Kanał konstytucyjny

Aktualności,

Andrzej Duda chce mieć swoje referendum. W przyszłym roku mielibyśmy głosować nad zmianą konstytucji. Nie wiadomo, jakie byłyby pytania, czy ogólnie odpowiadalibyśmy, czy chcemy nowej ustawy zasadniczej, czy dostalibyśmy do ręki kwestionariusz z, dajmy na to, 30 pytaniami szczegółowymi. Właściwie to nic nie wiemy, oprócz tego, że jakieś głosowanie ma się odbyć w przyszłym roku.

Znów jesteśmy wpuszczani w kanał. Cała sytuacja przywodzi na myśl skojarzenia z referendum, jakie wymyślił na chybcika Bronisław Komorowski w 2015 roku, tuż po tym, gdy przegrał I turę wyborów prezydenckich. Już na pierwszy rzut oka widać było, że pytania – o wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych, finansowanie partii politycznych z budżetu państwa i rozstrzyganie wątpliwości na korzyść podatnika – mają służyć przejęciu części wyborców, którzy w I turze zagłosowali na Pawła Kukiza. I tylko temu, bowiem to referendum można było potraktować wyłącznie jako wyjątkowo drogi sondaż opinii, gdyż żadna z odpowiedzi nie oznaczałaby wcielenia w życie jakichkolwiek rozwiązań. Nie mówiąc o tym, że np. pytanie o JOW-y w momencie, gdy wedle obowiązującej konstytucji nasze wybory są proporcjonalne, jest sprzeczne z ustawą zasadniczą.

W świetle obecnych przepisów to referendum w ogóle nie ma sensu

Czy tym razem chodzi znów o Kukiza, który konsekwentnie od dawna mówi o tym, że konstytucję z 1997 roku należy napisać od nowa? To chyba przypadkowa koincydencja, bo w najbliższym czasie nie czekają nas żadne wybory. Być może chodzi o sprawienie wrażenia, jakoby Andrzej Duda wychodził z własną istotną inicjatywą. Może wreszcie o to, by istniejące już podziały polityczne mogły rozgrywać się w nowym anturażu (zwolennicy starej konstytucji vs zwolennicy zmiany). Wskazują na to jego słowa wypowiedziane w rozmowie z TVP, iż ustawy zasadniczej bronią „ci, którzy ją stworzyli”, a także „ci, którym ona, także w wyniku orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego, gwarantuje dzisiaj pewne status quo, pewną pozycję społeczną. Więc z jednej strony pozycję, z drugiej przynależność do jakiejś elity, w pewnym sensie jakąś nietykalność”.

Takie postawienie sprawy rodzi ciekawą kwestię. Widać jasno, że zdaniem prezydenta przeciwko zmianie ustawy zasadniczej są dotychczasowe, uprzywilejowane elity. Czy do tej przebrzydłej elity z automatu należy także każdy, kto protestuje lub będzie potencjalnie protestował przeciwko łamaniu zapisów konstytucji – to pytanie pozostaje otwarte.

W świetle obecnych przepisów to referendum w ogóle nie ma sensu. W Polsce nie zmienia się Konstytucji w drodze referendum, taka ewentualność istnieje (ale nie jest konieczna!) tylko, jeśli poprawki mają dotyczyć rozdziału I („Rzeczpospolita”), II („Wolności, Prawa i Obowiązki Człowieka i Obywatela”) lub XII („Zmiana Konstytucji”). Co do zasady zmiany wymagają działania Prezydenta, Sejmu i Senatu, ale nie obywateli poprzez referendum. Jeśli założymy legalistyczne podejście Dudy do tematu, to cała reszta to mydlenie oczu.

Cała sytuacja przywodzi na myśl skojarzenia z referendum, jakie wymyślił na chybcika Bronisław Komorowski w 2015 roku

Można jednak tę propozycję traktować jako otwarcie dyskusji o tym, czy i jak należy reformować nasz system polityczny. Tak zresztą widzi to Duda mówiąc, że zmiany winny być konsultowane z obywatelami. W tym nie ma nic złego. Wręcz przeciwnie, sam uważam, że nasza konstytucja wymaga w wielu miejscach zmian, być może nawet napisania jej na nowo. Prezydent zaproponował przeprowadzenie referendum w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja, ta zaś zakładała, że co 25 lat ma się odbywać sejm konstytucyjny, mający na celu wprowadzanie do niej poprawek. Tyle tylko, że aby taka ogólnonarodowa debata nie zamieniła się w bezładną paplaninę, warto na początku postawić jakąś tezę pozytywną. Tego Duda nie robi, jedynie wskazując na złe rozwiązania dotyczące np. kompetencji różnych władz.

Żeby to miało ręce i nogi, prezydent powinien więc przedstawić konkretne propozycje. Choć prawdę mówiąc wolałbym, by zamiast proponować na przykład rozszerzenie swoich prerogatyw zaczął korzystać z tych, które już posiada. Czego dotychczas nie robi, odgrywając rolę partyjnego notariusza. W czym także bierze przykład ze swojego poprzednika.