Newsletter

Kseropolska

Spór „swojskości i cudzoziemszczyzny” trwa w najlepsze od saskich czasów. Wtedy to określono go po raz pierwszy mianem pojedynku wąsów i podgolonych łbów z perukami

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

~Zdarza się we wrześniu światło tak miękkie, że najstosowniejszym określeniem danego nam czasu wydaje się nie grubo ciosane „babie lato”, lecz rosyjski „barchatnyj sezon”, czyli czas aksamitu, nazwany tak od strojów dworu Jego Cesarskiej Wysokości, ściągającego na Krym po Wielkanocy: z czasem nazwę rozciągnięto również na długie pożegnanie lata, do połowy września.  W tym świetle dobrze jest patrzeć właściwie na wszystko, ale szczególnie na rozmaite przebrania, po które sięga warszawska ulica na długości stu kroków. Pomidorowo-pąsowy klon w przejrzystym świetle, chmurki kawy z papierowych kubków i starsza pani nienaganna, szczupła, w jasnofiołkowych okularach, miękkim jak bajgel głosem pytająca o academic bookstore są jak ślad Manhattanu. Stragan ze śliwkami, którym kolorów mogłyby pozazdrościć oprawki nowojorskiej turystki, na nim piramidy dyń, pietruszek, woskowych antonówek – małe atelier Arcimbolda prosto z Grójca.  A tuż obok – Aleja Wyzwolenia i domy osiedla MDM Latawiec z mansardami jak z Paryża. Starsze panie, wdowy po zasłużonych funkcjonariuszach Koszykowej i Rakowieckiej, którzy otrzymywali tu przydziały mieszkaniowe, stoją z jamnikami po dwie, po trzy i – niech towarzysz generał, wąsaty funkcjonariusz SB, dyrektor Biura Ochrony Rządu i wzięty biznesmen wybaczy mi ten kalambur – gaworzą wesoło: po prostu Moskwa nad rzeką Sekwaną.

W gruncie rzeczy idzie przecież nie o fechtunki fryzur, lecz o to, czy kolejne „Wielkie Projekty” mają być korektą, czy przemianą; o to, ile jest w nich „konstruktywizmu”, tak, jak rozumiał to słowo Kisiel, krytykujący PRL za rozmach godny bohaterów Płatonowa

Wystarczy jednak odwrócić się, by przez lewe, tfu tfu, ramię, dostrzec powidok tęczy, co od razu skłania mnie do myśli o mechanicznych naśladownictwach, o nadwiślańskim „kseroprogresizmie”. Ileż fantazji i fobii, z których przed dziesięciu laty zaśmiewaliśmy się, czytając o pożodze poprawności politycznej, zyskało w międzyczasie nad Wisłą prawo obywatelstwa? Mamy dżenderystki gramatyczne, które gotowe są zginąć za profesorkę, ministrę i kierowczynię. Mamy entuzjastki homozwiązków w Szarych Szeregach, mamy krąg Kobiet Mocy, które w ministerialnym i profesorskim gronie lubią czasem zawyć do Księżyca na chwałę wiedźmom i na pohybel patriarchatowi.  Mamy świetlice robotnicze „Krytyki Politycznej”, mamy Paradę Równości, mieliśmy prezydenta Słupska, a w szranki wyborcze staje właśnie kandydatka na prezydentkę Krakowa Vala T. Foltyn, dostarczająca równie wielu uciech stylistom, co entuzjastom anagramów. Wieściłem już na Facebooku, że to kwestia miesięcy, kiedy na Podlasiu objawi się – nie, nie prorok Ilja tym razem, lecz rzutki prawnik, który przedstawi się jako potomek Jaćwingów i w imieniu wytępionych przez kolonizację indigenous people zażąda gigantycznych odszkodowań od władz państwowych i samorządowych: jeśli na czele sejmiku województwa podlaskiego stać będzie ktoś z PiS, tym lepiej.

Nie lepiej za to po stronie narodowej, która nie musi czytać „Wired” i „Village Voice”, by znaleźć inspirację, bo ta jest ponadczasowa: „Trylogia”, moczopędne trunki i poczucie krzywdy dziejowej. To wystarczy na kolejnego mema z husarzem, na ujawnienie nieznanej, strasznej prawdy o Manifeście z Ventotene („spiseg!”) i na mętne pytania o to, „dlaczego na ulicach coraz więcej obcych”: gdybym nie sądził, że dyktuje je znużenie, myślałbym, że specjaliści od strategii dezinformacyjnej z niedalekiego Wschodu. Ideałem jest, jak można się domyśleć z tych rojeń, Polska jak z ziarnistych i szarych zdjęć, przedstawiających paradę trzeciomajową albo dożynki w Mińsku Mazowieckim w 1938: jeszcze więcej koni, lanc, proporczyków, dziewcząt, szarf, dzwonów (dzwony się doda w podcaście), starostów i wielkoformatowych bochnów chleba z gipsu, zdecydowanie mniej Ukraińców i Żydów, każdemu po iPadzie – i jakoś to będzie!

Ten spór „swojskości i cudzoziemszczyzny” trwa w najlepsze od saskich czasów. Wtedy to określono go po raz pierwszy mianem pojedynku wąsów i podgolonych łbów z perukami, co zabawnie ucieleśniają dziś poseł Jakubiak, marzący, zda się, o posadzie dublera Stanisława Leszczyńskiego oraz Manuela Gretkowska w liliowych lokach. Ale w gruncie rzeczy idzie przecież nie o fechtunki fryzur, lecz o to, czy kolejne „Wielkie Projekty” mają być korektą, czy przemianą; o to, ile jest w nich „konstruktywizmu”, tak, jak rozumiał to słowo Kisiel, krytykujący PRL za rozmach godny bohaterów Płatonowa. Polska nie jest papugą narodów: po prostu ciągle pojawiają się ludzie, którzy uparcie chcą zmienić jej umaszczenie, wyrwać pióra i wetknąć nowe, niepomni, że operacja taka udaje się zwykle w najlepszym razie połowicznie, a jej owocem nigdy nie jest ara.

Myślałem o tym, czytając zbiór miniatur „Ten Kraj” Anny Arno (Wydawnictwo Literackie). Autorka, demonstracyjnie chmurna już na zdjęciu okładkowym ma, mam wrażenie, stanowić swego rodzaju wizerunkową odpowiedzi środowiska Zeszytów Literackich na Martę Kwaśnicką, co już samo w sobie powinno być dla tej ostatniej powodem dla triumfu: wiadomo, wygrywa ten, kto jest benchmarkiem, „polskie Garmisch-Partenkirchen” to zawsze gorzej niż gdyby mówiono „alpejskie Zakopane”. Miniatury, o których mowa, są cierpkie, nierówne, w irytujący sposób podszyte urazami i obolałościami autorki, ale cenne w ukazaniu czegoś, co roboczo nazwałbym „patriotyzmem przysadki”. Ukazują wielką matrycę zapachów, powidoków i uruchamianych przez nie skojarzeń, którą zgromadzić można już w dzieciństwie. Smak mirabelki, placków ziemniaczanych, wyschnięte tulipanowe płatki, które zostają zdeptane na asfalcie po przejściu procesji, widok „Główki Stasia”, jakiegoś Matejki plus może „Muzykantów dziecięcych” Makowskiego, dźwięk kilku miękkich głosek okazują się determinować przywiązanie, które trwa mimo snobizmu i postępu. Oczywiście, pisząc to, już zdemaskowałem się jako primordialista: żeby zapełnić tę matrycę swojskimi smakami należy unikać jeśli nie Erasmusa, to przynajmniej frytek z McDonald’s.