Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Mearsheimer z zamkniętym okiem

We właśnie wydanym po polsku „Tragizmie polityki mocarstw”, najważniejszym dziele klasyka stosunków międzynarodowych i twórcy ofensywnego realizmu Johna Mearsheimera, świetnie widać zalety i wady realizmu politycznego

Nim przejdę do samej recenzji, winny jestem pewne wyjaśnienie. Bez niego poniższa ocena mogłaby się wydać niezrozumiała.

Recenzja klasycznych dzieł – a takim dla stosunków międzynarodowych jest „Tragizm polityki mocarstw” – to wyzwanie. Cóż nowego można dodać? To tak jakby w ekonomii recenzować „Kapitał” Marksa. Mógłbym się bronić bon motem André Gide’a: „Wszystko już zostało powiedziane, ale skoro nikt nie słuchał, można zacząć mówić od nowa”. Ale byłaby to wyłącznie retoryka.

Który autor popularnych prac o polityce międzynarodowej umieszcza w tekście częste wstawki typu „to słaby punkt mojej analizy”? Podaje przykłady przeczące jego własnej teorii? Albo kończy książkę podkreśleniem uproszczeń i ograniczeń nauk społecznych? Słowem: Mearsheimer ma klasę

Pytanie brzmi: kto nie słuchał? To wiąże się z fundamentalną kwestią: do kogo piszemy? W moich dwóch osobistych bańkach zawodowo-towarzyskich (uniwersyteckiej i turystycznej) tezy Mearsheimera nie są niczym nowym. W środowisku „Nowej Konfederacji” może i trochę są, ale nikogo nie zaszokują. W szerokim odbiorze społecznym jest rzecz jasna inaczej. Tu idee Mearsheimera mogą być prawdziwym novum.

Ale jaki mamy zasięg? Jaki wpływ? Gdyby przyjąć optymizm publicystyczny (da się wpływać na szerszą debatę!) czołowych autorów NK, skrzyżowany z ich wizją wykorzenienia z polskiego społeczeństwa nawyków romantyczno-idealistycznych, to książka Mearheimera będzie jak znalazł. Jest wspaniałą odtrutką na wszelką naiwność. Maczugą na szkołę liberalną stosunków międzynarodowych. Każdy, kto ją przeczyta (pod warunkiem, że ją przeczyta) powinien stracić wszelkie złudzenia co do świata polityki.

Podzielam niechęć do idealizmu (sprzeciwiałem się „końcowi historii”, zanim to się stało modne, co łatwo sprawdzić czytając moje teksty sprzed 2014 r.), jednak różnię się w kwestii wpływu. Jestem pesymistą. Zakładam, że teksty pisane w „NK” i tak stanowią większą bądź mniejszą niszę (niekoniecznie z naszej winy). Dodajmy: bańkę wyraźnie sformatowaną ideowo: przeczytają mnie raczej polityczni realiści niż liberałowie. Nie tylko akademicy (o czym się może mało wie, ale w polskiej politologii już przed 2012 r. niepodzielnie dominował realizm). Także szersze grono czytelników „NK”. Wśród nich wykorzeniać idealizmu nie trzeba, bo nigdy go nie było. W takich warunkach atakowanie szkoły liberalnej w stosunkach międzynarodowych, „końca historii” (i czego tam jeszcze) jest, parafrazując kultowy dialog z „Kilera”, bezczeszczeniem zwłok.

Jakkolwiek recenzję napisałem dla wszystkich, to zakładam, że przeczytają mnie raczej realiści niż liberałowie. A to wymusza zmianę ocenę książki Mearsheimera z jednoznacznie pozytywnej taką by była, gdybym pisał do szerokiego grona na bardziej krytyczną.

Tyle wstępu, teraz czas na pochwały.

Plusy dodatnie

„Tragizm polityki mocarstw” to bardzo elegancka intelektualnie książka. Wywód jest klarowny, struktura czytelna, teoria prosta, czynniki i relacje między nimi jasne, język dobry. Styl pisarski może nie „wyśmienity”, jak chwali go okładka (osobę niezainteresowaną polityką międzynarodową „Tragizm…” może jednak zmęczyć), ale na pewno bardzo przyzwoity. Zdecydowanie powyżej średniej prac akademickich.

Po prostu dobrze „myśleć o polityce jak realista”. Lepiej zakładać, że to siła jest centrum życia politycznego. Państwa troszczą się głównie o przetrwanie. A współpraca międzynarodowa, nawet jeśli kwitnąca, zawsze jest krucha

Najbardziej ujęły mnie uczciwość i pokora Mearsheimera. W książce mnóstwo jest podkreśleń świadomości własnych ograniczeń i barier dla teorii w ogóle. Mearsheimer nie pretenduje do pełnego wyjaśnienia świata nie „mówi jak jest” tylko co rusz wskazuje na przeszkody, niepełność i niemożność pełnego poznania. Który autor popularnych prac o polityce międzynarodowej umieszcza w tekście częste wstawki typu „to słaby punkt mojej analizy”? Podaje przykłady przeczące jego własnej teorii? Albo kończy książkę podkreśleniem uproszczeń i ograniczeń nauk społecznych? Słowem: Mearsheimer ma klasę.

Wydanie „Tragizmu…” niesie za sobą dwie niezaprzeczalne zalety. Dla ogółu społeczeństwa (przy wątpliwym założeniu, że ktoś spoza naszej bańki przeczyta książkę) – tę, że uświadamia, iż parafrazując Walta po prostu dobrze „myśleć o polityce jak realista”. Lepiej zakładać, że to siła jest centrum życia politycznego. Państwa troszczą się głównie o przetrwanie. A współpraca międzynarodowa, nawet jeśli kwitnąca, zawsze jest krucha. To realistyczne ujęcie pozwala pojąć, czemu wzrost znaczenia Chin powoduje takie kłopoty (ostatni rozdział książki Mearsheimera o rywalizacji chińsko-amerykańskiej to chyba najlepsza część książki). Bycie realistą politycznym skutecznie pozbawia też złudzeń co do USA. Fragmenty „Tragizmu…” dotyczące bezwzględności polityki amerykańskiej jak zresztą polityki każdego mocarstwa powinny zostać przyswojone przez każdego, kto interesuje się polityką.

Dla licznego grona czytelników NK lektura Mearsheimera będzie też cenna, bo uświadomi właściwe, czyli podrzędne, miejsce geopolityki (wielką zaletą „Tragizmu…” jest brak Heartlandów, Rimlandów i innych geopolitycznych teoryj). Według realizmu ofensywnego, to nie geografia decyduje o polityce państw, lecz anarchiczna struktura systemu międzynarodowego. Geografia ma znaczenie (czasem duże, czasem małe), podobnie jak inne czynniki, ale na pewno nie kluczowe ani decydujące. U Mearsheimera bardzo wyraźnie widać, o ile lepszym paradygmatem jest realizm niż geopolityka, bo dostarcza on  precyzyjniejszych i prawdziwszych wyjaśnień polityki międzynarodowej. W debacie geopolitycznej tłumaczyliśmy ten prymat realizmu nad geopolityką; często było to jak mówienie do ściany. Myślę, że Mearsheimer w edukowaniu osiągnie lepszy wynik. W końcu jest amerykańskim profesorem.

Z tych dwóch zasadniczych powodów należy się cieszyć z polskiego wydania „Tragizmu…” (w ogóle należy się radować, ilekroć jakakolwiek klasyczna pozycja ukazuje się po polsku, podobnie jak należy wszystko to czytać; ale to chyba oczywiste).

Jednak zgodnie z przyjętym na początku założeniem, że to raczej realiści mnie przeczytają, trzeba spojrzeć na „Tragizm…” bardziej krytycznie.

Jaki sens ma analiza polityki międzynarodowej bez brania pod uwagę czynników wewnętrznych? Jak można myśleć o polityce bez wzięcia pod uwagę roli jednostek (ktoś w to wątpi w dobie Trumpa?) czy nieracjonalności decyzji politycznych?

Zamknięte jedno oko

Gdy Mearsheimer pisał swój „Tragizm…”, zarówno w akademii jak i w społeczeństwach dominowało liberalne spojrzenie na stosunki międzynarodowe. Amerykański badacz postanowił mu się ostro przeciwstawić – i chwała mu za to. Ale to nie tłumaczy wyrywkowego podejścia do samej nauki o stosunkach międzynarodowych. Mearsheimer polemizuje tylko z liberalizmem, jakby zakładając, że innych szkół nie ma. Tymczasem już wtedy, gdy powstawał „Tragizm…” (koniec lat 90-tych) wykłuły się trzy (a nie dwie!) główne szkoły SM: liberalizm, realizm i konstruktywizm (plus kilka pomniejszych). Mearsheimerowskie niezauważenie konstruktywizmu i ustawienie polemiki tylko pod liberalizm jest zabiegiem tyleż wygodnym (bo w liberalizm bić łatwo) co wybiórczym. Tymczasem konstruktywizm to nie to samo co liberalizm: jest alternatywny zarówno wobec liberalizmu, jak i realizmu. Pozwala na to, czego realizm nie potrafi: spojrzeć do wnętrza kraju. Wszak, jak mówi amerykańskie powiedzenie, „każda polityka jest polityką lokalną” (all politics is local). Konstruktywizm zwraca uwagę na idee (niekoniecznie demokratyczne), wierzenia, dyskursy, tożsamości: wszystko to, co tworzy percepcję świata przez elity polityczne. Nie kwestionuje znaczenia siły czy anarchii, ale zwraca uwagę na to, jak się je postrzega. Ostateczne to, jak świat widzą elity, jest równie ważne jak to, jakim ten świat jest naprawdę. Jeśli nie ważniejsze.

Tymczasem u Mearsheimera tego kompletnie nie ma (co on zresztą, oddajmy mu, przyznaje sam). Dla niego wszystkie mocarstwa zachowują się mniej więcej podobnie, na dodatek racjonalnie. Bez znaczenia są ich ustrój, historia, kultura polityczna, stosunki społeczne, itp., itd. O zachowaniu państw decyduje struktura systemu międzynarodowego. Podejście to jest może odświeżające wobec uniformizmu liberalnej szkoły, ale prowadzi do absurdalnych twierdzeń. Takich jak to, że Wielka Brytania i Japonia oba będące mocarstwami wyspiarskimi są w sumie podobne.

Mearsheimer nie tylko nie widzi czynników wewnętrznych. Ma w pogardzie czynniki kulturowe (jest to typowa przypadłość wielu badaczy stosunków międzynarodowych, powodująca, że tak dużo ich analiz jest irytująco płytkich i powierzchownych). Kompletnie nie dba o rolę jednostek. Mearsheimer tego wszystkiego po prostu nie chce widzieć. Sam przyznaje to wprost, bo jest uczciwy, ale przez to dramatycznie się samoogranicza. Tak jakby zamiast patrzeć na świat dwojgiem oczu, jedno celowo zamykał.

To nie znaczy, że tych czynników wewnętrznych nie ma w książce, bo są. Momentami wręcz fascynujące (jego opisy brytyjskiego Haβliebe wobec komunizmu czy obecnego chińskiego nacjonalizmu są znakomite: Mearsheimer wie, kogo czytać). Ale nigdy szczególnie ważne. Mearsheimer uznaje je za drugorzędne, niemal nieistotne. Po lekturze „Tragizmu…” można dojść do wniosku, że Bismarck i Hitler byli w zasadzie podobni, Francja wiele nie różni się od Rosji, a Japonia musiała zaatakować Pearl Harbour.

Tymczasem jaki sens ma analiza polityki międzynarodowej bez brania pod uwagę czynników wewnętrznych? Jak można myśleć o polityce bez wzięcia pod uwagę roli jednostek (ktoś w to wątpi w dobie Trumpa?) czy nieracjonalności decyzji politycznych? W dzisiejszych czasach, gdy większość działań politycznych jest podejmowana ad hoc, bez planu i pomyślunku, kreślenie wizji racjonalnych działań unitarnych państw jest lekkim nieporozumieniem. Naprawdę, głupota, niekompetencja i przypadek znacznie częściej są źródłem decyzji politycznych niż struktura systemu międzynarodowego.

Zresztą lista nieobecnych czynników, niebranych pod uwagę przez Mearsheimera, jest dłuższa, i nie ogranicza się do „czarnej skrzynki”, czyli wnętrza kraju. Jak można analizować współczesny świat tylko na podstawie państw? A gdzie miasta-metropolie? Wielkie korporacje? Organizacje międzynarodowe? Gdzie jest Unia Europejska? ASEAN? Można, a być może wręcz trzeba mówić, że państwa są najważniejsze, ale to nie znaczy, że są tylko one (a właściwie tylko mocarstwa). Bo potem kończy się to tezami tak jednostronnymi, jak kilkukrotnie powtórzone zdanie o tym, że Rosja jest krajem silnym, a Singapur czy Korea Południowa to państwa słabe.

Pozostałe zarzuty

Mearsheimer jest badaczem z najwyższej półki. Czasem jednak dyscyplina go zawodzi. Na przykład wtedy, gdy pisze obecnie o „wojnie domowej na Ukrainie” (zresztą Ukrainę traktuje wyraźnie z rosyjskiej perspektywy jako zbuntowaną „Małorosję”, zarówno historycznie, jak i obecnie). Albo pisze o „pomocy Francji dla Polski” w 1920 r. Czy o tym, że Wielka Brytania „gdy tylko wybuchła wojna (II WŚ) natychmiast wysłała wojska na kontynent”. Zdanie ze słabego skądinąd wstępu do wydania polskiego (Mearsheimer niewiele ma nam do powiedzenia, co jest zresztą logiczne, zważywszy na jego wyłączne zainteresowanie mocarstwami) o tym, że obecnie „Polska jest bezpieczniejsza niż w jakimkolwiek okresie swojej historii” dowodzi, że nawet mu się nie chciało sprawdzić niczego o Polsce sprzed 1792 (data początkowa rozważań jego książki). Bo, sorry, ale I RP przynajmniej w kilku okresach swego istnienia była bezpieczniejsza niż III RP.

We wprowadzeniu do „Tragizmu…” Mearsheimer, opisując swoją teorię realizmu ofensywnego,  nawiązuje do słynnej popperowskiej metafory latarki oświetlającej ciemny pokój. Ta część, podobnie jak cała książka, jest bardzo elegancka intelektualnie

Z kolei o częstym autorytatywnym cytowaniu Stalina czy pięciokrotnym podkreśleniu, że Polska „napadła” Rosję w 1920 r. (co ciekawe, głosząc te tezy Mearsheimer za pierwszym razem powołuje się na „Orła Białego, Gwiazdę Czerwoną” Daviesa, który akurat w tej książce właśnie obalał tę popularną na Zachodzie narrację), czy kilkukrotnym pisaniu o naszym kraju per „słaby” i „mały” wspominam mimochodem, by zastanowić się czy naprawdę chcemy tego badacza w Polsce adorować.

Podsumowanie

We wprowadzeniu do „Tragizmu…” Mearsheimer, opisując swoją teorię realizmu ofensywnego,  nawiązuje do słynnej popperowskiej metafory latarki oświetlającej ciemny pokój. Ta część, podobnie jak cała książka, jest bardzo elegancka intelektualnie. Lepszą wszakże analogią opus magnum amerykańskiego politologa byłoby przyrównanie go do człowieka mającego doskonały wzrok, który wszakże z własnej woli patrząc na świat zamyka jedno oko. Cóż z tego, że to otwarte oko jest sokole, skoro drugie pozostaje zamknięte.

Kup książkę

Książka Johna J. Mearsheimera „Tragizm polityki mocarstw”, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2019, objęta patronatem “Nowej Konfederacji” dostępna jest do zakupu na naszej stronie.

Stały współpracownik "Nowej Konfederacji", ekspert ds. współczesnej Birmy i relacji rosyjsko-chińskich, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, autor ośmiu książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych - "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" (Kraków, Akademicka 2014) i "Pani Birmy. Biografia polityczna Aung San Suu Kyi" (Warszawa, PWN 2015) oraz prac międzynarodowych m.in. "Russia and China. A Political Marriage of Convenience" (Oppladen-Berlin-Toronto 2017) i "A Political Biography of Aung San Suu Kyi" (Routledge: New York-Abington 2020)

Komentarze

2 odpowiedzi na “Mearsheimer z zamkniętym okiem”

  1. WoKu pisze:

    Dr Lubina w prowadzonej przez siebie rubryce kucharskiej: dziś zajmiemy się przygotowaniem omletu. Rozbijamy jaja, zupełnie jak zwolennik konstruktywizmu obala płytkie twierdzenia nieważnej geopolityki, wrzucamy na patelnię, która nigdy by nie powstała, gdyby światem rządziła geopolityka. Następnie mieszamy, tak jak pomieszane w głowach mają geopolitycy. Itd.

  2. Konfederatka pisze:

    A ja będę broniła “Tragizmu…” pana Mearsheimera mimo wskazanych powyżej wad książki. Powinna stać się lekturą obowiązkową w szkołach ponadpodstawowych w naszym kraju do lekcji historii i nieco potrząsnąć naszym polskim zaściankowym oglądaniem świata. Skoro daleko nam do mocarstwa to chociażby warto sobie z tego zdać sprawę i oświecić nasze dzieci skoro dorośli rządzący są i niedouczeni i z gruntu nienauczalni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz