Gra w cztery-cztery-siedem

Koło ratunkowe w postaci ustawy anty-447, jakie rzucił PiS-owi ruch Kukiz’15, było całkiem sensowne. PiS jednak nie umiał (nie chciał?) go złapać i wykorzystać szansy

Eksperci rządu izraelskiego oszacowali niegdyś, że wartość mienia pożydowskiego, które jako bezspadkowe zostało przejęte po II wojnie światowej przez władze PRL, to około 30 miliardów dolarów. World Jewish Restitution Organization sugeruje, że skala roszczeń sięga nawet 300 miliardów. To kwota absurdalna, ale stanowiąca zapewne punkt wyjścia do negocjacji. W latach 90. XX wieku od banków szwajcarskich organizacje żydowskie żądały około 2 miliardów USD tytułem odzyskania depozytów ofiar Holokaustu, a uzyskały nieco ponad połowę tego.

Nie jest przypadkiem, że roszczenia organizacji żydowskich nagle wybuchły w czasie rządów ekipy, którą na arenie międzynarodowej wyjątkowo łatwo oskarżać o antysemityzm, faszyzm i wszelkie inne grzechy z tej półki

Czym grozi nam ustawa 447?

Absurdalne są również, na pozór, same roszczenia. Przejmowanie przez państwo (lub samorząd) mienia bezspadkowego po swoich obywatelach to normalna praktyka, sankcjonowana przez prawo cywilne bodaj wszystkich cywilizowanych krajów. Niewyobrażalne, przynajmniej z formalnego punktu widzenia, jest różnicowanie reguł zależnie od narodowości tych obywateli. Pomysł szczególnego uprzywilejowania w tym względzie akurat narodu żydowskiego, i przyznanie prawa do spadku organizacjom odwołującym się do etnosu lub religii, jest nie do obrony w żadnym postępowaniu sądowym. Ale nie jest przecież przypadkiem, że organizacje w rodzaju WJRO nie idą „po swoje” do sądów. Zwracają się do światowej opinii publicznej i do zależnych od jej emocji polityków, licząc, że ci, kierowani oczywistym interesem wyborczym, załatwią sprawę metodami pozaprawnymi.

Tak zwana „ustawa 447” (Justice for Uncompensated Survivors Today, JUST Act) zobowiązuje administrację wyłącznie do raportowania parlamentowi stanu realizacji żydowskich roszczeń w kilkudziesięciu krajach, w tym w Polsce. Dotyczy to zarówno wspomnianego mienia bezspadkowego (które miałoby posłużyć do wsparcia materialnego „znajdujących się w potrzebie ofiar Holokaustu i zapewnienia ciągłej edukacji o Holokauście, jego przyczynach i konsekwencjach”), jak i roszczeń rzeczywistych spadkobierców (słabością Polski jest w tym kontekście brak kompleksowego załatwienia sprawy reprywatyzacji). Teoretycznie owo „raportowanie” niczym nam więc nie grozi. Ale stwierdzenie to odnosi się jedynie do formalnoprawnej strony zagadnienia.

Jest rzeczą oczywistą, że krytyczny wobec danego kraju raport, ujawniony w Kongresie Stanów Zjednoczonych, będzie silnym narzędziem do pozaformalnych nacisków. W pierwszej kolejności do nacisku społeczności żydowskiej na rząd USA, a w drugiej prawdopodobnie do nacisku tegoż rządu na państwo-ofiarę.

Oczywiście można wyobrazić sobie sytuację, w której Waszyngton opiera się presji organizacji żydowskich i nie podejmuje faktycznych działań w ich interesie. Trudno jednak na takim optymizmie budować realną strategię. Mamy bowiem do czynienia z solidarnym działaniem bardzo dobrze zorganizowanej, wpływowej i bogatej diaspory żydowskiej oraz rządu państwa Izrael i jego wyspecjalizowanych instytucji; układ ten niejednokrotnie udowodnił swą skuteczność lobbingową. Dodatkowym jego atutem jest interes administracji Trumpa w zapewnieniu sobie nie tylko życzliwości amerykańskich Żydów w okresie wyborczym, ale też pełnej kooperacji izraelskiego wojska i (przede wszystkim!) służb specjalnych w obliczu możliwej konfrontacji z Iranem. Ponieważ nie mamy globalnego wywiadu wspierającego CIA, polska mniejszość w USA nie trzęsie Hollywood, imperiami medialnymi ani Wall Street, a Pentagon nie szykuje akurat wojny o białoruskie kartofle – to z punktu widzenia Waszyngtonu wybór pomiędzy interesem izraelskim a polskim jest prosty. I niekorzystny dla nas. Kto twierdzi inaczej, powinien albo wrócić do podstaw nauki o polityce, albo przynajmniej wyleczyć się ze skłonności do myślenia życzeniowego.

To oznacza, że musimy być gotowi na skonfrontowanie się nie tylko z żydowskimi, ale przede wszystkim amerykańskimi (nieformalnymi, rzecz jasna – co nie znaczy, że delikatnymi) naciskami na przynajmniej częściowe zaspokojenie wspomnianych roszczeń finansowych.

Motywacji można się domyślić: w zamian czołowi politycy będą mogli zrobić sobie nowe sweet-focie ze swymi amerykańskimi odpowiednikami. Może nawet przy okazji kolejnej obietnicy, że Fort Trump i zniesienie wiz są nad Potomakiem „poważnie rozważane”

Piwo, które pomogliśmy warzyć

Powiedzmy sobie przy tej okazji jasno – tego rodzaju naciski ze strony przeróżnych lobby, nie tylko tego żydowskiego, a także różnych państw za nimi stających, nie są we współczesnym świecie niczym rzadkim ani dziwnym. Nikt nie jest od nich całkiem bezpieczny, ale bezpieczniejsi są ci, którzy umieją sobie z wyzwaniem radzić. Za przykład niech posłuży choćby Francja, która swego czasu też objęła w posiadanie spory pakiet mienia po wymordowanych (i to przy czynnym udziale francuskich instytucji i służb!) obywateli narodowości żydowskiej, a mimo wszystko jakoś to nie ją WJRO bierze dziś na celownik. Z prostego powodu. Wie, że V Republika ze swym systemem prawnym, bardzo dobrymi służbami i mądrą dyplomacją byłaby bardzo twardym orzechem do zgryzienia, więc szkoda marnować na nią czas i środki.

Tymczasem Polska zasiada do wypicia piwa, które sama pomogła warzyć. Po pierwsze – przez lata nie załatwiając w sposób cywilizowany sprawy reprywatyzacji, co dodaje paliwa przeciwnikowi i pogarsza naszą sytuację w oczach faktycznych „sędziów” tego meczu, czyli amerykańskiej i światowej opinii publicznej. To wina wszystkich, bez wyjątku, rządów po 1989 roku. Po drugie – i to już kamyczek do ogródka Prawa i Sprawiedliwości – zrobiliśmy sobie przez ostatnie lata fatalną, negatywną promocję, między innymi przez zupełnie nieprzemyślany projekt nowelizacji ustawy o IPN autorstwa m.in. wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego, ale też przez dopuszczanie środowisk skrajnych do głównego nurtu polityki, traktowanie politycznych oszołomów jako poważnych uczestników uroczystości patriotycznych i religijnych, a także beneficjentów różnych państwowych programów. Za granicą przecież to dostrzegano (nie bez wydatnej pomocy z naszej strony, ale nie tylko). I nie jest przypadkiem, że roszczenia organizacji żydowskich, o których przez lata wspominano jedynie nieśmiało i bez przekonania na łamach niszowych portali, nagle wybuchły teraz bardzo serio – akurat w czasie rządów ekipy, którą na arenie międzynarodowej wyjątkowo łatwo oskarżać o antysemityzm, faszyzm i wszelkie inne grzechy z tej półki. Nieważne, w jakim stopniu słusznie – ważne, że skutecznie z punktu widzenia celu, jakim jest wymuszenie pieniędzy.

Na marginesie warto zauważyć, że wampir hodowany przez PiS w celach taktycznych, czyli skrajna prawica nacjonalistyczna, właśnie teraz skoczył swemu hodowcy i dobroczyńcy do gardła – taka mała ironia losu. I przy okazji, co widać gołym okiem, spory problem taktyczny dla partii rządzącej, bo licytacji na radykalizm wygrać nie jest w stanie, a rozbudzone wcześniej antyizraelskie (by nie rzec wprost: antysemickie) nastroje sporej części jej elektoratu mogą spowodować znaczny odpływ głosów na rzecz Konfederacji i Kukiz’15. Atak na ambasadora RP w Izraelu, pewnie przypadkowy, raczej sytuacji nie poprawia, wręcz przeciwnie – bo śrubuje oczekiwania radykalnej publiki co do stanowczej reakcji, których rząd nie może spełnić.

Koło ratunkowe Kukiza

Paradoksalnie, w ostatnich dniach to sejmowy klub K’15 rzucił ekipie PiS, być może niechcący, zupełnie sensowne koło ratunkowe – mianowicie projekt regulacji, nie tylko blokującej możliwość uznania w Polsce jakichkolwiek zewnętrznych roszczeń do mienia bezspadkowego, ale także penalizującej samo podejmowanie w tej sprawie negocjacji. Przy odpowiednio sprytnym rozegraniu, przyjęcie tej zgłoszonej spoza obozu rządowego ustawy (oczywiście przy taktycznej nieobecności części posłów PiS, wynikającej z „przyczyn losowych”) mogło być zupełnie niezłym alibi, by następnie odesłać wszystkich lobbystów w diabły. Z wyrażeniem szczerego żalu wobec amerykańskich przyjaciół, że niestety, ale mimo najszczerszych chęci, polskie władze mają w tej sprawie całkowicie związane ręce.

Zaaferowany wyborami do europarlamentu PiS nie umiał (nie chciał?) koła złapać i wykorzystać szansy, i pod mało przekonującym pretekstem nie dopuścił do procedowania projektu. To oznacza, że mamy do czynienia albo z absolutnymi amatorami, albo z cynikami, którzy już podjęli decyzję, że koniec końców dogadają się z WJRO i coś zapłacą. Mniej czy raczej więcej, wszystko jedno (bo nie ze swoich kieszeni przecież). Motywacji można się domyślić: w zamian czołowi politycy będą mogli zrobić sobie nowe sweet-focie ze swymi amerykańskimi odpowiednikami. Może nawet przy okazji kolejnej obietnicy, że Fort Trump i zniesienie wiz są nad Potomakiem „poważnie rozważane”. Oczywiście, ogłoszenie tej decyzji narodowi nie może nastąpić przed wyborami, ale akurat możliwie późną datę kapitulacji powinno dać się z Amerykanami łatwo wynegocjować. W końcu rząd PiS jest dla nich na tyle wygodnym klientem, że nie powinni chcieć wbić gwoździa w wieko jego trumny. A raport wynikający z ustawy 447 trafi do Kongresu, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, dopiero późną jesienią. Do tego czasu można prężyć muskuły. I na przykład (na to się wyraźnie zanosi) sugerować próby przerzucenia kosztów na Niemcy. Taktycznie, na użytek wewnętrzny, to nawet ma doraźny sens – resentyment antykrzyżacki jest wciąż w narodzie zaskakująco silny, słupki poparcia mogą wzrosnąć – ale właściwego problemu to nie rozwiąże. Jakich srogich min i póz by działacze PiS nie przybrali, to żadnych odszkodowań za wojnę już raczej z Berlina nie wyduszą, natomiast wzajemne relacje na wielu poziomach zdemolują przy tej okazji do reszty. Czyli jeszcze bardziej zdadzą kraj na amerykańską łaskę i niełaskę…

Nic nie służy tak dobrze prawdziwemu i korzystnemu sojuszowi Polski z amerykańskim mocarstwem, jak alternatywa. Czyli możliwość negocjowania warunków kooperacji, wsparta wiarygodną groźbą wykonania zwrotu w stronę innych, konkurencyjnych ośrodków

Szukajmy alternatyw

Brutalna prawda jest natomiast taka – bez zabezpieczenia natury formalnej, bezwzględnie wiążącego ręce każdemu naszemu decydentowi, nie jesteśmy w stanie wygrać starcia z sojuszem amerykańsko-izraelskim. To po jego stronie są sprawne instrumenty manipulowania międzynarodową opinią publiczną, narzucenie swojej narracji historycznej, plus korupcyjne czy wywiadowcze instrumenty bezpośredniego nacisku na decydentów i osoby wpływowe, plus wreszcie konkretna moneta przetargowa w postaci współpracy wojskowej i energetycznej. Choćbyśmy nawet bardzo chcieli, wysłali na zieloną trawkę rzesze partyjnych totumfackich zastępując ich fachowcami, i nagle rzucili się do nadrabiania wieloletnich zaległości w dziedzinie profesjonalnej dyplomacji, służb specjalnych i całej palety narzędzi „miękkiego” oddziaływania poprzez kulturę, naukę, edukację, biznes i organizacje promujące prawa człowieka, to przecież i tak nie stworzymy swojej hipotetycznej MaBeNy w miesiąc ani w rok. Acz, swoją drogą, warto byłoby to wszystko zrobić – na potem będzie jak znalazł.

Jednak nawet gdyby – to pozostaje jeszcze jeden problem, zasygnalizowany już wcześniej. Jak twardo i profesjonalnie byśmy nie grali, to chwilowo i tak jesteśmy na Amerykanów skazani, bo w takiej pozycji strategicznej sami się ustawiliśmy, poprzez szereg decyzji politycznych, wojskowych i gospodarczych. Nie da się mieć złej pozycji w Unii Europejskiej oraz marnych stosunków z Niemcami i Francją – i jednocześnie iść na zwarcie ze Stanami Zjednoczonymi. Przynajmniej, o ile nie zamierza się popaść w zdecydowanie mniej miłą zależność od Moskwy lub Pekinu. A optymistycznie zakładam, że Jarosław Kaczyński jednak nie chce pozostawić po sobie takiej politycznej spuścizny – pomimo, że w swym niedawnym przemówieniu pretensje kierował tylko na zachód i uparcie wymieniał tylko zagrożenia czyhające na nas z tamtej strony, pomijając te o wschodniej proweniencji.

Warto pamiętać, że nic nie służy tak dobrze prawdziwemu i korzystnemu sojuszowi Polski z amerykańskim mocarstwem (a szczerze takowemu wariantowi kibicuję), jak alternatywa. Czyli możliwość negocjowania warunków kooperacji, wsparta wiarygodną groźbą wykonania zwrotu w stronę innych, konkurencyjnych ośrodków. Bez tego jest się skazanym na układ kolonialno-kliencki, z wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami.

Tym razem, o ile w porę nie skorygujemy kursu, koszt strategicznych błędów i licznych zaniedbań może wynieść kilkanaście lub kilkadziesiąt miliardów dolarów (oby rozłożone na dogodne raty), plus upokorzenie. W przyszłości może okazać się jeszcze wyższy.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, wicedyrektor Instytutu Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, członek Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int, jeden z fundatorów i wiceprezes Fundacji Wiedza-Rozwój-Bezpieczeństwo. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu, public relations i wywiadu konkurencyjnego. Współpracował z Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, był członkiem Polar Task Force (zespołu doradczego ad hoc przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych). Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Zajmuje się problematyką ewolucji cywilizacji zachodniej i jej wpływem na bezpieczeństwo, wyzwaniami i zagrożeniami asymetrycznymi (w tym walką informacyjną, terroryzmem, przestępczością zorganizowaną i migracjami), a także funkcjonowaniem służb specjalnych i sektora prywatnego w sferze bezpieczeństwa. Jest autorem, redaktorem i współredaktorem kilkudziesięciu prac naukowych z tego zakresu, w tym monografii: „Polityka bezpieczeństwa na Starym Kontynencie” (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2010), „Asymetria i hybrydowość – stare armie wobec nowych konfliktów” (Wyd. Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Warszawa 2011) oraz „Sztuka polityki” (Wyd. Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, Kielce 2017). Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego (1992) oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej (1996); stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego (2005).

Komentarze

10 odpowiedzi na “Gra w cztery-cztery-siedem”

  1. o bosze pisze:

    Przecież przyjęcie takiej ustawy to nonsens i nakręcanie hucpy. Rząd nie mógłby się zasłaniać ustawą, którą de facto przyjął i w każdej chwili może zmienić. To kompletny nonsens. Gdyby to zrobił zostałby zmiażdżony.

    W takich sprawach – zajmuje się stanowisko. Koniec kropka. Unika się wyciągania tego na forum publiczne, żeby nie pozwolić na nakręcenie hucpy.

    Polska jest jedynym krajem z 46, które podpisały deklarację terezińską gdzie wybuchła taka histeria i nakręcana jest hucpa.

    Roszczenie co do mienia bezzspadkowego są prawnie bezpodstawne, a kierowane wobec Polski jeszcze moralnie niskie. Szwajcarskie banki nie trzymały depozytów szwajcarskich obywateli – szwajcarskich Żydów.

    Potencjalnie rozpatrzenie takich żądań możliwe jest dopiero w przypadku uzyskania od Niemiec globalnego odszkodowania za zniszczenia II WŚ, wtedy można przyjąć, że określony udział dotyczy Polaków żydowskiego pochodzenia.

  2. o bosze pisze:

    Swoją drogą jedni straszą ustawą 447, a drudzy polexit i sankcjami UE.

    Taktyka opozycji na polskiej scenie politycznej – strach, histeria, lęki, kompleksy. Ogólnie dom wariatów.

  3. maciek pisze:

    „Na marginesie warto zauważyć, że wampir hodowany przez PiS w celach taktycznych, czyli skrajna prawica nacjonalistyczna, właśnie teraz skoczył swemu hodowcy i dobroczyńcy do gardła – taka mała ironia losu.” większej bzdury dawno nie czytałem:) W jaki sposób niby PiS hodował tego Wampira ??? Że nie rozpędzano legalnego Marszu Niepodległości jak to bywało za rządów PO czy co, że nie pozamykano w więzieniach ludzi mających poglądy propolskie czy może marginalizując w mediach ludzi z obozu Konfederacji przy jednoczesnej promocji w publicznych mediach zboczeń i patologii, choćby poprzez seriale i pokazywanie Biedronia cały czas.

  4. Aleksander S pisze:

    Nie może być żadnej alternatywy w naszej polityce zagranicznej, nawet hipotetycznej, USA mogą obalić tu 3 rządy w ciągu roku, jeśli tylko zajdzie potrzeba. A to z racji, że polski kontrwywiad nie istnieje odkąd zlikwidowano WSI, polska administracja zza granic aż świeci prześwitami. Lokalna konkurencja parlamentarna dla posadek z chęcią przyobieca wykonanie ewentualnych zobowiązań. Wyobrażam sobie, że na takich zasadach do władzy doszedł PiS, a poprzednia ekipa została podsłuchana przy jadalnym stole.

  5. Realista pisze:

    Autor nadal postrzega stosunki międzynarodowe jako stosunki towarzyskie. „Napyskowaliśmy” to nas w Berlinie nie lubią. Nic podobnego. W Berlinie bardzo lubią ojro jakie u nas zarabiają.

  6. Anna pisze:

    Irytuje mnie założenie, że ochłodzenie na linii Berlin-Warszawa to wyłącznie polska wina. Twierdzenie, że w przypadku jakiegokolwiek sporu Polska-Kraj Zachodu to ten drugi absolutnie zawsze ma rację przyświeca tzw. polskim elitom od początków transformacji.

  7. Georealista pisze:

    Nie idzie o 300 mld dolarów. To środek, a nie cel. Środek do takiego osłabienia Polski, by łatwo dokonać wrogiego przejęcia pomostu bałtycko-czarnomorskiego. To też jest tylko cel roboczy – i środek do znacznie większego gambitu. Bo przejęcie naszego terytorium daje Wielkiemu Bratu dyktat warunków udziałowych w negocjacjach co do budowy z Kremlem i Berlinem nowego supermocarstwa od Lizbony do Władywostoku. Czyli supermocarstwa silniejszego i od USA i od Chin. Nietrudno spostrzec od 2008, że dotychczasowy żywiciel – czyli USA – systematycznie słabnie i jest nieperspektywiczny. Zaś Wielcy Bracia nie mają układów i perspektyw do żerowania na Chinach. Stąd racjonalna decyzja postawienia na nowego, trzeciego, silniejszego gracza – i bycia jego koniecznym założycielem. To geostrategia w czystej postaci – Polska zajmuje kluczowy bufor rozdzielający Moskwę od Berlina – który po wrogim przejęciu i usadowieniu strategicznych sił rakietowo-jądrowych przez Wielkiego Brata, po negocjacjach z Kremlem i Berlinem stanie się łącznikiem spinającym nowe supermocarstwo. Ze zbankrutowanym USA jako junior-partnerem [i UK na dokładkę] – na pasku nowego hegemona świata. Taka realizacja „Strategicznej Wizji” Brzezińskiego – tylko na odwrót. Akurat dla Wielkiego Brata – TAKA opcja jest DUŻO korzystniejsza. Zabawne, że to właśnie Rotschildowie Rockefellerowie Morganowie i Warburgowie dobiją USA przez dewaluację dolara – jednym ruchem przepinając aktywa do nowego supermocarstwa – aktywa już nowej waluty euroazjatyckiej ustanowionej przez ich Rezerwę Euroazjatycką – ale z zastawem realnym bogactw mineralnych, technologii, no i potencjału militarnego jako jej strażnika wymienialności. Te 300 mld dolarów i dorabiane do nich uspokajające opowieści, że to niby „tylko” zagrywka negocjacyjna, że niby Wielcy Bracia zadowolą się „tylko” kilkudziesięcioma miliardami – cóż: zasłona dymna i bajki dla naiwnych. Wielkiemu Bratu chodzi o wszystko – o całą pulę – o globalną długoterminową kontrolę. Nie mówiąc o tym, że tu nie idzie „tylko” o Polskę i Polaków – ale właśnie o rozgrywkę globalną z najwyższej półki. Jeszcze zabawniejsze, że w Waszyngtonie ludzie z Białego Domu sobie gratulują nawzajem, jak to ustanowią sprytnie [niby na straży interesów USA] zaufanego strażnika na styku Rimlandu i Heartlandu Eurazji – by nie dopuścić do powstania konkurencyjnego supermocarstwa, tymczasem właśnie tym ruchem dadzą swemu pieszczochowi nóż do wbicia w serce USA. Tak jak byli skrajnie naiwni wobec „resetu”z Moskwą od 17 IX 2009, tak niczego się nie nauczyli – i powtarzają identyczny błąd. Putin z Merkel zaczekali do 2011, aż USA rozwiążą II Flotę i wycofają ciężkie siły z Europy co do jednego Abramsa – wtedy zaczęli głosić „nową lepszą unię od Lizbony do Władywostoku”. Białemu Domowi zajęło 2 lata przejrzenie na oczy – zresztą z dużą pomocą…Chin…i….Polaków [bo nasi generałowie po naradach sztabowych w Quingdao i wg informacji z kontrolowanych przecieków – od 2012 co nieco tłumaczyli cierpliwie niezbyt lotnym kolegom amerykańskim, co się naprawdę montuje na linii Kreml-Berlin]. Tylko, że teraz nie będzie już taryfy ulgowej dla USA na „odkręcenie” błędu, jak mleczko się wyleje… Czy decydenci i służby w USA się połapią na czas? Raczej wątpię. Pomijając opiumowe wpływy lobby Wielkiego Brata w USA, przecież i bez tego sami Amerykanie chorują na klasyczną hegemoniczną przypadłość – na manię wielkości, która ich zaślepia i każe im przyjmować myślenie życzeniowe za rzeczywistość…jak zwykle pycha przed upadkiem stoi…

  8. Wojtek pisze:

    Bardzo mądry i inteligentny tekst. Nie da się porównać z niczym innym co czytałem o roszczeniach żydowskich.
    Dziękuję Panu. Czuję się mądrzejszy o to co przeczytałem. Szczerze!

  9. Georealista pisze:

    Chciałbym podkreślić – celem operacyjnym Wielkiego Brata nie jest „tylko” pomost bałtycko-karpacki [czyli Polska] ale pomost bałtycko-czarnomorski – czyli Polska plus Ukraina. Bo to w pełni ustanawia kontrolę Wielkiego Brata i dyktuje warunki do rozmów pod stołem z Kremlem i Berlinem. Rzecz jasna obecność Wielkiego Brata będzie utwierdzona przeniesieniem sporej części kompleksu rakietowo-jądrowego na teren pomostu. Całość okraszona z jednej strony jadowitą totalną propagandą, która już teraz z Polaków wprost robi „sprawców Holocaustu” i „nazistów” do „przykładnego, acz sprawiedliwego ukarania” – a z drugiej strony, nim pakt Berlin-Wielki Brat-Kreml się zblatuje – obecność tych sił strategicznych [ale także sporej części sił konwencjonalnych – zapewne z pomocą Wujka Sama] – do tego momentu będzie to przedstawiane i sprzedawane medialnie jako „nie mająca precedensu w historii szlachetna i bezinteresowna obrona” owych tak „nie zasługujących na tak łaskawe potraktowanie Polaków…i Ukraińców”. Kwestia odpowiednich zwrotów relatywnej mądrości etapu Wielkiego Brata.

  10. Arek pisze:

    Autor dobrze nakreślił sytuację, która jest znana w kręgu „skrajnej prawicy nacjonalistycznej” od lat. Śmiem twierdzić, że gdyby nie takie osoby jak p Michalkiewicz czy Braun to szanowny pan Autor właśnie wyciągałby rękę z nocnika i ulegał zdziwieniu.
    Co do, ustawy (zabezpieczenie formalno-prawne) to nie jestem niestety optymistą., Gdyny to było takie proste (względnie, ale jednak proste) to czySzwajcarzy by tego nie zrobili? Tak jak wcześniej sam Autor napisał (za I. Singerem chyba) chodzi o ciągłe wywieranie nacisku na petenta (tu Polskę) i załatwianie sprawy w kuluarach. Czy możemy mieć jakieś gwarancje że władze zawsze będą działać zgodnie z literą prawa? Patrz sprawa amerykańskich więzień CIA na Mazurach…
    Ogólnie tekst dobry, cieszę się że NK o tym mówi. Tylko silna presja społeczna może coś zmienić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz