Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Europa Środkowa jest częścią Zachodu

W świecie, w którym budzą się demony imperializmu rosyjskiego, chińskiego, tureckiego czy perskiego, ważne jest pielęgnowanie w Europie Środkowej wspólnego, zachodniego patriotyzmu

Czy istnieje coś takiego jak wspólna tożsamość środkowoeuropejska?

Europa Środkowa zaczęła się rozwijać jako podmiot kulturowo-polityczny na początku XIX wieku, a ściśle – po Kongresie Wiedeńskim. Jej rdzeniem stało się powstałe niedługo wcześniej Cesarstwo Austrii (później Austro-Węgry). Kształtowała się – krótko mówiąc – w uścisku między Austrią, Rosją i Imperium Osmańskim. Jej specyfika wynika z faktu, że państwo austro-węgierskie znajdowało się pomiędzy Zachodem a Wschodem, a jednocześnie dokonywało ekspansji na terytoria nieobjęte wpływami tradycji zachodniej (częściowo Galicja, ale także Bukowina, Bośnia i Hercegowina…).

Nie sposób krótko podsumować procesów, jakim podlegał ten obszar w XIX i XX wieku. Chciałbym jednak przypomnieć o wspólnym losie narodów Europy Środkowej, zjednoczonych i pochłoniętych przez imperium sowieckie po 1945 roku. Pojęcie „Europy Środkowej”, w takim znaczeniu, w jakim używał go Milan Kundera, nie oznacza, że kraje te tworzą jakąś wyjątkową i oryginalną wspólnotę kulturową czy cywilizacyjną. Przecież intelektualiści tych państw (bo przed 1989 rokiem nie mieliśmy prawdziwych polityków) starali się udowodnić, że choć byliśmy sowieckimi guberniami, to jednak, jeśli chodzi o tradycję, nie jesteśmy Wschodem, lecz wciąż Zachodem!  Miało to wpływ na narodową autorefleksję Europy Wschodniej, na przykład na Białorusi i Ukrainie – obecnie prawie nikt tam nie chce być „Europą Wschodnią”, bo samo to określenie nosi piętno orientalnego barbarzyństwa.

Na Białorusi i Ukrainie obecnie prawie nikt nie chce być „Europą Wschodnią”, bo samo to określenie nosi piętno orientalnego barbarzyństwa

Maciej Szymkiewicz w swoim tekście pisze: “Z tożsamością środkowoeuropejską jest jak z Bogiem u Voltaire’a. Nawet jeśli nie istnieje, powinna zostać wymyślona” – taka tożsamość pozwoli narodom Europy Środkowej na niezależność i podmiotowość. Czy zgadza się pan z tak postawioną tezą? 

Dla mnie osobiście esej Macieja Szymkiewicza jest mocno inspirujący i prowokujący, w dobrym tego słowa znaczeniu. Z drugiej strony nie podzielam jego zasadniczej tezy, a co więcej – proszę wybaczyć – uważam ją za potencjalnie niebezpieczną. Konstrukcja „Europy Środkowej” jako swoistego bytu pomiędzy Zachodem a Wschodem przypisuje nam rolę czegoś w rodzaju „trzeciej europejskiej alternatywy”. Tymczasem Europejczycy Środkowi – przez swoje doświadczenie historyczne i fundamenty kulturowe – od średniowiecza do dziś są częścią Zachodu. Z pewnością nie jesteśmy czymś pomiędzy Zachodem a Wschodem! Środkowoeuropejskość można porównać do skandynawskiej czy śródziemnomorskiej tożsamości regionalnej, które współtworzą barwną mozaikę różnorodności świata europejskiego i – ogólnie – zachodniego. W dzisiejszym, zglobalizowanym świecie, w którym budzą się demony imperializmu rosyjskiego, chińskiego, tureckiego czy perskiego, niezwykle ważne jest – i w to absolutnie wierzę – pielęgnowanie wspólnego, zachodniego patriotyzmu. Bądźmy patriotami Zachodu i świadomie podtrzymujmy jego poczucie wolności!

Jak ocenia pan obecne relacje między państwami Europy Środkowo-Wschodniej?

Nie chcę powierzchownie moralizować, ale wydaje mi się, że kontakty między krajami Europy Środkowej (kulturalne, intelektualne, polityczne) są niewystarczające – za mało się znamy! Ale dotyczy to także relacji z krajami Europy Zachodniej. Powoduje to poważne konsekwencje polityczne, ponieważ rozbieżności i sprzeczności w obszarze pamięci historycznej (i jednostronnie interpretowane animozje) osłabiają całą Europę – na przykład rozbieżna ocena nazistowskiej i sowieckiej totalitarnej i imperialistycznej ekspansji w XX wieku.

Co sądzi pan o takich instytucjach jak Grupa Wyszehradzka? Czy mogą się one przyczynić do lepszej współpracy na tym obszarze?

Grupa Wyszehradzka jest czymś w rodzaju „małej Europy Środkowej”, ale moim zdaniem – ona nie działa. Obawiam się, że Polska wykorzystuje ją jedynie instrumentalnie, podobnie jak Węgry. Sytuację na Słowacji i w Czechach można by porównać do statków morskich, żeglujących bez kapitana, przy czym czeski statek został już częściowo opanowany przez „prorosyjskich piratów”. Kraje V4 powinny jeszcze bardziej dbać o wzajemne uznanie i pluralizm pamięci historycznej, nawet jeśli jej elementem bywa, niestety, toksyczna tradycja autorytarnego państwa narodowego. I co prawda o polską demokrację się nie martwię, ale droga obrana przez Węgry – czyli budowanie wspólnoty raczej na zasadach etnicznych niż obywatelskich, a do tego flirt z rewizjonistyczną Rosją – jest moim zdaniem o wiele bardziej niebezpieczna, niż się wydaje. Być może V4 jest już anachronizmem i należy szukać nowych form współpracy (i kultywowania wspólnej pamięci historycznej) – na przykład z Austrią i Niemcami, a poza UE – z Ukrainą.

Środkowoeuropejskość można porównać do skandynawskiej czy śródziemnomorskiej tożsamości regionalnej

Czy powinniśmy łączyć się w koalicję, by zyskać silniejszy głos w Unii Europejskiej? Na przykład w formie Trójmorza – czy ten pomysł ma sens, czy też, jak twierdzą jego przeciwnicy, jest mrzonką?

W Polsce jest tradycja konstruowania „bloków alternatywnych”, wspomnijmy choćby międzywojenny projekt Międzymorza. Można w nim wyczuć zarówno pewną nostalgię za minionym polskim imperium, jak i uzasadnioną ambicję stania się regionalną potęgą. A już na pewno ten pomysł nawiązuje do obaw, że Polska i Europa Środkowo-Wschodnia staną się niepodmiotowe, będą „wędliną w kanapce” między Niemcami/Europą Zachodnią a Rosją z jej rosyjskim światem. Wizja Trójmorza będzie miała sens tylko jeśli będzie wzmacniać geopolityczną wytrzymałość Europy i Zachodu. Innymi słowy: nie powinna to być kolejna grupa lobbystów, ale pomysłowe uzupełnienie mozaiki różnych inicjatyw UE i NATO. Dlatego ważne jest, by w inicjatywie Trójmorza znaleźli się strategiczni partnerzy z kluczowych krajów Zachodu – Niemiec, USA, ale także np. Wielkiej Brytanii.

Czy pana zdaniem możliwa jest autonomiczna polityka wschodnia państw takich jak Polska i Czechy (przede wszystkim względem Rosji, Ukrainy i Białorusi), czy też powinniśmy wpisywać się w nurt polityki zachodniej?

Jak już mówiłem, Polska i Czechy są częścią cywilizacji zachodniej. Zachód nie jest tożsamy z Europą Zachodnią i światem anglosaskim. W tym sensie zarówno Polska, jak i Czechy uczestniczą w tworzeniu zachodniego dyskursu geopolitycznego, a zatem powinny aktywnie identyfikować i kształtować jego trendy (a Polska – taka, jaką widzę z zewnątrz – odnosi w tym zakresie spore sukcesy). W niektórych segmentach polityki krajowej naszym obowiązkiem jest tworzenie własnej, autonomicznej polityki międzynarodowej – możemy wspierać obywatelskie inicjatywy demokratyczne na Białorusi i wśród białoruskiej emigracji, możemy rozwijać współpracę (polityczną, akademicką, wywiadowczą, a nawet wojskową) z Ukrainą itd.

W ramach UE powinniśmy być znacznie bardziej ofensywni w prezentowaniu swojego stanowiska wobec Rosji (choć reprezentacja czeskiego rządu z prezydentem Zemanem na czele jest obecnie serwilistycznie prorosyjska), a przede wszystkim powinniśmy tworzyć koalicje interesów promujące określone projekty na poziomie NATO i UE. Ważnym narzędziem jest także Partnerstwo Wschodnie, choć ostatnio przeżywa ono pewien kryzys. Redefinicja tego europejskiego „programu sąsiedztwa” ma duży potencjał i mogłaby być w interesie Polski i Czech.

Sytuację na Słowacji i w Czechach można by porównać do statków morskich, żeglujących bez kapitana, przy czym czeski statek został już częściowo opanowany przez „prorosyjskich piratów”

W wywiadzie dla „Teologii Politycznej” powołuje się pan na esej Milana Kundery pt. „Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej”. Kundera w tym eseju wskazuje, że Europa Środkowa niegdyś miała ogromny wpływ na cały kontynent, jednak została „porwana” na wschód ze względu na komunizm. Czy odzyskanie tego wpływu jest możliwe teraz, po 76 latach od „porwania”, gdy tak bardzo zwiększył się dystans gospodarczy i społeczny między państwami Europy Zachodniej a Europą Środkową i Wschodnią?

Europa Środkowa i Wschodnia to nie tylko wschodnie skrzydło Europy, ale całej cywilizacji zachodniej. W istocie kraje takie jak Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, a także kraje bałtyckie itp. mogą być postrzegane jako mentalne peryferie Zachodu. Peryferie zawsze stanowiły ważne laboratoria kulturowo-polityczne. Dotyczy to także naszych krajów, które mają bezpośrednie doświadczenia z odmiennością cywilizacyjną, czy to z euroazjatycką (prawosławną i postsowiecką) Rosją, czy islamską Turcją. Dla Europy Zachodniej czy USA będzie cenne i kształcące, jeśli będziemy obstawać przy tym, że jesteśmy częścią politycznego Zachodu. W ten sposób będziemy uczestniczyć w „zachodnim wielogłosie”. Jednocześnie nie powinniśmy zapominać, że jako wschodnie peryferie Zachodu jesteśmy oknem na  świat dla tych państw europejskich, dla których Europa i Zachód wciąż pozostają przedmiotem pożądania. Mam tu na myśli przede wszystkim Ukrainę, ale także Gruzję czy Macedonię Północną. Takie stanowisko, mówiące, że Zachód nie jest postrzegany tylko jako dekadencki i upadły, ale jako nośnik człowieczeństwa, demokracji, wolności i dobrobytu, może stać się nowym źródłem pewności dla całej zachodniej cywilizacji.

historyk, filozof i publicysta, profesor Uniwersytetu Karola w Pradze. Pracował m.in. w Centrum Historii i Kultury Europy Środkowo-Wschodniej w Lipsku w Niemczech (2001–2007). Od 2008 roku kieruje Collegium Europaeum na Uniwersytecie Karola i Czeskiej Akademii Nauk. Porusza w swojej pracy kwestie tożsamości europejskiej oraz historii religijnej i intelektualnej.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz