Cała nadzieja w Hannie!

Aktualności,

Każdy kolejny dzień trwania HGW na urzędzie prowadzi do pojawiania się kolejnych nici porozumienia, uczy rząd lepszego rządzenia, opozycję większej odpowiedzialności, a dziennikarzy rzetelności.

To trochę straszne i trochę śmieszne, ale od czasu przejęcia sterów władzy przez PiS nikt nie zrobił tyle dla załagodzenia wojny polskich plemion, co Hanna Gronkiewicz-Waltz w kontekście afery reprywatyzacyjnej. Nagle okazało się, że w jakiejś sprawie duża część opozycji, prasa, rząd, sportowcy, organizacje pozarządowe, a nawet sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, mogą mówić jednym głosem.

Pozostaje wręcz mieć nadzieję, że obecna prezydent Warszawy faktycznie okopie się w ratuszu i ogłosi ofiarą wrażego reżimu. Każdy kolejny dzień jej trwania na urzędzie prowadzi bowiem do pojawiania się kolejnych nici porozumienia, uczy rząd lepszego rządzenia, opozycję większej odpowiedzialności, a dziennikarzy większej rzetelności.

Wszyscy oni jakby trzeźwieją w zderzeniu z fetorem wydobywającym się ze stajni Augiasza, w którą zamienił się warszawski ratusz. Choć Hanna Gronkiewicz-Waltz nie może już swojej kariery politycznej uratować, to może w niezamierzony sposób dobrze przysłużyć się Polsce. Udowadnia ona bowiem – po pierwsze, że istnienie patologii polskiej transformacji jest faktem niezaprzeczalnym. Po drugie pokazuje, że warto jest tworzyć dobre prawo i wzmacniać ograny je egzekwujące oraz, po trzecie wreszcie, że niezależne instytucje takie jak Trybunał Konstytucyjny są dla praworządności nieodzowne.

O niesprawiedliwości a nierzadko zupełnej bezprawności reprywatyzacji warszawskiej mówiło się od dawna. Wystarczy przypomnieć sprawę czyścicieli kamienic i niewyjaśnionej śmierci działaczki broniącej praw lokatorów Jolanty Brzeskiej w 2011 roku. Afera zaczęła zataczać szersze kręgi gdy tygodnik Wprost w 2014 r. zwrócił uwagę na sprawę kamienicy przy Noakowskiego 16, którą na podstawie niepewnego aktu prawnego „nowi spadkobiercy” nader pospiesznie zbyli. Niby sprawa jakich wiele, tyle, że jednym z owych spadkobierców był maż pani prezydent, Andrzej Waltz.

Kwestia reprywatyzacji kamienicy przy Noakowskiego rozeszła się poniekąd po kościach. Wiadomo było jednak, że wyjście na jaw kolejnych afer to tylko kwestia czasu. Istotnie, wkrótce światło dzienne ujrzała sprawa zwrotu działki przy Chmielnej 70 dokonana na korzyść wpływowych stołecznych adwokatów. Tyle, że działkę zwrócono pomimo faktu, że roszczenie faktycznego spadkobiercy zostało uregulowane odszkodowaniem już w latach 50-tych. Ratusz bronił się twierdząc, że działał zgodnie z posiadanymi wówczas dokumentami. Tyle, że Ministerstwo Finansów przekazało dokumenty potwierdzające uregulowanie roszczeń do działki ponad rok przed jej zwrotem.

Wobec przytłaczających dowodów zaniedbań Grokiewicz-Waltz traci politycznych przyjaciół na wszystkich frontach. Do PiS i Stowarzyszenia Miasto jest Nasze dołączyła Nowoczesna, chłodem powiało też z samej PO

Od tego momentu zaczyna się obrona rozpaczliwa. A więc mówienie pani prezydent o „cynglach PiS” i spisku, w którym rzekomo uczestniczyć miał urzędnik miejski zatrudniony jeszcze przez Jarosława Kaczyńskiego. Nie pomogło. Wobec przytłaczających dowodów zaniedbań Grokiewicz-Waltz traci politycznych przyjaciół na wszystkich frontach. Do PiS i Stowarzyszenia Miasto jest Nasze dołączyła Nowoczesna, chłodem powiało też z samej PO po wypowiedzi Borysa Budki, że „nie zamierza bronić” prezydent Warszawy. Co do Grzegorza Schetyny, to wydaje się, że Budka działał z nim w pełnym porozumieniu. Odcięcie się od HGW wydaje się obecnie dla partii jedyną opcją. Co więcej, wpisuje się ono w szerszy plan sanacyjno-detuskizacyjny obecnego lidera.

Swoją pozytywną rolę w walce z warszawską ośmiornicą odegrał też Trybunał Konstytucyjny. Mało tego, jego działania wyraźnie podważają narrację głoszącą, że jest antysocjalny i staje po stronie wąskich grup interesu zamiast zwykłych obywateli. Po pierwsze, TK odrzucił w tym roku skargi dotyczące nowelizacji ustawy prywatyzacyjnej, którą do TK skierował, nie podpisując, prezydent Komorowski. Tym samym poprzednia głowa państwa przedłużyła niestety okres prawnej samowolki i dała czas handlarzom roszczeń na uregulowanie swoich spraw i sprawek.

Tymczasem TK już wcześniej w maju 2015 jako pierwszy organ centralny zareagował zdecydowanie na patologie dotyczące zwrotu nieruchomości. Orzekł wtedy, że konieczne jest przyjęcie ograniczenia czasowego dla orzekania o nieważności decyzji administracyjnych (takich jak dekret Bieruta). Innymi słowy, stwierdził, że nie można nawet czyniąc zadość faktycznym minionym krzywdom cofać się w nieskończoność, nie bacząc przy tym na zamieszanie, jakie to wywołuje w obecnym stanie prawnym i krzywdę aktualnych użytkowników nieruchomości.

Była sędzia TK prof. Ewa Łętowska w swoim komentarzu dla Wirtualnej Polski podkreśliła zaś, że wyrok Trybunału stanowił podstawę prawną do zaprzestania dzikiej reprywatyzacji nawet bez oczekiwania na orzeczenie w sprawie „małej ustawy reprywatyzacyjnej” (zmiany poprzedniej). Fakt, że rząd nie sięgnął po to narzędzie w starciu z warszawskim ratuszem pani profesor nazwała zaś (zgryźliwie cytując Kisielewskiego) „dyktaturą ciemniaków”.

Co do „małej ustawy reprywatyzacyjnej” to i ona zakłada, między innymi, że roszczenia przepadają po 70 latach bezczynności spadkobierców. Jak wiadomo prezydent Duda podpisał ten dokument niezwłocznie po orzeczeniu, a politycy PiS mówili o nowym prawie i decyzji prezydenta w samych superlatywach. I oto mamy pełnię idylli.

Rząd nagle popiera ustawę poprzedników i działania TK, opozycja doznaje otrzeźwienia i nie chce bronić czarnych owiec, a złośliwości wybitnej profesor prawa wydają się niemal pieszczotliwe w porównaniu z gromami, jakimi ostatnio ciskali w siebie czołowi polscy juryści i politycy partii rządzącej. Czy ta powszechna zgoda potrwa długo? Czy może przeniesie się też na inne ważnie dla państwa sprawy? Cóż, cała nadzieja w Hannie!