Do czego służą wybory europejskie?

Sam fakt istnienia Parlamentu Europejskiego i organizacji wyborów do niego stanowi – póki co karkołomną, ale realną – próbę dołożenia cegiełki do tworzenia europejskiego demosu

Gdy głównymi tematami kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego stają się pensje nauczycieli i przypadki pedofilii w Kościele, gdy rządzący mówią głównie o swoich dokonaniach w zakresie polityki socjalnej, zaś opozycja o odsunięciu rządzących od władzy, gdy programy wyborcze do PE trudno znaleźć, a jeśli już się znajdzie, to są to ogólniki mieszczące się na jednej stronie – można zwątpić w sens organizowania tej elekcji.

O ile nie nastanie jakiś ogromny kataklizm, siły prounijne będą miały w PE zdecydowaną większość, co najwyżej dwie główne frakcje (chadecka Europejska Partia Ludowa i socjaldemokratyczni Socjaliści i Demokraci) będą musiały udzielić jakichś koncesji wobec demokratycznych liberałów z ALDE i centrystów od Macrona

28 eurowyborów

Parlament Europejski ma bowiem niewielkie kompetencje. Są to głównie kompetencje kontrolne. W procesie legislacyjnym bierze udział w ograniczonym stopniu. Prawo europejskie uchwala wspólnie z KE i Radą Unii Europejskiej, ale nie ma inicjatywy ustawodawczej. PE nie wskazuje przewodniczącego Komisji Europejskiej, choć może nie wybrać na to stanowisko kandydata zaproponowanego przez Radę Europejską. Co prawda paneuropejskie partie poprzez system tzw. Spitzenkandidaten (nominowanie liderów poszczególnych ugrupowań z sugestią, że „premierem UE” zostanie ten, którego stronnictwo zdobędzie najwięcej mandatów w skali wspólnoty) próbują wpłynąć na wybór przewodniczącego KE, jednak jest to działanie mocno nieformalne. Wynik elekcji nie będzie decydujący, jeśli chodzi o wybór przewodniczącego (w świetle Traktatów Rada przy podejmowaniu decyzji musi tylko go „uwzględnić”, cokolwiek to znaczy).

Jednak jest to jedno wielkie przedstawienie. Mało kto wie, że już odbyło się sześć debat telewizyjnych między poszczególnymi kandydatami – i nie sądzę, by miały one większy wpływ na decyzje wyborców. Ta elekcja to w rzeczywistości agregat 28 oddzielnych wyborów, w których stosunek do UE ma dalece mniejsze znaczenie niż tematyka krajowa. Ostateczny skład PE jest w dużej mierze dziełem przypadku i bardziej „zasługą” krajowych liderów, a polityka europejska ma na nią wpływ o tyle, o ile wpływa na nastroje krajowe.

Tworzenie wspólnej tożsamości

Te wybory nie mają fundamentalnego znaczenia dla przyszłości Europy. O ile nie nastanie jakiś ogromny kataklizm, siły prounijne będą miały w PE zdecydowaną większość, co najwyżej dwie główne frakcje (chadecka Europejska Partia Ludowa i socjaldemokratyczni Socjaliści i Demokraci) będą musiały udzielić jakichś koncesji wobec demokratycznych liberałów z ALDE i centrystów od Macrona. Jednak sam fakt istnienia PE i rozpisywania wyborów do niego stanowi – póki co karkołomną, ale realną – próbę dołożenia cegiełki do tworzenia europejskiego demosu.

Już naród jest wspólnotą wyobrażoną (nikt nie rodzi się z tożsamością narodową, w wielu przypadkach jest ona płynna i niejednoznaczna, może zmieniać się w czasie, a nawet gdy jest silna i stała, nie oznacza to odczuwania głębokich więzi z rodakami na co dzień), a co dopiero Europejczycy, którzy nie stanowią wspólnoty politycznej o własnej tożsamości. Większość formalnych obywateli UE nawet się za takich nie uważa. Różnice językowe można byłoby jeszcze przeskoczyć (Szwajcarzy jakoś dają radę) jednak nawet gdybyśmy mówili wszyscy jedną lingua franca (obojętnie, czy byłby to angielski czy esperanto), to nie za bardzo mielibyśmy o czym ze sobą rozmawiać. Świadczy o tym choćby fakt nikłego zainteresowania tematyką europejską w mediach, zresztą krajowych, bo tworzenie mediów paneuropejskich jest w powijakach. Takie portale, gazety czy stacje telewizyjne, jak Politico.eu, EURACTIV, Euronews czy EUObserver może i cieszą się estymą w środowisku dziennikarskim, ale na opinie obywateli mają nikły wpływ.

Na poziomie elit europejską tożsamość wytwarzać ma (obok skutków edukacyjnych) np. program Erasmus, który pozwala studentom poznać swoich rówieśników z innych krajów i specyfikę życia w innych rejonach UE. Wspólnotę ponadeuropejską naukowców wytwarza Europejski Instytut Uniwersytecki we Florencji, który kształci przyszłych doktorów z dziedzin humanistycznych i nauk społecznych. Taką funkcję pełni także Parlament Europejski, w którym zasiadają nie przedstawiciele poszczególnych państw, a wszystkich obywateli UE. Stąd możliwość kandydowania z każdego kraju w UE, symbolicznie (bo z rzadka praktycznie) podkreślająca uniwersalizm tych wyborów. Z kolei wysokie wynagrodzenia europosłów, zwłaszcza w przypadku nowych państw UE, stanowią łakomy kąsek zachęcający do podkreślania wagi PE i samych wyborów.

Na poziomie unijnym eurowybory służą do politycznego integrowania Europejczyków. Póki co efekty są mizerne. Frekwencja wyborcza jest nadal w całej UE niższa niż w przypadku wyborów krajowych. Poszczególne ugrupowania startują pod własnymi szyldami, niespecjalnie afiszując się paneuropejską afiliacją. Inicjatywy takie jak Volt Europa, która wystawia pod tym samym szyldem listy w 7 krajach, są z góry skazane na porażkę. Start Jacka Rostowskiego z brytyjskiej listy Change UK budzi zdziwienie nawet wśród działaczy Platformy Obywatelskiej czy u Katarzyny Lubnauer z Nowoczesnej – choć przecież nie powinien, jeśli weźmie się pod uwagę ich prounijne nastawienie.

To nie takie głupie

Na razie na pierwszy plan wybija się sztuczność tych rozwiązań. Jednak kropla drąży skałę, a żeby było zabawnie, do zwiększenia znaczenia PE dążą… europejskie ruchy populistyczne i eurosceptyczne, narzekające na deficyt demokracji i dyktat niewybieralnej Komisji Europejskiej. Tyle, że zapominają one, że zwiększenie roli PE oznaczałoby nie tylko zmniejszenie roli KE, ale także Rady, gdyż przy podejmowaniu decyzji te trzy instytucje znajdują się we wzajemnej zależności. Zwiększenie roli PE oznaczałoby więc zmniejszenie roli państw narodowych.

Żeby było zabawnie, do zwiększenia znaczenia PE dążą… europejskie ruchy populistyczne i eurosceptyczne, narzekające na deficyt demokracji

Zostawiając na boku rozwiązania instytucjonalne, umocnienie europejskiej tożsamości nie musiałoby być znowu takim złym skutkiem ubocznym. Może się bowiem okazać, że brak wspólnej tożsamości może być przeszkodą w utrzymaniu UE w tej formule. Zagrożone mogą być (ba, już są) nawet „cztery swobody”, do których działania chcą ograniczyć Unię krytycy dalszej integracji. Bez poczucia wspólnoty prędzej czy później do głosu dochodzą ludzie opowiadający protekcjonistyczne farmazony, jakoby mieszkańcy innych krajów członkowskich okradali nas, sprzedając nam towary, które my kupujemy, a ich obywatele krzywdzili nas, wykonując dla nas pracę, której nie chcą wykonać nasi rodacy. Bez poczucia wspólnoty losu trudno też mówić o rozwinięciu współpracy na innych płaszczyznach, np. w dziedzinie bezpieczeństwa (kto będzie chciał umierać za Gdańsk nie czując, że to w jakiejś mierze także jego miasto?). A taka współpraca– biorąc pod uwagę dynamiczny rozwój sytuacji międzynarodowej – może okazać się przydatna, nawet jeśli dziś „armia europejska” wydaje się być political fiction.

Po co wybory wyborcom?

W perspektywie krajowej wybory do PE służą politykom do wzmocnienia swojej pozycji (także jeśli chodzi o zaplecze finansowe i infrastrukturalne), do przypomnienia o sobie lub jako sparing przed znacznie ważniejszymi wyborami do sejmu. A do czego mogą służyć wyborcom? Najbardziej racjonalnie zachowują się chyba ci, którzy (o ile nie mają w tym interesu zawodowego np. jako dziennikarze czy naukowcy) wyrażają niewielkie zainteresowanie samą kampanią. Nie marnują czasu na czytanie ogólników. Do podjęcia decyzji w tych wyborach wystarczy bowiem w zupełności ogólna wiedza nt. sceny politycznej i ewentualne posiłkowanie się obejrzeniem lub wysłuchaniem debaty wyborczej bądź zabawą w Latarnika Wyborczego. Wiele więcej o tym, czego chcą kandydaci i poszczególne komitety, i tak się nie dowiemy.

A co dalej? Oddanie głosu może posłużyć do wsparcia sprawdzonego europosła lub wyboru kompetentnego świeżaka, poparciu lubianej partii lub dokopania nielubianej, wzięcia udziału w sejmowych prawyborach lub, na wysokim poziomie ogólności, wyrażenia opinii o aktualnym stanie Unii Europejskiej. Ale dobrze mieć też świadomość, że jeden głos wiele nie zmieni; w ubiegłych wyborach głosowało 163,5 mln Europejczyków. Nie wskazując, które rozwiązanie jest właściwsze, dodam więc, że można też dzień wyborów potraktować jak każdą inną niedzielę i po Mszy św. (jeśli ktoś chodzi) zamiast do lokalu wyborczego wybrać się do lasu lub na grilla – czyli wykonać czynność, która w różnych odmianach łączy wszystkich Europejczyków od Lizbony po Helsinki i od Dublina po Ateny póki co bardziej niż wspólne instytucje polityczne.

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Do czego służą wybory europejskie?”

  1. Realista pisze:

    Jako dziecko nasłuchałem się o „demokracji ludowej”. Teraz słucham o „demokracji liberalnej”. Mam nieodparte wrażenie, że w obu wybory znaczą tyle samo.

  2. nudy pisze:

    Nic ciekawego. Bicie piany, komentarz polityczny.

    Lepiej i ciekawiej byłoby wyjaśnić jak działają kluczowe instytucje unijne, a przede wszystkim jakie kompetencje ma PE, jak wygląda mechanizm władzy relacje pomiędzy PE, Komisją i Radą.

    To byłaby pożyteczna wiedza, ciekawe informacje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz