Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Królowa nie jest zachwycona?

Zawieszając parlament na pięć tygodni na ostatniej prostej przed brexitem, premier Johnson złamał prawo. Decyzja Sądu Najwyższego Wielkiej Brytanii pokazuje, jak ma działać trójpodział władzy w praktyce, choć bieżącej dynamiki politycznej nie zmienia

„We are not amused” (w wolnym tłumaczeniu: nie jesteśmy zachwycone) – miała powiedzieć królowa Wiktoria po wysłuchaniu jakiejś nieudanej, a w założeniu żartobliwej opowiastki przy obiedzie. Wyrażenie to weszło do języka potocznego jako snobistyczny sposób wyrażenia głębokiego niezadowolenia. Dziś to królowa Elżbieta może nie być zachwycona. Formalnie to ona podjęła niezgodną z prawem decyzję o zawieszeniu parlamentu. Jednak odpowiedzialność spoczywa na tym, który tę decyzję „doradził” – premierze Borisie Johnsonie.

Takie zawieszanie (inaczej relegacja) parlamentu to w systemie brytyjskim procedura standardowa i stosowana regularnie. W tym czasie wszystkie procedowane projekty wędrują do śmietnika, a rząd wyznacza nowy kierunek działań. Johnson, jako premier nowo wybrany w trakcie trwającej kadencji parlamentu, też chciał z tego prawa skorzystać. Nie podał jednak żadnej przyczyny, dla której ma to trwać aż pięć tygodni – zwykle parlamentarny reset trwa kilka dni. Nie skorzystał też z tego prawa na początku swojego urzędowania – wtedy reset pokryłby się z parlamentarnymi wakacjami. Zawieszenie ogłosił wtedy, gdy zaczął przegrywać głosowania w sprawie twardego brexitu. Sąd Najwyższy uznał, że to właśnie ten kontekst ma decydujące znaczenie.

Rolą parlamentu jest sprawowanie kontroli nad rządem. Na finiszu negocjacji brexitowych, tuż przed wyznaczoną na 31 października datą wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, gdy sytuacja polityczna może zmienić się z dnia na dzień, ta kontrola jest szczególnie istotna. Sędziowie uznali, że gdy relegowany parlament tej kontroli został pozbawiony, to właśnie Sąd Najwyższy ma za zadanie tę kontrolę utrzymać. Dlatego uznał procedowaną sprawę za konstytucyjną, a nie, jak argumentował rząd, czysto polityczną. Uznał też, że w tym konkretnym kontekście decyzja była nielegalna i zostaje uznana za niebyłą – parlament ma zebrać się natychmiast i kontynuować posiedzenie tak, jakby do zawieszenia nigdy nie doszło. Obydwie decyzje zapadły jednomyślnie.

Po głosowaniach premier stracił większość, a po wyroku Sądu Najwyższego stracił twarz. Co takie trzęsienie ziemi oznacza dla brytyjskiej polityki?

Johnson jako premier politykę chciał uprawiać tak jak zwycięską kampanię w referendum europejskim – ostrym kursem, bazując na podziałach, bez szukania kompromisów, na granicy (i poza granicą) prawa. Nie docenił jednak niezależności brytyjskich instytucji i siły brytyjskiej, niepisanej konstytucji. Jej fundamentalnym zadaniem jest obrona obywateli przed władzą. Obrona ta może być skuteczna tylko gdy władza jest podzielona, a podział musi być utrzymany w równowadze. Gdy jeden ośrodek narusza tę chwiejną równowagę, włączają się mechanizmy korygujące. W tym przypadku zadziałały bez zarzutu.

Boris Johnson nie docenił też własnych deputowanych do Izby Gmin. Wiedząc, że nawet wśród torysów jest duży opór przeciw brexitowi bez umowy, zagroził, że posłowie niegłosujący zgodnie z dyscypliną zostaną wyrzuceni z partii i nie będą mieli szans ubiegać się o reelekcję. Nie spodziewał się, dla jak wielu poglądy okażą się ważniejsze niż kariera polityczna. Stracił większość w parlamencie i ponad dwudziestu popularnych i wpływowych polityków z pierwszego szeregu Partii Konserwatywnej.

Po głosowaniach premier stracił większość, a po wyroku Sądu Najwyższego stracił twarz. Co takie trzęsienie ziemi oznacza dla brytyjskiej polityki? Zaskakująco niewiele. Parlament już wcześniej zadekretował, że premier ma wystąpić o przedłużenie brexitu, ale dopiero wtedy, gdy nie uda się ratyfikować nowej umowy. Po powrocie do przerwanego posiedzenia parlament musi zatem czekać, aż premier jakąś nową umowę z Brukseli przywiezie. Opozycja, która, choć podzielona, dziś ma większość w Izbie Gmin, już wcześniej zapowiedziała, że zgodzi się na nowe wybory, ale dopiero po opóźnieniu brexitu. Johnson, który prze do wyborów, musi zatem czekać co najmniej do listopada. Premier musi więc negocjować trudną umowę wyjściową, nie mając do niej serca i wiedząc, że bez większości i tak nie przeprowadzi jej przez parlament. Tymczasem wszystkie partie rozpoczęły już faktyczną kampanię wyborczą, prezentując hasła i kandydatów.

W tej chwili najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się taki, w którym dochodzi do przedłużenia brexitu, a chwilę później – do nowych wyborów. Jeśli wygra je opozycja, to odbędzie się drugie referendum z opcją pozostania Wielkiej Brytanii w UE (dziś w sondażach pozostanie zdobywa decydującą większość). Jeśli wygra je partia Borisa Johnsona, nastąpi błyskawiczny brexit bez umowy.

Największą zagadką jest jednak to, co 20 października zrobi Boris Johnson, który zapowiedział, że prędzej „umrze w rowie” niż zwróci się do państw na kontynencie o przedłużenie brexitu, do czego przecież obliguje go prawo. Brytyjska polityka w ostatnich trzech latach jest wyjątkowo ożywiona, a premier Johnson lubi zaskakiwać. Na pewno zobaczymy zatem kolejne niekonwencjonalne rozwiązanie tego dylematu. Decyzja Sądu Najwyższego wyznaczyła jednak granice tych niekonwencjonalnych rozwiązań. Polityka ma być podporządkowane prawu, a nie woli władzy.

fot: Instagram.com/queenelizabeth

 

***

Pozyskanie nowego eksperta sfinansowano przez Narodowy Instytut Wolności w ramach Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030

Makroekonomista, wykładowca w Cardiff University. Ukończył doktorat w European University Institute we Florencji, absolwent warszawskiej SGH. Mieszka w Londynie, pochodzi z Lublina. Swoje badania prezentuje regularnie na międzynarodowych konferencjach i gościnnych seminariach. Realizator grantu NBP, zdobywca nagrody Austriackiego Banku Narodowego. Wykłada bankowość i metody numeryczne. Zajmuje się też popularyzatorstwem nauki i publicystyką. Założyciel grupy eksperckiej "Dobrobyt na Pokolenia" (napokolenia.pl). Rocznik 1984, fan obrazów Moneta, alpinista amator.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz