Jak Pokolenie Y leczy Polskę

Młodzi lekarze nie chcą pracować ponad miarę, by mieć co włożyć do garnka. Zmiany w etosie pracy lekarzy przyniosą wiele ważnych dla naszego zdrowia konsekwencji

Przyszli lekarze już na studiach uczą się, że sposobność do zabawy mieli w liceum. Po studiach czasu tylko ubywa, zaczyna się zdobywanie specjalizacji i praca. Wtedy dowiadują się, że 8-godzinny dzień pracy w tym zawodzie praktycznie nie istnieje. Jak więc poświęcać się rodzinie, zainteresowaniom, gdy większość życia mija w pracy? Kodeks Etyki Lekarskiej odpowiada: „powołaniem lekarza jest ochrona życia i zdrowia ludzkiego, zapobieganie chorobom, leczenie chorych oraz niesienie ulgi w cierpieniu”. Czy jednak stoi to w sprzeczności z innymi rolami, jakie pełni lekarz po wyjściu z pracy? W obecnym stanie systemu ochrony zdrowia w Polsce – tak.

Nowe pokolenie nie chce tego zaakceptować. Najważniejszą grupą, do której się porównują i którą chcą naśladować są oczywiście starsi koledzy – lekarze specjaliści, dobrze sytuowani, posiadający prywatne praktyki. Z drugiej jednak strony często porównują się do rówieśników zza zachodniej granicy, którzy robiąc specjalizację już żyją tak, jak ich starsi koledzy w Polsce. Z tą jednak różnicą, że koledzy z Polski osiągają wysoki status poprzez pracę znacznie wykraczającą ponad jeden etat, gdy ci za granicą żyją na tym samym poziomie dzięki jednej pracy. Zderzenie sposobu funkcjonowania tych dwóch grup wywołać musi dysonans poznawczy, a jego skutkiem jest często decyzja o emigracji. Nie ma w tym oczywiście niczego wyjątkowego – każdy chciałby zarabiać więcej, pracując mniej, i w większości zawodów emigracja to umożliwia. Jednak ciężka praca ponad siły wpisana jest w szczególny sposób w etos pracy lekarza i to nie tylko w Polsce. Jej symbolem są 24-godzinne dyżury, które odbywają pracujący w szpitalach lekarze, właściwie przez całą swoją praktykę. Z czasem do dyżurów dołączyły prywatne praktyki oraz praca w prywatnych ośrodkach, gdzie w potocznym postrzeganiu biegnie lekarz po odpracowaniu 8 godzin w publicznym szpitalu.

Zmiana pokoleniowa

Wiele jednak wskazuje na to, że młodzi lekarze nie chcą tak żyć. Istotnym punktem w tych rozważaniach jest fakt, że mimo wszystko pieniądze nie są jedynym źródłem problemu, choć go napędzają. „Nie chodzi o kasę, nie bezpośrednio; w Polsce pracując jak osioł można zarobić bardzo dużo” – mówi lekarz z Warszawy tuż przed uzyskaniem specjalizacji. Poza pieniędzmi podnoszone się głównie złe warunki pracy młodych lekarzy, słaba jakość kształcenia specjalizacyjnego oraz brak wyraźnej perspektywy normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. „Nie pamiętam, kiedy się wyspałem, piję kilka kaw dziennie, nie mam czasu na własne hobby, nie mogę zaplanować nawet wyjazdu wakacyjnego” – mówi lekarz z Radomia na pierwszym roku specjalizacji. A po specjalizacji ma być tylko trudniej – „Jak już przyjmujesz prywatnie, to po dyżurze zamiast schodzić do domu idziesz do gabinetu. Zaczynasz o 7:30 w szpitalu i jak przed 20:00 jesteś w domu, to dziwnie się czujesz; jedyne do czego pozostaje trochę siły i motywacji to kurs języka obcego. Kiedyś się zarzekałem, że nie wyjadę, ale teraz już bardzo poważnie to rozważam” – tłumaczy.

Według danych z 2015 roku na 1000 mieszkańców Polski przypada 2,2 lekarza, średnia wynosi 3,3. I choć wydaje się, że ograniczona podaż lekarzy doprowadzi do wzrostu ich zarobków i wydłużenia długości ich pracy, to jednak na drodze ekonomii mogą stanąć silne wartości i potrzeby nowego pokolenia

W odpowiedzi na to starsi lekarze zwykle wzruszają ramionami mówiąc, że tak wygląda praca lekarza. Tylko że młodzi chcą to zmienić, a w swoich wyborach kierują się innymi wartościami. Problem ten w istocie jest wynikiem szerszego pokoleniowego myślenia, opartego również o wzory, które przyszły z bogatszych krajów, buntu przeciwko zastanej sytuacji oraz edukacji (pisałem na ten temat na łamach NK). Szczególnie że ważnym punktem w wypowiedziach lekarzy jest rodzina – „Mi marzy się sytuacja, żeby zarabiać w jednym miejscu, a nie wyskakiwać z jednej pracy i lecieć do drugiej i trzeciej. To skutecznie eliminuje możliwość posiadania rodziny” – mówi mi jeden z młodych lekarzy. Inna rezydentka podczas spotkania z parlamentarzystami stwierdziła, że „albo nie jesteśmy w stanie mieć rodziny, bo nie możemy jej utrzymać, albo nigdy tej rodziny nie widujemy”.

Pokolenie Y w kitlu

Dla wielu jednak oczekiwania młodych lekarzy mogą wydać się sprzeczne, bo czy można zarabiać więcej i mniej pracować? To zależy. Dochody specjalistów są relatywnie wysokie. Według danych Diagnozy Społecznej z 2015 roku lekarz zarabia średnio 5,5 tys. zł na rękę. Według GUS (dane z 2014 roku) około 50 proc. zarabia w przedziale 3 900 – 7 800 zł brutto. Zaś 30 proc. zarabia powyżej 7 800 zł brutto. Znam wielu młodych lekarzy specjalistów, którzy po prostu nie biorą dyżurów w szpitalach i nie dzielą swojej pracy między kilka kontraktów oraz prywatną praktykę. Po ośmiu godzinach pracy wracają do domu i spędzają czas z rodziną czy nad swoim hobby. Zarabiają mniej niż ich starsi koledzy, ale mają kontrolę nad własnym czasem, co jest istotną wartością dla tzw. Pokolenia Y (czyli urodzonych po 1984 roku), o którym pisze w polskim kontekście m.in. Witold Wrzesień w artykule „Czy pokoleniowość nam się nie przydarzy? Kilka uwag o współczesnej polskiej młodzieży”, opublikowanym w „Nauce” w 2007 roku. Najliczniejsza zbiorowość pokoleniowa od czasu Baby Boomers (urodzeni po II Wojnie Światowej) ma zdaniem socjologów znaczny wpływ na społeczeństwo, kulturę, a co za tym idzie, także na gospodarkę. W efekcie jesteśmy świadkami pokoleniowej zmiany, która przeistacza też etos pracy lekarza, zdominowany do dzisiaj przez tytaniczną pracę w kilku szpitalach i przychodniach oraz niekończące się dyżury. Bo, choć o to samo walczyli związkowcy od wielu lat, to na realizację tego postulatu, ze względu na rozwój gospodarki i sektora prywatnego w ochronie zdrowia, mają szansę dopiero wchodzący dziś na rynek. Jakie są istotne cechy tego pokolenia, które mają wpływ także na opisywaną zmianę etosu? Jak pisze Wrzesień, najważniejsze wydają się dwie. Po pierwsze przedstawiciele tego pokolenia są skrajnie niezależni, zarówno z powodu socjalizacji pierwotnej (wskazuje się tu m.in. powszechność rozwodów w ich rodzinach), jak i technologicznej rewolucji. Druga, i chyba ważniejsza nawet cecha, to sposób, w jaki byli wychowywani przez nadopiekuńczych rodziców, którzy żywo angażowali się w życie i rozwój swoich dzieci. Nic dziwnego, że przedstawiciele młodego pokolenia, czyli także wchodzący na rynek pracy młodzi lekarze, chcą poświęcić wiele czasu swoim rodzinom, będąc w tym dążeniu szczególnie asertywnymi i niechętnie patrząc na dyżury czy poświęcanie wolnego czasu na dodatkową pracę.

Rezydenci na marginesie

Na takie podejście nie mogą sobie pozwolić jednak mniej majętni lekarze. Według GUS ok. 20 proc. z nich zarabia mniej niż 3900 zł brutto. Wielu rezydentów zarabia ok. 2200 zł „na rękę”, co jest, biorąc pod uwagę ich kwalifikacje, sumą niską. Dlatego często czekają z założeniem rodziny i muszą imać się wielu zajęć równocześnie, w tym samym czasie dalej się kształcąc. Ich starsi koledzy, mający za sobą lata zaangażowania w ruch związkowy podkreślają, że też zawsze walczyli o godziwe warunki pracy oraz o możliwość pełnego kształcenia na specjalizacji. Nakłaniają też młodych do czynnej walki o swoje prawa. A jak reagują na te rady młodzi? Wydają się niechętni do strajku, co pokazała niedawna akcja Porozumienia Rezydentów (czyli lekarzy robiących specjalizację, wynagradzanych ze środków budżetowych), którzy zamiast odejść od łóżek za cel postawili sobie uświadomienie parlamentarzystów o swojej trudnej sytuacji w akcji „Adoptuj posła” (dodać trzeba, że mimo dużego sukcesu medialnego, jak przyznali Rezydenci, akcja nie przyniosła oczekiwanych efektów). Częściej albo czekają cierpliwie na skończenie specjalizacji, albo wyjeżdżają za granicę.

Lekarz pracujący na jednym etacie lub kontrakcie ma więcej czasu na uczenie się nowych rzeczy, jest też bardziej wypoczęty, może więc skupić się na swojej pracy i na relacji z pacjentem

To z kolei przekłada się na spadającą liczbę leczących nas lekarzy. Jednak negatywne skutki opisywanej pokoleniowej zmiany mogą być większe niż odpływ lekarzy z kraju. Teoretycznie w jej efekcie przeciętny lekarz będzie pracował mniej, a kolejki do specjalistów tylko się wydłużą. Problem ten nie jest jednak brany pod uwagę w szacunkach dotyczących ilości lekarzy niezbędnych do leczenia w Polsce. A współczynnik ten i tak jest dziś znacznie niższy niż wynosi średnia OECD: według danych z 2015 roku na 1000 mieszkańców Polski przypada 2,2 lekarza, średnia zaś wynosi 3,3 (raport OECD „Health at a Glance 2015”). I choć wydaje się, że ograniczona podaż lekarzy doprowadzi do wzrostu ich zarobków i wydłużenia długości ich pracy, to jednak na drodze ekonomii mogą stanąć silne wartości i potrzeby nowego pokolenia.

Mniej ale lepiej?

Nie ma jednak powodu, by podchodzić do lekarzy jak do niewolników, traktujących kodeks etyki zawodowej jako plan życiowy. Tym bardziej, że zmiana w podejściu do swojego zawodu niesie ze sobą pozytywne implikacje. Lekarz pracujący na jednym etacie lub kontrakcie ma więcej czasu na uczenie się nowych rzeczy, jest też bardziej wypoczęty, może więc skupić się na swojej pracy i na relacji z pacjentem. A ta też ewoluuje systematycznie w kierunku medycyny zorientowanej na pacjenta i relacji opartej na wspólnym naradzaniu się lekarza i pacjenta. Jest to jest wynikiem m.in. zmian w procesie kształcenia, w którym wiele uwagi poświęca się problemom komunikacji i badaniom potwierdzającym znacznie większą skuteczność leczenia w sytuacji, gdy relacja lekarz-pacjent oparta jest na wzajemnym zaufaniu i aktywnym dialogu (więcej na ten temat m.in. w: Susan Dorr Goold, Mack Lipkin, The Doctor–Patient Relationship. Challenges, Opportunities, and Strategies, „Journal of General Internal Medicine”, 14, 1999). Dzięki temu pacjenci rzadziej korzystają z pomocy specjalistów, są zdrowsi, a w konsekwencji kolejki się skracają. Rośnie też jakość życia personelu medycznego, w której istotnym wskaźnikiem jest rodzina. To wszystko możliwe jest jednak pod warunkiem, że Polska przestanie być liderem w najniższych wydatkach na służbę zdrowia w Europie: nad Wisłą wydajemy poniżej 7 proc. przy średniej OECD na poziomie 9,3 proc. PKB (a w Niemczech ponad 11 proc.).

„Jak już przyjmujesz prywatnie, to po dyżurze, zamiast schodzić do domu, idziesz do gabinetu. Zaczynasz o 7:30 w szpitalu i jak przed 20:00 jesteś w domu, to dziwnie się czujesz. Jedyne, do czego pozostaje trochę siły i motywacji to kurs języka obcego. Kiedyś się zarzekałem, że nie wyjadę, ale teraz już bardzo poważnie to rozważam”

Prostego rozwiązania opisanych problemów nie ma. Analizując stan polskiej służby zdrowia zawsze dochodzimy do miejsca, w którym urzęduje minister finansów. Ale poprawiające się warunki pracy personelu medycznego i perspektywy rozwoju też mają duże znaczenie, chociażby dla decyzji o emigracji lekarzy i pielęgniarek. Podniesienia wydatków na zdrowie nie da się jednak uniknąć. Wydaje się też nieunikniony wzrost wydatków indywidualnych pacjentów na prywatną służbę zdrowia. Rozwiązaniem problemu kolejek już teraz jest dla wielu osób w Polsce wykupienie dodatkowej, prywatnej polisy zdrowotnej. Jeśli jednak to zjawisko się pogłębi, to pod znakiem zapytania stanie sens istnienia publicznej opieki zdrowotnej. Czy jej zakres zostanie ograniczony z czasem do medycyny interwencyjnej i onkologii? Na pewno nie w tym kierunku chce iść obecna władza, rozszerzająca zakres publicznej służby zdrowia. Ma to jednak sens jedynie wtedy, gdy kolejki zaczną się zmniejszać, warunki leczenia będą się poprawiać, a wraz z nimi jakość pracy i życia lekarzy oraz innych pracowników personelu medycznego. To ostatnie jest o tyle ważne, że spowoduje zatrzymanie odpływu wykształconych w Polsce specjalistów. Bo nawet ostatnie zwiększenie liczby studentów medycyny o 20 procent, choć w perspektywie kilku, kilkunastu lat przyniesie podniesienie wskaźnika lekarzy przypadających na tysiąc pacjentów, to tylko pod warunkiem, że lekarze ci zostaną w Polsce. A do tego potrzebne jest coś więcej, niż obietnica wysokich zarobków na kilku kontraktach.

Ekspert NK ds. zdrowia, adiunkt w Collegium Medicum UWM w Olsztynie, doktor socjologii, członek Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, wykładowca socjologii zdrowia i medycyny dla studentów kierunków medycznych. W swojej pracy naukowej podejmuje problemy socjologii klinicznej w tym jakości życia i funkcjonowania chorych na choroby neurodegeneracyjne, zachowań zdrowotnych i komunikacji. Autor publikacji m.in. na temat etiologii SLA, społecznego kontekstu wykorzystania embrionalnych komórek macierzystych, opieki farmaceutycznej.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Jak Pokolenie Y leczy Polskę”

  1. RB pisze:

    Dziękuję za tak mądry i rzeczowy artykuł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz