Newsletter

Jak pamiętają Ukraińcy?

Ukraińską opowieść o II wojnie światowej należałoby zmienić tak, aby ona stała się w większym stopniu opowieścią o cierpieniu zwykłych ludzi, a nie o bohaterstwie jakiejkolwiek formacji zbrojnej

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Ukraińską opowieść o II wojnie światowej należałoby zmienić tak, aby ona stała się w większym stopniu opowieścią o cierpieniu zwykłych ludzi, a nie o bohaterstwie jakiejkolwiek formacji zbrojnej

Rewolucja Majdanu wywróciła do góry nogami ukraińską politykę pamięci. Jak opisać zmiany, które zaszły od 2014 r.?

Oficjalna polityka pamięci stała się bardziej jednolita. Opisuje się ją zwykle metaforą dekomunizacji – chodzi tu o systematyczną zmianę nazw miast i wsi, a także o usunięcie pomników mających związki z ideologią i praktyką komunizmu. Pojęcie to nie ogranicza się do symboliki sowieckiej – przykładowo w moim rodzinnym mieście Dniepropietrowsk alei Karola Marksa, na którym się wychowałem, nadano imię ukraińskiego historyka Dmytra Jawornyckiego.

Dekomunizacja w myśli jej promotorów, o ile dobrze ją rozumiem, prowadzić ma do symbolicznego oddzielenia się Ukrainy od Rosji, pokazania, że ta pierwsza znajduje się już w odmiennej przestrzeni politycznej i kulturowej. O ile na poziomie usuwania pomników czy nazw ulic ta polityka działa, to sprawa staje się o wiele bardziej skomplikowana, kiedy przypomnimy sobie, że niemal cała ukraińska infrastruktura pochodzi z czasów sowieckich.

Wreszcie mamy do czynienia z nieznaną wcześniej centralizacją. Przed Majdanem kwestie związane z pamięcią regulowano na poziomie samorządowym, obecnie decyzje podejmuje Gabinet Ministrów, Rada Najwyższa czy Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej (dalej UIPN). Przykładowo Dniepropietrowsk otrzymał nową nazwę Dniepr pomimo sprzeciwu tamtejszej władzy samorządowej.

Na Ukrainie nie ma żadnej masowej „banderyzacji”

Oprócz centralizacji mamy też do czynienia ze zmianą akcentów w tej polityce – zwłaszcza w kwestiach, które bardzo interesują polskiego czytelnika. Chodzi mi o miejsce UPA i Stepana Bandery w ukraińskiej polityce pamięci. Niektórzy krytycy mówią nawet o jej „banderyzacji”. Z drugiej strony kierownicy UIPN podkreślają, że pomników Stepana Bandery jest niewiele.

Mit Bandery, zwłaszcza po Majdanie, bardzo silnie oderwał się od jego historycznej postaci. Z jednej strony mamy realnego Banderę, który był zarówno politycznym terrorystą odpowiedzialnym za zabójstwo ministra spraw wewnętrznych II Rzeczypospolitej Bronisława Pierackiego, jak i więźniem nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen zamordowanym po wojnie przez agenta KGB. Z drugiej strony mamy ahistoryczny mit Bandery jako niemalże największego bojownika o niepodległość Ukrainy. Pisałem o tym szerzej w artykule Bandera Mythology and the traps for Ukraine. Na język polski ten tekst został przetłumaczony, zresztą bez mojej zgody przez „Krytykę Polityczną”.

Dla obecnej ukraińskiej polityki pamięci kluczowa jest data 9 kwietnia 2015 r. Wówczas Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła przygotowane przez UIPN tzw. ustawy memorialne albo dekomunizacyjne. W jednej z nich upamiętniono „uczestników walki  o niepodległość Ukrainy w XX wieku”. Termin ten w szczególny sposób dotyczy żołnierzy UPA, ale obejmuje też szereg innych organizacji, poczynając od Ukraińskiej Armii Ludowej z lat 1917–1920, na ukraińskich ruchach dysydenckich z lat siedemdziesiątych kończąc. Trzeba też zauważyć, że status „bojowników o niepodległość Ukrainy” nie oznacza przyznania uprawnień kombatanckich. Mówimy tu o statusie symbolicznym bez absolutnie żadnych przywilejów materialnych, które posiadają np. żołnierze Armii Czerwonej. Tak więc rozwiązanie to nie zadowala również zwolenników UPA.

W sytuacji wojny, która ciągle trwa (o czym często się zapomina), jakakolwiek próba jego usunięcia musiałaby skutkować oskarżeniami o rosyjską agenturę wobec polityka, który by ją podjął. A proszę mi wierzyć, że nikt nie chce być „agentem Kremla”

Pomników i ulic Stepana Bandery znajdowało się na Ukrainie, zgodnie z danymi na koniec 2016 r., odpowiednio – 40 i 34. Niby niewiele, ale należy zwrócić uwagę na jeden szczegół. Do 2014 r. upamiętnienie UPA i Bandery ograniczało się do dwóch relatywnie niewielkich regionów – Galicji Wschodniej i w mniejszym stopniu do Wołynia. Tymczasem latem ubiegłego roku pojawił się prospekt Bandery w Kijowie. Podpis pod tą decyzją złożył mer miasta Witalij Kliczko. Tym samym komemoracja ruchu nacjonalistycznego po raz pierwszy w historii niepodległej Ukrainy przekroczyła Zbrucz. Zobaczymy, jak ta tendencja będzie się rozwijać w kolejnych latach. Póki co próby stworzenia prospektów Bandery w Charkowie i Dnieprze zakończyły się niepowodzeniem.

Mimo tych niepokojących tendencji trzeba mieć świadomość, że na Ukrainie nie ma żadnej masowej „banderyzacji”. Słowo to jest etykietką podobną do „faszyzacji”, o której tak często możemy usłyszeć w oficjalnych rosyjskich mediach.

Mówi Pan o podpisie mera Kliczki pod decyzją o przemianowaniu alei Moskiewskiej. Postać byłego boksera, następnie działacza centrowych ugrupowań nie budzi szczególnych skojarzeń z nacjonalizmem. Czy ukraińska klasa polityczna ma świadomość tego, w jaki sposób upamiętnienie postaci związanych z ukraińskim nacjonalizmem wpływa na postrzeganie Ukrainy poza jej granicami?

Przypuszczam, że czołowi politycy ukraińscy tacy jak mer Kliczko czy prezydent Poroszenko do dziś nie wiedzą, czym była rzeź wołyńska. Ich pozytywny stosunek do pamięci o Banderze wynika z następującego schematu – skoro jego postać jest krytykowana na Kremlu, to znaczy, że jest on odpowiednim symbolem dla niepodległej Ukrainy. Stanowi to pewnego rodzaju pułapkę, gdyż ludzie kierujący rosyjską propagandą chcą, aby Ukraińcy myśleli w ten sposób.

O ile w przypadku polityków możemy mówić o nieświadomości, to z zupełnie inną sytuacją mamy do czynienia w przypadku głównego architekta tej polityki kierownika UIPN Wołodymyra Wjatrowycza.

Wjatrowycz trafił do państwowej instytucji, którą jest UIPN, jako aktywista Majdanu. Jest wręcz modelowym przykładem historyka-aktywisty. Niby jest on historykiem, posiada wykształcenie w tej dziedzinie, ale w rzeczywistości jawi się jako aktywista polityki pamięci. Jest też figurą polityczną. Jego mianowanie było świadomą, polityczną decyzją podjętą przez partię Front Narodowy.

Popularna w Polsce teza o tym, że do pogorszenia stosunków doszło wyłącznie na skutek polityki  Wjatrowycza wobec UPA, jest bardzo naiwna

Ponieważ była to polityczna decyzja powiązana z Majdanem, jego ewentualne odwołanie jawi się jako dość problematyczne. Ukraińska polityka pamięci kierowana przez Wjatrowycza opiera się na symbolicznym oddzieleniu się od Rosji. W sytuacji wojny, która ciągle trwa (o czym często się zapomina), jakakolwiek próba jego usunięcia musiałaby skutkować oskarżeniami o rosyjską agenturę wobec polityka, który by ją podjął. A proszę mi wierzyć, że nikt nie chce być „agentem Kremla”.

Nie jest tajemnicą, że Ukraina ciągle jest podzielona w kwestii swojego stosunku do przeszłości. W uproszczeniu ten podział opisywała metafora „Dwóch Ukrain” stosowana przez Mykołę Riabczuka – Ukrainy narodowej i Ukrainy posowieckiej. Po Majdanie te podziały uległy częściowemu zatarciu, ale ciągle istnieją. Czy wobec tego obecna polityka pamięci Ukrainy w znacznym stopniu odwołująca się do zachodnioukraińskich symboli ma szansę?

Prowadzone obecnie badania socjologiczne pokazują, że znaczna część społeczeństwa ukraińskiego (około 30 proc.) w ogóle nie interesuje się kwestią dekomunizacji, a reszta bynajmniej nie ma wobec niej jednoznacznego stosunku. Obecna polityka jest świadomą decyzją części elit politycznych, a nie wyrazem woli społeczeństwa. W rzeczywistości wojny i ostrego kryzysu ekonomicznego ludzi nie interesuje ani Bandera, ani marszałek Żukow, ani zbrodnia wołyńska.

Jeżeli mówimy o szansach ukraińskiej polityki pamięci, to zmiana świadomości historycznej starszego pokolenia, które chodziło do szkoły jeszcze w czasach sowieckich, jest mało prawdopodobna. W przypadku młodzieży uczącej się według nowych programów nauczania jest to bardziej realne. Ale trzeba pamiętać, że podręcznik i program nauczania to nie wszystko. Świadomość historyczną młodego pokolenia kształtują też gry komputerowe czy rosyjskie seriale, które mimo ograniczeń za pośrednictwem internetu ciągle trafiają na Ukrainę. Osobiście nie wierzę, aby ukraińskie społeczeństwo udało się zjednoczyć wokół nowej mitologii historycznej. Po prostu dlatego, że jej architekci dysponują zbyt skromnymi środkami.

Wyżej mówił Pan o ustawach memorialnych, spośród których jedna była poświęcona „walczącym o niepodległość Ukrainy”. Dokument ten oprócz wewnątrzukraińskiego ma też ukraińsko-polski kontekst. Ustawę przyjęto kilka godzin po przemówieniu prezydenta Bronisława Komorowskiego w Radzie Najwyższej. W ustawie znalazło się też kilka kontrowersyjnych sformułowań z postulatem odpowiedzialności karnej względem osób, które prezentują „lekceważący” stosunek względem członków wymienionych organizacji, także cudzoziemców. W Polsce ten dokument wywołał burzę. Czy można powiedzieć, że był on zapalnikiem, który zdetonował polsko-ukraiński konflikt pamięci?

Ustawy te były bardzo niedoskonałe nie tylko pod względem historycznym, ale również w aspekcie prawnym. Taki stan wynikał m.in. z faktu, iż przyjęto je bez dyskusji – po prostu przegłosowano zaproponowany projekt. Te ustawy były krytykowane przez prawników, obrońców praw człowieka, organizacje międzynarodowe. Prezydent Poroszenko obiecał zmienić te ustawy i póki co tego nie zrobił. Równie krytycznie oceniam fakt ich przegłosowania w dzień wizyty Komorowskiego, ale nie zgadzam się z popularnym w Polsce poglądem, jakoby była to z góry zaplanowana akcja – ukraińskim politykom zwyczajnie zabrakło wyobraźni, jak będzie przyjęte to w Polsce.

Można spotkać się z fanatycznymi zwolennikami Bandery, którzy w ogóle nie mówią po ukraińsku. Z drugiej strony znam osoby ukraińskojęzyczne będące wiernymi Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego i odnoszące się do postaci Bandery jednoznacznie krytycznie. Jedni i drudzy nie wpisują się w polskie stereotypy o Ukrainie

Popularna w Polsce teza o tym, że do pogorszenia stosunków doszło wyłącznie na skutek polityki  Wjatrowycza wobec UPA, jest bardzo naiwna. To, co się zmieniło w ciągu ostatnich dwóch lat w Polsce w stosunku do Ukrainy, posiada swój wewnątrzpolski polityczny i kulturowy sens.

Czyli „zapalnika”, który zaostrzył wzajemne stosunki należałoby szukać w Polsce? W dyskusjach prowadzonych w ostatnich latach wskazywano na rolę przyjętych w lipcu 2016 r. uchwał, które określały zbrodnię wołyńską mianem ludobójstwa. Wiele kontrowersji wywołał też film “Wołyń. Czołowy lwowski intelektualista Taras Wozniak w rozmowie ze mną na łamach „Nowej Europy Wschodniej” porównywał nawet reżysera do tworzącej w służbie Hitlera Leni Riefenstahl. 

Uchwały przyjęte przez Sejm i Senat RP były w pełni zrozumiałe w kontekście sytuacji w Polsce. Jeżeli chodzi o “Wołyń”, to wypowiedź Wozniaka jest niedorzeczna. Kiedy coś takiego mówią nasi czołowi intelektualiści, to nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. “Wołyń” uważam za raczej słaby film pod względem estetycznym i historycznym, choć Smarzowskiego jako reżysera ogromnie cenię. Podstawą dla filmu były wątpliwej jakości opowiadania Stanisława Srokowskiego, co poskutkowało szeregiem historycznych pomyłek, takich jak scena „święcenia kos i noży” w cerkwi greckokatolickiej. Ale moje rozczarowanie filmem ma przede wszystkim estetyczny charakter. Mając w pamięci „Różę” i „Drogówkę”, spodziewałem się kina o wyższym poziomie artystycznym.

Jeżeli chodzi o to, które wydarzenie doprowadziło do zaostrzenia, to moim zdaniem mamy do czynienia z procesem.  Przez lata temat Wołynia był ignorowany – zwłaszcza po ukraińskiej stronie. W Polsce niby pisało się o nim więcej, ale proszę zwrócić uwagę, że do dziś nie doczekaliśmy się np. mikrohistorii zbrodni wołyńskiej, gdzie analizowano by te wydarzenia z perspektywy pojedynczych miejscowości.  W 2013 r. dyskutowałem na ten temat w Warszawie z Adamem Danielem Rotfeldem i już wówczas panowało przekonanie, że lata zaniechań mogą doprowadzić do wybuchu. Tak też się stało. Katalizatorów było wiele. W pewnym stopniu była nim zmiana ukraińskiej polityki pamięci, w nieco mniejszym rezultat wyborów prezydenckich i parlamentarnych w Polsce w 2015 r. Na to wszystko nałożył się szerszy kontekst – strach przed nową wojną, kryzys Unii Europejskiej, problem migracji. Wiele krajów, w tym Polska, zaczęło powracać do ideału państwa narodowego. Zmiana polskiego stosunku do Ukrainy w znacznym stopniu wyniknęła z przemyśleń Polaków w kontekście wspomnianych procesów. Mimo tego wszystkiego w części środowisk panowało przekonanie, że w polsko-ukraińskim dialogu praktycznie wszystko jest załatwione. Było to naiwne, bo w przypadku dialogu zawsze mamy do czynienia z procesem.

Co w takim razie należałoby zmienić w formule polsko-ukraińskiego dialogu?

Powinno się go rozszerzyć i to z obu stron. Po stronie ukraińskiej należałoby w większym stopniu włączyć intelektualistów z Ukrainy centralnej, wschodniej i południowej. Kiedy kilkanaście lat temu przyjechałem na studia do Warszawy, to odniosłem wrażenie, że dla Polaków Ukraina kończy się gdzieś na granicy obwodu lwowskiego i stojących tam pomnikach Bandery. Znajdujący się na wschodniej Ukrainie Dniepropietrowsk, z którego pochodzę, jeżeli budził jakąkolwiek reakcję, to było nią niezrozumienie. Zmienia się to powoli, a wiedza o tym, co dzieje się w Charkowie czy Odessie, pozostaje niewielka.

Zmiana powinna dokonać się również po stronie polskiej. Myślę, że w kwestii stosunków z Ukrainą musi ona być reprezentowana przez ludzi o różnych poglądach – od konserwatystów po lewicę – a nie ograniczać się do wąskiego kręgu osób sympatyzujących z Ukrainą.

Gdybyśmy centrum naszej narracji uczynili kwestię losu człowieka w warunkach wojny, wówczas także historię zbrodni wołyńskiej byłoby łatwiej wkomponować w tę narrację – jako historię dziesiątek tysięcy cywilów, którzy padli ofiarą zaplanowanej akcji przemocy

Należałoby również wprowadzić nowe tematy. Przeciętny Polak ma spory problem ze zrozumieniem sytuacji językowej i religijnej na Ukrainie, gdzie faktycznie mówi się w dwóch językach i funkcjonują aż trzy kościoły prawosławne. Można spotkać się z fanatycznymi zwolennikami Bandery, którzy w ogóle nie mówią po ukraińsku. Z drugiej strony znam osoby ukraińskojęzyczne będące wiernymi Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego i odnoszące się do postaci Bandery jednoznacznie krytycznie. Jedni i drudzy nie wpisują się w polskie stereotypy o Ukrainie.

Hipotetycznie: co by się zmieniło w polityce pamięci Ukrainy, gdyby Andrij Portnow zastąpił Wołodymyra Wjatrowycza?

Nie przyjąłbym takiej propozycji.  Niemniej uważam, że w jakimś stopniu ten pluralizm odnośnie oceny historii, który pojawił się na Ukrainie po rozpadzie ZSRR, należy zachować. Państwo ukraińskie nie powinno w pełni rezygnować z opowieści o udziale Ukraińców w zwycięstwie nad nazizmem w szeregach Armii Czerwonej. Na szczęście, co widać choćby z przemówienia prezydenta Poroszenki w dniu 9 maja, nic takiego nie ma miejsca.

Po drugie należałoby zmienić narrację o wojnie tak, aby ona stała się w większym stopniu opowieścią o ludzkim cierpieniu, a nie o bohaterstwie UPA czy innej formacji zbrojnej. A tego cierpienia było mnóstwo; Ukrainę okupowały dwa reżimy totalitarne. Niemcy na jej terenie dokonali największych egzekucji na Żydach. Sowieci na masową skalę stosowali politykę przymusowych przesiedleń – wobec Tatarów Krymskich, Polaków i innych grup narodowościowych. Gdybyśmy centrum naszej narracji uczynili kwestię losu człowieka w warunkach wojny, wówczas także historię zbrodni wołyńskiej byłoby łatwiej wkomponować w tę narrację – jako historię dziesiątek tysięcy cywilów, którzy padli ofiarą zaplanowanej akcji przemocy.

A jakie konkretne działania Ukraina powinna podjąć w kwestii pamięci zbrodni wołyńskiej?

Tu są dwie kwestie. Pierwszą należało zrobić już dawno temu, mianowicie zainicjować ekshumacje ofiar na wielką skalę. Przede wszystkim dlatego, aby ofiary zbrodni wołyńskiej w końcu normalnie pochować. Po drugie należałoby powołać międzynarodową komisję złożoną z historyków, archeologów i prawników, która byłaby w stanie ocenić rezultaty tych ekshumacji.   Taka instytucja nie jest czymś nowym. Międzynarodowe komisje były powoływane do oceny wydarzeń w byłej Jugosławii, w Rwandzie. Istniały komisje poświęcone historii m.in. Holocaustu w Rumunii czy na Litwie. Te dwie kwestie można przeprowadzić bez większych problemów, a od razu przyniosłyby pozytywne rezultaty.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej