Newsletter

Kontusz z pluszu, gorset ze spiżu

Bo też z dworem polskim, a właściwie z Dworem Polskim, mamy pewien kłopot. Żywa jest wiara w to, że klejnot urodzenia, niczym lek homeopatyczny, działa nawet w radykalnym rozrzedzeniu

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

O Magdalenie Samozwaniec myślę bez sympatii. Jej pojawienie się w kulturze polskiej zapowiadało nadejście takich person jak Hanna Bakuła czy Maria Czubaszek: ten sam olśniewający (w zamyśle) cynizm i tour de force, ten sam chłód połączony z okazjonalnymi erupcjami emocji, ta sama wiedza o tym, gdzie stoją konfitury połączona ze szczebiotaniem: „Nie rozumiem, dlaczego byli ziemianie nie lubią mnie za satyry drukowane w roku 1947”; krótko mówiąc, ten sam smutek baru, w którym nad ranem gaszą światła. Ale jedno jej się udało (inna rzecz, że do spółki z siostrą, wobec której przez całe życie nie wyzwoliła się z kompleksów, oraz jej dowcipnym, choć ptasim mężem): pierwsza powieść, czyli „Na ustach grzechu”.

Jakie to jest dobre! „Słońce zachodziło niespokojnie tego wieczora, śląc ostatnie spojrzenie swych promieni na stary bór litewski, który tonął cały w odblaskach mgły złocistej, sinej, wciągając w siebie jej bezmiar tęsknoty wprost dziewiczej. Cisza była, tylko gdzieniegdzie, jak echo dnia, który gdzieś uleciał (w powietrze niebytu) odzywały się jeszcze szmery pokrzykujących pastuchów i pędzonego na majdany bydła. Wtem zapłakał na gościńcu tętent bułana, który przemienił się wkrótce w wał kurzu. Spoza niego wykwitła niebawem młoda kobieta, uganiająca en carriére wraz z wierzchowcem błękitnej krwi arabskiej. Siedziała wygodnie, jak w krześle, giętkie, młode piersi usunąwszy ku tyłowi”. I tak przez 140 stron: ostatnie dwa rozdziały, opisujące małżeńskie pożycie hrabiostwa Chłapskich odrobinę tracą tempo, ale przedtem co chwila jaśnieje, opalizuje wręcz zdanie-perła: „Wokół czerniał las, który otaczał ich, wedle wyrażenia starego Hrechora, niczym pierścień z onyksu”. Wszyscy, którym nie udało się odzobaczyć „Trędowatej”, których trawił gniew po lekturze „Płomieni” Brzozowskiego, czytając to, czuli się pomszczeni.

Mit klejnotu urodzenia trwa więc w najlepsze: królowie energetyki i autostrad, jak przed wiekiem, wydają córki za dziedziców arystokratycznego nazwiska, w wypożyczalniach kostiumów na kontusz z pluszu trzeba zapisywać się w karnawale na trzy tygodnie naprzód

Bo też z dworem polskim, a właściwie z Dworem Polskim, mamy, zdaje się, pewien kłopot. Te szczytne 10 procent „narodu szlacheckiego” w całej populacji Rzeczypospolitej (choć, po prawdzie, tak wysoki odsetek zdarzał się głównie wśród gołoty podlaskiej i mazowieckiej) najwyraźniej nie wystarcza: żywa jest wiara w to, że klejnot urodzenia, niczym lek homeopatyczny, działa nawet w radykalnym rozrzedzeniu i za szlachcica chce się mieć bez mała każdy. Głód ten żywy był już w pozbawionej formalnie tytułów arystokratycznych I RP, gdzie jeśli czegoś było więcej niż urodzonych, to nomenklatury: jak już ktoś dochrapał się bodaj funkcji podsędka, to syn był podsędkowic. W PRL największe pieniądze robiono na przekuwaniu pozyskanej na lewo stali narzędziowej na karabele do powieszenia nad tapczanem, a o tym, jak wśród towarzyszy epoki Gomułki ceniono herbowe sygneciki („Wpierw szarże były wielkim szykiem/ lecz dziś z nich każdy — pułkownikiem/ przejadł się także im doktorat/ więc na tytuły przyszła pora” — napisał był już Szpot).

A i w III RP nie lepiej. Najpierw gorąca była potrzeba odrobienia przemilczanych cierpień czasu wojny, wejścia Sowietów, „nacjonalizacji” roku 1945, upokorzeń czasu PRL. W tej sytuacji kilka tekstów i książek dyskutujących mit „panszlacheckości” współczesnych Polaków i doskonałości I Rzeczypospolitej wydawało się napisanych z taką dozą złej woli, że utrudniało to rozmowę; wyjątkiem była może wybitna, ubiegłoroczna monografia „Totem inteligencki: Arystokracja, szlachta i ziemiaństwo w polskiej przestrzeni społecznej” Rafała Smoczyńskiego i Tomasza Zaryckiego, która jednak nie została wystarczająco przegadana. Mit klejnotu urodzenia trwa więc w najlepsze: królowie energetyki i autostrad, jak przed wiekiem, wydają córki za dziedziców arystokratycznego nazwiska, w wypożyczalniach kostiumów na kontusz z pluszu trzeba zapisywać się w karnawale  na trzy tygodnie naprzód, a w Skierniewicach, gdzie snadź żywa jest jeszcze pamięć zjazdów trzech cesarzy 15 września 1884 r., w kawiarni na rynku za kawę mrożoną „de lux” trzeba zapłacić o dwa złote drożej niż za „lux” (jak wykazało dziennikarskie śledztwo, o wartości tytułu przesądza w tym przypadku nie, jak chcieli by złośliwcy, czysta szklanka, lecz dodatkowa łyżeczka cynamonu).

Wiedząc to wszystko, nie powinienem się pewnie dziwić, biorąc do ręki pięknie wydaną przez Arcana powieść „Nad Zbruczem”; a jednak.

Otrzymaliśmy opis dworu, w którym matka jest czuła, ojciec zaś szorstki, ale przecież też kochający, zaś dziedzic – przekorny, chmurny, hrabia Henryk nieledwie, ale – uwaga, spoiler alert! – nawróci się on, o, nawróci. Są wilcy w zimie i zbiory obfite, złote, i mądry rabin, i brodaty sklepikarz

Temat jest wielki: nigdzie chyba na Kresach nie płonęło tyle, co na ich flance południowo-wschodniej, już od czasów podjazdów tatarskich, rebelii kozackich i koliszczyzny. Nigdzie może I wojna i rewolucja bolszewicka nie były takim szokiem, jak na żyznej ziemi podolskiej; a chociaż powieść traktuje właśnie o tych latach, kładzie się przecież na nią cieniem pamięć 17 września, nieograniczonej bynajmniej do Wołynia „rzezi wołyńskiej”, sowieckich wywózek. I literatura polska mierzyła się z tym doświadczeniem: od „Pieśni o spustoszeniu Podola” naszego praojca Jana po „Konia na wzgórzu” Eugeniusza Małaczewskiego i „Zasypie wszystko, zawieje” Włodzimierza Odojewskiego. To z tych dzieł największych, po za nimi sunie po ziemi rozszlochany tren zapisków, od „Pożogi” Kossak-Szczuckiej po „Burzę od Wschodu” Marii Dunin-Kozickiej. „Niczego mi, proszę pana/ tak nie żal, jak porcelany”.

Niezłe zadanie: opisać ten dramat na nowo, z doświadczeniami polskiej prozy powojennych siedemdziesięciu lat: od Buczkowskiego po Białoszewskiego, od Krzysztonia po Rudzką. Znaleźć nowy język dla starego bólu. Tymczasem „Nad Zbruczem” zalecana jest na blurbowym skrzydełku jako „akt przywracania wielkości”, którą literatura polska utraciła, jak się dowiadujemy, wraz z odejściem Sienkiewicza, Reymonta i Orzeszkowej.

Czyli – uraduje się czytelnik – dostaliśmy do rąk fanfik „Trylogii”? Bodaj tam. Dostaliśmy zbiór klisz, wobec którego bledną zasoby największych muzeów dagerotypii. Otrzymaliśmy opis dworu, w którym matka jest czuła, ojciec zaś szorstki, ale przecież też kochający, zaś dziedzic – przekorny, chmurny, hrabia Henryk nieledwie, ale – uwaga, spoiler alert! – nawróci się on, o, nawróci. Są wilcy w zimie i zbiory obfite, złote, i mądry rabin, i brodaty sklepikarz. Konie w galopie są piękne – jak Baśka, co miała fajny biust? – nie, bardziej. Ale biust też jest, a mianowicie biust Fraśki, dziewki rusińskiej, hojnej a hożej. Bo też lud ruski figuruje w tle obficie: dziecinny, lecz wdzięczny, gdy jeno objąć go rodzicielską troską, choć i tak, jak się w finale okaże, małoduszny i ulegający złym podszeptom, jakże mu zawierzyć? I kacapi są, tępi i okrutni, i siwa maciejówka.

Tyle znajomych wzruszeń, które chciałoby się przeżyć raz jeszcze, gdyby nie były tak doskonale przewidywalne i opisane z tak nieznośnym namaszczeniem, kadencjami, które wahają się między podniosłością zdań Apokalipsy Janowej a nieporadnością małej Nel (a więc są inspiracje sienkiewiczowskie!). „I tylko chłód w sercu Konstantego i obojętność. A w wielkich oczach białego ogiera strach i ból”. Albo „Tak odszedł ze starym dziedzicem wiek dziewiętnasty, choć rok czternasty był już nowego stulecia”.

I kiedy już ogarnie nas prawdziwy żal, że kilka prapolskich dębów musiało jednak pójść na druk „Nad Zbruczem”, że powieść, opisującą polską przeszłość w tonie innym niż prześmiewczy pisać najwyraźniej można jedynie w gorsecie ze spiżu, przychodzi olśnienie, a w ślad za nim ulga: Sprawa jest prosta, Arcana postanowiły uczcić „Na ustach grzechu”, wydając ich sequel! No tak, nikt nie napisałby przecież podobnej powieści na serio.