania opozycji do szczytnych opozycyjnych korzeni, mozolne budowanie kulawych analogii między latami 80. a dzisiejszą „dyktaturą Kaczyńskiego” jest funta kłaków warte

W ostatecznej konkluzji oznacza to jednak rzecz jeszcze groźniejszą: erozję tego, co do niedawna wydawało się ocalałym jeszcze fundamentem wspólnej pamięci. Polacy spierają się o „Bolka” i Smoleńsk (a właściwie już się nie spierają, okopani we własnym postrzeganiu tych dramatów), do niedawna wspólna im była jednak satysfakcja z tradycji oporu wobec władz w PRL, cały łańcuszek „polskich miesięcy”. To, że obecnie jedna ze stron sporu potrafi bez bólu czy jakichkolwiek, choćby czysto zewnętrznych „działań osłonowych” je odrzucić, pokazuje erodowanie tych fundamentów.

Pamięć zbiorowa zwykle jest niejednorodna, pełna uskoków tektonicznych, nieciągłości i niekonsekwencji. Z wycieczek na postsowiecką Białoruś przywozimy zdjęcia skrzyżowania ulicy Mickiewicza i Dzierżyńskiego, Konaszewicza i Kirowa, ale i w społeczeństwach Środkowej i Zachodniej Europy zdarzają się podobne, rozczulające historyków cocktaile. Wygląda jednak na to, że w Polsce spustoszonej wojną PO-PiS będzie to niemożliwe. Widzą to boleśnie mieszkańcy warszawskich Bielan, do których się zaliczam: nazwy „Duracza” i „Romaszewskiego” dotyczyły tej samej ulicy, ciągnącej się od piekarni po czytelnię naukową: nie ma szans na to, by kiedykolwiek zaistniało ich skrzyżowanie.

Fot. European People’s Party, CC BY 2.0

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Do stycznia 2017 r. redaktor magazynu „Plus Minus”. Lubi sielanki.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Na rogu Duracza i Romaszewskiego”

  1. BrylaS pisze:

    Nie doceniamy cały czas jak daleko zaszła ta popisowska wojenka – jak mocno potrafiła sformatować myślenie ludzi. Ta decyzja nie bedzie miec zadnych negatywnych skutków dla poziomu poparcia PO, tak jak równie ostatnio słynne zmniejszenie bonifikat za wykup z uzytkowania wieczystego. Trzaskowski i rada miasta mogą sobie spokojnie kraść, gwałcić, palić i mordować, mogą się zachowywać jak Dierlewanger tlumiacy powstanie, póki nie staną się PiSem i tak będą mieć 60% poparcia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz