Macron walczy z fake newsami, czyli lepsze wrogiem dobrego

Aktualności,

Dziennik „Le Monde” posunął się w komentarzu redakcyjnym do żartu, że prezydent Macron cierpi na bezsenność i – będąc w tym stanie – nie daje usnąć Francji. Rzeczywiście, nadaktywność Emmanuela Macrona może się równać z tą, jaka charakteryzowała Nicolasa Sarkozy’ego, gdy ten był prezydentem (2007-2012).

Takie oceny świadczą o pewnej irytacji opinii publicznej. Albo inaczej: o tym, że odróżnia się pożyteczne inicjatywy szefa państwa od zamierzeń iluzorycznych. A jak na razie do takich zalicza się na ogół pomysł prezydenta, by ustawowo ograniczyć fake news. Ustawa, której przygotowanie prezydent zaanonsował podczas tradycyjnych noworocznych życzeń dla przedstawicieli prasy, ma wprawdzie dotyczyć tylko Internetu i to jedynie w okresie kampanii wyborczych, ale i tak wzbudza pytania, a nawet niepokój.

Swoją drogą, Macron zapowiedział też rozszerzenie uprawnień operatora, odpowiednika naszej KRRiT – co może skutkować nawet odebraniem koncesji mediom w rodzaju Russia Today (stacja nadaje we Francji od grudnia ub.r.), oraz zalecił namysł nad sposobem certyfikowania prasy godnej zaufania – wtedy media pozbawione takiego certyfikatu stanowiłyby jak gdyby drugą ligę dziennikarstwa. Jednak komentarze są teraz zogniskowane na sprawie ustawowego ograniczenia fałszywych wiadomości.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że w ostatnich latach w kilku kampaniach wyborczych świata zachodniego rola fake news była bardzo poważna – szczególnie w wyborach prezydenckich w USA w 2016 r., ale i wybory we Francji w 2017 nie uniknęły tego niebezpieczeństwa. Źródłem tych fałszywych informacji była Rosja – w oczywisty sposób zainteresowana co najmniej antagonizowaniem zachodnich społeczeństw (także zachodnich struktur bezpieczeństwa i integracji). Pytanie, czy pochodzące z Rosji fake news wpłynęły na wybór Donalda Trumpa, jest także uprawnione. Słowem sprawa jest bardzo poważna.

Ale czy waga sprawy automatycznie przekłada się na celowość nowej legislacji? Innymi słowy, czy rygorami prawnymi da się to zjawisko wyeliminować, a przynajmniej ograniczyć, nie zabijając przy okazji wolności słowa – wartości konstytutywnej dla zachodniego modelu życia?

Propozycja prezydenta Macrona zawiera elementy mniej kontrowersyjne (np. wymóg ujawniania zleceniodawców treści sponsorowanych) i bardziej kontrowersyjne (postępowanie sądowe przeciwko platformom internetowym zamieszczającym fałszywe wiadomości oraz ewentualne sankcje, włącznie z zablokowaniem dostępu dla użytkowników Internetu)

Propozycja prezydenta Macrona zawiera elementy mniej kontrowersyjne (np. wymóg ujawniania zleceniodawców treści sponsorowanych) i bardziej kontrowersyjne (postępowanie sądowe przeciwko platformom internetowym zamieszczającym fałszywe wiadomości oraz ewentualne sankcje, włącznie z zablokowaniem dostępu dla użytkowników Internetu). Kluczowa bowiem pozostaje kwestia granicy między fałszywą informacją a opinią. Nadto, w niektórych przypadkach może nie być wcale łatwo szybko ocenić (a w kampanii wyborczej trzeba orzekać szybko), czy informacja jest, czy nie jest fałszywa. W tej mierze można się obawiać, że pewna liczba informacji mogłaby zostać uznana za fałszywe niejako na wyrost, a pewna liczba opinii – zostać błędnie uznana za informacje. Wydaje się, że w tych punktach pomysł prezydenta może być po prostu niewykonalny, o ile francuska legislacja nie miałaby popaść w koleiny charakterystyczne dla reżimów zgoła niedemokratycznych.

Żeby dobitnie wyjaśnić ten punkt widzenia, można odwołać się do doświadczeń Zachodu (także Francji) z walki z islamskim terroryzmem. Ta walka, chociaż jest ciągle daleka od zwycięstwa, generalnie opierała się na zasadzie, że za żadną cenę nie można dać się sprowokować terrorystom do wojny domowej, w której zaatakowane społeczeństwa zachodnie uprawiałyby spontaniczną vendettę w stosunku do „obcych” (wyznawców islamu, czy choćby ludzi o islamskich korzeniach) – jako podejrzanych o związki z terroryzmem. Sprawa jest delikatna, bo rzeczywiście terroryści islamscy na Zachodzie znajdują oparcie w tych kręgach. Ale wszelka generalizacja byłaby pułapką. Na popadnięcie w taką pułapkę czekają właśnie sponsorzy islamskiego terroryzmu. Przez analogię można powiedzieć, że Rosja, która stoi za fałszywymi informacjami destabilizującymi życie polityczne Zachodu, też czeka na uchwalenie legislacji, która będzie zabójcza dla wolności słowa.