Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Kadet Biegler oskrzydla „Niezwyciężonych”

Wszystkie strzałki biegły w tym samym kierunku, co zawsze: gloryfikowanie przemocy, „nic nie wspomina się o ofiarach cywilnych”: jakże tak, opowiadać o Polsce na świetlanie i bez pedagogiki wstydu?!

Nikt nie może mi zarzucić, że nie wiem, co to wykluczenie społeczne: nie dość, że kompletnie nie interesuję się piłką nożną, to w dodatku niespecjalnie lubię „Paragraf 22”. Już ten pierwszy handicap jest wystarczająco ciężkim brzemieniem: nie umiejąc skomentować żadnego podania czy decyzji sędziego, nigdy nie odniosę prawdziwego sukcesu towarzyskiego ani zawodowego. Niemal się już z tym pogodziłem. A jeszcze nie lubić „Paragrafu 22”, niewyczerpanego źródła grepsów?!

No dobrze, trochę lubię: uwielbiam zwischenrufy Hellera („– Czy Popinjay to wasze prawdziwe nazwisko? Coś mi się tu nie podoba. Cóż to za nazwisko, u diabła? – To nazwisko Popinjaya, panie pułkowniku – wyjaśnił usłużnie porucznik Scheisskopf”), rozumiem rozpacz Yossariana, lęki Yossariana, ba, kochliwość Yossariana. Nie bardzo jednak lubię wszechobecną w książce (za wyjątkiem może ostatnich pięciu mrocznych rozdziałów) bekę z wojny, a osobliwie z US Army: i dlatego, że wyobrażam sobie, jak to koledzy Yossariana z 256. eskadry polatywali nad Pianosą dokładnie w tym czasie, gdy wstrzymano loty z pomocą dla Powstania, i dlatego, że „Paragraf” najgoręcej wielbią ci, którzy lubią przy każdej okazji zwalczać złych Jankesów, a przede wszystkim dlatego, że jakkolwiek by nie kadrować obrazu, wojna śmieszną sprawą jednak nie jest: jest czasem słuszna, zawsze okrutna.

Przyznawszy się do tej słabości, natychmiast dodam coś jeszcze (kto powiedział, że tylko red. Wielowieyska ma prawo do niekonsekwencji?): wielbię „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Tak, tak, wiem, że również ta niedokończona tetralogia jest w gruncie rzeczy głęboko humanistyczną refleksją nad koszmarem wojny, w dodatku pisaną niemal na łożu śmierci, i tylko prostak może traktować ją jak kopalnię anegdot. Ale ja wielbię „Przygody…” i jako tetralogię, i jako zbiór anegdot. A wśród ich bohaterów – szczególnie kadeta Bieglera. A wśród dokonań kadeta Bieglera – szczególnie stworzone przezeń w zeszyciku szkolnym „Schematy wielkich i sławnych bitew, stoczonych przez wojska austro-węgierskie”.

Nie jest jasne, dlaczego wstrząśnięte elity uznały, że – dalej będą już tylko cytaty, żeby nie było, że manipuluję – „jest to film opowiadający teoretycznie historię Polski ostatnich kilkudziesięciu lat”, podczas gdy mamy do czynienia z czterominutowym klipem dla dwunastolatków (metrykalnych lub mentalnych), nakręconym zgodnie z ich estetyką i służącym nie tyle nawet zakorzenieniu, co zasianiu kilku najbardziej rudymentarnych skojarzeń związanych z Polską po roku 1939

Pamiętają Państwo, jak opisał to Hašek? „Od bitwy pod Nördlingen z 6 września r. 1634 (…) aż po bitwę pod Trutnovem 27 czerwca 1866 – wszystkie schemaciki były jednakowe. W każdym z nich kadet Biegler narysował pewną ilość kwadracików, przy czym po jednej stronie były puste, po drugiej posiatkowane. Posiatkowane ukazywały, gdzie się ma rzekomo znajdować nieprzyjaciel. Po obu stronach było lewe skrzydło, centrum i prawe skrzydło. Następnie w tyle stały rezerwy i strzałki zwrócone tu i tam. Bitwa pod Nördlingen, tak samo jak zdobywanie Sarajewa, podobna była do rozstawienia graczy footballowych na jakimkolwiek boisku, przy czym strzałki mogły bardzo dobrze oznaczać kierunek kopniętej piłki”.

Ja cały czas trochę czytam o historii, ale głównie niewojennej, i rzadko mam okazję widywać podobne schematy. Dlatego tak się ucieszyłem, kiedy w reakcji na filmik „Niezwyciężeni”, wrzucony do sieci przez IPN, w tak zwanym środowisku warszawskim (przynajmniej tej jego szlachetnej cząstce, której przemyślenia mam okazję śledzić w prasie, radiu i – jak to się elegancko mówi – mediach społecznościowych) podniósł się – jak napisałby Sienkiewicz – narastający szum, wrzawa, wreszcie huk.

Bo to było jak strzałki kadeta Bieglera, naprawdę. Było centrum, prawe skrzydło i lewe skrzydło – i wszystkie skierowane były tak, jak zwykle. Po pierwsze – że filmik triumfalistyczny, i taki krzykliwy. Po drugie – że to gloryfikacja walki zbrojnej, no i przemocy: jakże tak? A po trzecie, chociaż i po pierwsze – że tam w ogóle nie było kobiet! „Nie rozumiem jak można było z moich podatków i z podatków wielu milionów innych kobiet nakręcić film «Niezwyciężeni»” – zatchnęła się pewna publicystka tak, że aż połknęła przecinek.

Na pewno widzieli Państwo ten film, miał już podobno jakieś sześć bilionów odsłon, z czego dwanaście trylionów – jak podają media narodowe – w Australii, więc wiadomo, o czym mówimy. Kobiet rzeczywiście zabrakło choćby w obrazie wywózek na Sybir, obrazowanie całości jest subtelne jak rysunek na rajstopach ze sklepu z odzieżą patriotyczną, a prostota opowieści – uderzająca nie tylko dla wielbicieli „Pamiętnika znalezionego w Saragossie”, lecz i publicystyki Waldemara Łysiaka. Jasne.

Nie jest natomiast jasne, dlaczego wstrząśnięte elity uznały, że – dalej będą już tylko cytaty, żeby nie było, że manipuluję – „jest to film opowiadający teoretycznie historię Polski ostatnich kilkudziesięciu lat”, podczas gdy mamy do czynienia z czterominutowym klipem dla dwunastolatków (metrykalnych lub mentalnych), nakręconym zgodnie z ich estetyką i służącym nie tyle nawet zakorzenieniu, co zasianiu kilku najbardziej rudymentarnych skojarzeń związanych z Polską po roku 1939.

Poeta Jacek Dehnel dostał takiego wzmożenia, że zaproponował wzbogacenie filmu (rozpoczynającego się, przypomnijmy, 1 września 1939 roku) o postaci Wandy Krahelskiej i Zofii Owczarkówny, zamachowczyń na jenerała Skałona w roku 1906

Trudno powiedzieć, czemu zapowietrzona z powodu adrenalinowego prymitywizmu „Niezwyciężonych” dama podsumowała to dzieło słowami: „To gówniana animacja, zrobiona przez jakichś kolesi od gównianych gier komputerowych”. Zastanawiać musi fakt, że jednocześnie postulowano „dopisanie” do scenariusza kolejnych kobiet – sanitariuszek, łączniczek, „nawet Inki”, tacy łaskawi! – i negowano sens tworzenia klipu jako takiego.

Wszystkie strzałki biegły w tym samym kierunku, co zawsze: gloryfikowanie przemocy, „nic nie wspomina się o ofiarach cywilnych”, jakże tak, opowiadać o Polsce na świetlanie i bez pedagogiki wstydu?! No i jeszcze te parytety. Chociaż, muszę przyznać, przy okazji parytetów pojawił się jeden oryginalny myk taktyczny, niczym (przeoczone przez Bieglera) kontrnatarcie Ferdynanda III Habsburga pod Nördlingen. Otóż jedna z moich polemistek zadeklarowała: „Naprawdę trudno mnie oskarżyć o mizoandrię”. Mocna rzecz!

Ale potem znów się rozkręcili, zaczęli na wyprzódki wymieniać nazwiska kobiet, które koniecznie powinny się pojawić, żeby ta „gówniana animacja” stała się wartościową produkcją, nie zauważając, że w klipie nie pojawia się, jako taka, żadna „konkretna postać historyczna” (w dwóch kadrach można domyślić się Ireny Sendlerowej i, z dużą dozą niepewności, Witolda Pileckiego). Wymieniali, wymieniali, aż poeta Jacek Dehnel dostał takiego wzmożenia, że zaproponował wzbogacenie filmu (rozpoczynającego się, przypomnijmy, 1 września 1939 roku) o postaci Wandy Krahelskiej i Zofii Owczarkówny, zamachowczyń na jenerała Skałona w roku 1906.

Tak to żołnierze naszej przesławnej warszawskiej brygady politycznej poprawności znów osiągnęli zwycięstwo.

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Do stycznia 2017 r. redaktor magazynu „Plus Minus”. Lubi sielanki.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz