Kup prenumeratę i czytaj NK

Jest, jaka jest. Ale jest

Aktualności,

Nie będziemy prawdziwą Rzeczypospolitą, dopóki będziemy delegitymizowali jej Konstytucję. Pomimo że jest niedoskonała i wymaga zmiany

Wysłanie wszystkim pełnoletnim obywatelom w 1997 roku egzemplarza ledwo co uchwalonej przez Zgromadzenie Narodowe Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej przy pewnej dozie dobrej woli można traktować jako wyraz prostolinijności Aleksandra Kwaśniewskiego. Nie zdobył się już na nią w 2003 roku przed referendum w sprawie wejście do UE, nikt z nas nie dostał traktatu akcesyjnego wraz z załącznikami (trzeba by go chyba wieźć ciężarówkami, miał bowiem ponad 5 tys. stron). Bo i po co, Polakom miało wystarczyć za argument na rzecz głosowania w referendum „na tak” przekonanie, że „wracamy do Europy” i będzie tylko lepiej.

Ale w 1997 roku przed plebiscytem każdy mógł się zapoznać z uchwalonym dokumentem. Znam osoby, które 20 lat temu otrzymany od prezydenta egzemplarz Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej wrzucały do skrzynek na zwroty z dopiskiem, „konstytucja Kwaśniewskiego”. Bez czytania, szły później głosować w referendum przeciwko nowej ustawie zasadniczej. Ale były na pewno i takie, które się z nim zmierzyły, i takie, którym wystarczała świadomość, że preambułę napisał Tadeusz Mazowiecki, by być „za”.

Mam w domu egzemplarz, który 20 lat temu trafił do skrzynki pocztowej moich rodziców. W 20. rocznicę przeczytałem moim dzieciom list od Aleksandra Kwaśniewskiego umieszczony na początku konstytucji.

To, że mamy dziś „Konstytucję Kwaśniewskiego” a nie „Wałęsy” jest w dużej mierze efektem indolencji polskiej centroprawicy, która swoją szansę na ukształtowanie dzisiejszego systemu konstytucyjnego straciła na własne życzenie

„Nie ma doskonałych ludzi, ani doskonałych praw – najszlachetniejsze intencje prawodawców weryfikuje samo życie i jego zmieniające się warunki” – pisał ówczesny prezydent. Delikatnie powiedziane. Po 20 latach od uchwalenia widać wyraźnie, jak bardzo „niedoskonała” jest nasza ustawa zasadnicza. Nachodzące na siebie kompetencje prezydenta i premiera zwłaszcza w warunkach kohabitacji prowadzą do nieustannych sporów w kwestiach tak newralgicznych jak polityka zagraniczna czy obronność. Połączenie mandatu pochodzącego z wyborów powszechnych z niewielką liczbą twardych uprawnień z kolejnych „głów państwa” czynią notariuszy własnych partii politycznych. Przegadanie widoczne choćby w przypadku szerokiego katalogu praw ekonomicznych, socjalnych i kulturalnych łatwo czyni z nich listę pobożnych życzeń, które łatwo zignorować. Można wymieniać kolejne wady, które należałoby usunąć.

A jednak, powtarzając za Jarosławem Kaczyńskim, największą (a niechby i jedyną) zaletą tej Konstytucji jest to, że została uchwalona. I to ją w pełni legitymizuje jako pierwszą od czasów konstytucji marcowej, która nie została nam narzucona. Oczywiście można mówić, że petryfikuje stare układy, że została uchwalona przez postkomunistyczno-udecką większość, której duża część prawicy odmawiała wówczas prawa do istnienia. Tylko że to jest puste gadanie. Prace nad Konstytucją trwały od 1992 roku i nikt szeroko rozumianemu obozowi postsolidarnościowemu nie kazał się kłócić (pułkownik Lesiak co najwyżej w tym pomagał), uchwalać ordynacji wyborczej, która dała w 1993 roku SLD i PSL gigantyczną przewagę, czy dzielić się na małe i jeszcze mniejsze ugrupowanka, które solidarnie nie przekroczyły progu wyborczego. To, że mamy dziś „Konstytucję Kwaśniewskiego” a nie „Wałęsy” jest w dużej mierze efektem indolencji polskiej centroprawicy, która szansę na ukształtowanie dzisiejszego systemu konstytucyjnego straciła na własne życzenie.

Czytając list od Kwaśniewskiego uśmiechałem się do siebie w duchu, bo przecież napisał go polityk, którego zawsze kontestowałem jako przebrzydłego postkomunistę. Prezydenta, który blokował kolejne ważne reformy, stał za postkomunistycznym układem, kompromitował nas w Charkowie, a na deser tuż przed zakończeniem urzędowania ułaskawił własnych kumpli skazanych za udział w aferze starachowickiej. Nie zmienia to faktu, iż z perspektywy czasu dla dobra wspólnoty politycznej należy w nim widzieć, na równi z Lechem Wałęsą czy Lechem Kaczyńskim, jednego z kolejnych prezydentów wolnej i niepodległej Polski. Nie będziemy prawdziwą Rzeczypospolitą, dopóki będziemy się nawzajem (dziś w narracji antykomunistycznej prawicy postkomunistów zastąpiła Platforma Obywatelska – ale i opozycja totalna ma tu wiele za uszami) delegitymizować, podobnie jak delegitymizuje się często samą konstytucję.

Bo nawet – co do tego jestem przekonany – jeśli ustawa zasadnicza wymaga zmian, może nawet uchwalenia nowej, to obowiązuje i będzie pewnie długo jeszcze obowiązywała. Nie ma bowiem wystarczającej większości potrzebnej do jej zmiany. Uznanie tego faktu jest wyrazem politycznej dojrzałości.