Kac po Krymie

Aktualności,

Świecka wiara w pokojowy kres dziejów zderzyła się z realną historią. Umiera złudna wizja polityki uprawianej w naszym regionie bez użycia siły militarnej.

Wydarzenia na Ukrainie i Krymie pokazały, że gorszący dla wielu „atawizm historii” oparty na groźbie użycia realnej siły zbrojnej nie jest jedynie lekcją z podręcznika, którą nie trzeba się już kłopotać. Rosyjskie działania na Krymie, czyli użycie siły dla aneksji znacznego terytorium i próba legitymizacji tego postępowania za pomocą referendum, położyły kres mrzonkom ludzi wierzących w demoliberalne mity pokojowego rozwoju i współistnienia państw.

Pobudka z postmodernistycznej drzemki

Z wielu przyczyn Rosja nie jest i nie chce być jednym z wielu europejskich państw. Ma własną tożsamość, w której sposobem na uzyskanie korzyści definiowanych przez siebie bez oglądania się na innych jest także prowadzenie wojen. Ten niewykorzeniony imperializm, od stuleci właściwy dla tego kraju, stanowi swoiste memento również dla zwolenników historiozoficznego optymizmu. Rosja staje w poprzek naiwnej wiary, że w naszych czasach najistotniejsze konflikty dotyczą już jedynie spraw kulturowych, obyczajowych, tematyki wolnościowej/emancypacyjnej czy redystrybucji dóbr i uczestnictwa poszczególnych klas w kapitalistycznej konsumpcji.

Rosyjskie wojska na Krymie to bolesny przykład uzmysławiający, że groźba konfliktu zbrojnego, militarna aneksja, wreszcie perspektywa wojny to wciąż realność, przed którą nie zabezpieczają dyplomacja, handel, międzynarodowe struktury zachodnioeuropejskie ani wirtualny świat nowej kultury masowej. Wraca pytanie o sens państwa narodowego, jego tożsamość, funkcje, kwestie obronności i metody reagowania na potencjalne zagrożenia. Tym bardziej że także w Polsce mamy sporą grupę obywateli, którzy sądzą, że „wieczny pokój” czy może „święty spokój” świata, w którym stoją multipleksy, po ulicach jeżdżą zachodnie auta, a młodzi używają iPhonów, żeby płacić rachunki założone w międzynarodowych bankach, jest nową stałą dziejową i geopolityczną, a nie kruchym „tu i teraz”.

Dobre dwa lata temu Tomasz Michniewicz, dziennikarz i fotograf, w rozmowie z TOK FM wypowiedział słowa bardzo znamienne dla piewców historiozofii optymizmu: „Dla mojego pokolenia ojczyzna to Facebook. To ludzie, których znamy na całym świecie, z którymi podróżujemy, pracujemy. Ojczyzna rozumiana jako konglomerat pewnych narodowych funkcji to czas zaprzeszły. Dla nas większym spoiwem jest Euro [2012 – przyp. red.], to, że pokazaliśmy się nie jako zapijaczeni złodzieje samochodów w Niemczech, ale nowoczesne, otwarte społeczeństwo, które wita Irlandczyków śpiewem w Poznaniu”.

Powiedziano tu niemal wszystko, co trzeba, by zrozumieć, na czym polega historiozoficzny optymizm jako świecka wiara w pokojowy kres dziejów. To miękkie tożsamości, zanurzone w wirtualnej przestrzeni Internetu, sposób komunikacji i współuczestnictwa w rzeczywistości oparty na rozrywce, rozbudowanej sieci globalnych kontaktów, dającej wrażenie bezkonfliktowości świata. Wreszcie to odrzucenie „ojczyzny jako konglomeratu narodowych funkcji”, jako kolejnego historycznego atawizmu, z którym uporała się ponowoczesność, czego nie chcą zrozumieć „zaściankowi” Polacy. Do tego dochodzi, rzecz jasna, sympatyczna wizja polskości na poły ludycznej, koniecznie „nowoczesnej”, dla której szczytem patriotyzmu jest sportowy spektakl. Tu złośliwie można zauważyć, że igrzyska i zbrojna przemoc wcale się ze sobą nie kłócą…

Lekcja realnej polityki

A skoro pan Michniewicz tak bardzo cieszy się wirtualnym światem portali społecznościowych, to warto, by on i ludzie podzielający jego opinie zrozumieli choćby to, że nie tylko kapitał ma swoje ojczyzny. Także serwery. Także źródła energii, które nie tylko wirtualności dają możność funkcjonowania. Bo cały ten piękny, bezkonfliktowy z pozoru świat, który „za ojczyznę ma Facebook”, zajmuje zwykle konkretne miejsca dobrze osadzone w fizycznej przestrzeni, których strzegą granice. A tych granic wciąż bronią systemy militarne. Im kraj nowocześniejszy, tym efektywniejsze.

Ponowoczesności kultury Zachodu, choć wielu woli tego nie widzieć, wciąż strzegą tak bardzo wyśmiewane w Polsce przez co bardziej oświecone środowiska „atawistyczne” systemy bezpieczeństwa i siły zbrojne. A jeśli ten tekst czytają także ludzie związani z lewicą, wyznający przy tym kult historiozoficznego optymizmu i kpiący z tak staroświeckich narzędzi zabezpieczania własnej suwerenności jak sprawna armia, powinni zapytać siebie, jak wyglądają kwestie zbrojeniowe i militarne choćby w Szwecji czy Norwegii.

Cały ten piękny, bezkonfliktowy z pozoru świat, który „za ojczyznę ma Facebook”, zajmuje zwykle konkretne miejsca dobrze osadzone w fizycznej przestrzeni, których strzegą granice

Ale w tej historiozoficznej nadziei na świat bez staroświeckich konfliktów pobrzmiewają również stare, znajome echa. To paradoks, z którego chyba nie zdają sobie sprawy miłośnicy „nowoczesności bez patriotycznych zobowiązań”. Brzmi tu przecież także stary refren: „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. To dziwaczna nadzieja, w gruncie rzeczy też dość staroświecka, na poły inteligencka, na poły drobnomieszczańska, że ten nasz skrawek świata, na mocy jakichś bliżej nieokreślonych praw (czyli zwykłego chciejstwa), miałby już na dobre cieszyć się pokojem.

Konflikty rozstrzygane militarnie są gdzie indziej, daleko i bez bezpośrednich konsekwencji dla nas. A my tu już na zawsze będziemy się cieszyć nowym, może nie tak wspaniałym, jak by się chciało, światem, w którym najważniejsze walki mogą się toczyć co najwyżej między „kosmopolitami” a „faszystami”, między liberałami a socjalistami, między prawicą a lewicą, między katolikami a zwolennikami „świeckiego państwa”. A tu nagle: Rosja anektuje Krym, co grozi eskalacją staroświeckiego konfliktu właściwie już u naszych rubieży.

Teoretycznie powinno to dać do myślenia także ludziom, których „ojczyzną jest Facebook”, ideowym i bezideowym piewcom historiozofii optymizmu. Ale czy potrafią wyciągnąć wnioski z tej lekcji? Dopiero się przekonamy. Być może poczują się oszukani przez historię. A przecież oszukiwali jedynie samych siebie i innych, biorąc moment względnego spokoju w naszym regionie za nowy, dziejowy aksjomat.

Tak przy okazji: być może to bolesne rozstanie z iluzjami wyjaśnia również histerię wielu polityków rządzącej partii, na czele z premierem Tuskiem, gdy rozpoczęły się krymskie wydarzenia. W końcu latami zajmowali się przekonywaniem Polaków, że Rosja to kraj przewidywalny i daleki od użycia siły w naszych okolicach, a tylko z winy opozycji nie możemy osiągnąć z nimi dobrosąsiedzkich stosunków. A tu taki psikus. Chcieli końca historii, dostali lekcję historii klasycznej, z tym, co stanowi jej treść: bezkarność silnych wobec słabych, poczucie zagrożenia tych, którzy muszą wisieć u klamki silniejszych, by poczuć się bezpieczniej.

Rusofilizm wiąż żywy

A do tego oglądamy dziś serwilizm wobec Rosji w wykonaniu części naszych rodaków, tak uroczo nawiązujący do „najlepszych” tradycji rusofili, którzy pod płaszczykiem „realnej polityki” służyli po prostu cudzym interesom: od prawa do lewa. Z tym że „partia rosyjska”, by użyć określenia jeszcze sprzed rozbiorów, nie należy oczywiście do piewców „końca historii”. O nie, w ich przypadku czuć zwykle nieskrywaną fascynację wielkoruskim szowinizmem i/lub rosyjskim (neo)imperializmem.

Mogą wyśmiewać się z „polskich fobii” albo straszyć „ukraińskim nacjonalizmem”, albo udawać, że na Krymie nie stało się nic złego, ale zawsze znajdą usprawiedliwienie dla przejawów rosyjskiej siły i bezkarności. Byli esbecy, spędzający czas na kortach tenisowych, lewicowcy z pokolenia 30+, konserwatywni piewcy katechona Putina, rusofile z niszowych, heterogenicznych środowisk idei i polityki: zawsze pochylą czoła przed rosyjską siłą, choć inaczej będą ujmować jej przyczyny i skutki.

A jaki z tego wniosek ogólny? Wciąż potrzebujemy efektywnego państwa narodowego i „ojczyzny jako konglomeratu narodowych funkcji”. Państwa narodowe, w tym nasze, wciąż są realnymi bytami geopolitycznymi, wraz ze wszystkimi konfliktami ideowymi, jakie generują, także tymi, które niepokoją np. lewicę kulturową. Ale to jednak stabilne, zabezpieczone we własnych granicach państwa narodowe zapewniają konieczną ochronę swoim obywatelom. Wspólnoty/państwa narodowe potrzebują pewnej elementarnej troski o własną tożsamość, zabezpieczanej również militarnie, co zwykle irytuje „kosmopolitów”, tak czułych na punkcie możliwych restrykcji wynikających z tego faktu. Ale pod rosyjskim butem mogliby szybko się przekonać, że nie mają prawa nawet do tych swobód, które dziś uznają za tak niewystarczające.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 12 (24)/2014, 20–26 MARCA, CENA: 0 ZŁ