Newsletter

Bilans 20 lat IPN jest jednoznacznie pozytywny

Demokracja to krucha roślinka, o którą trzeba dbać, bo łatwo może zwiędnąć. Szczególnie źle się czuje na glebie, która ma przeszłość niedemokratyczną. Aby ludzie wiedzieli, jak wygląda prawdziwa dyktatura, potrzebna jest publiczna instytucja, która będzie o tym przypominała – mówi prof. Antoni Dudek

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Natalia Kołodyńska-Magdziarz: W grudniu 2018 r. minęła dwudziesta rocznica powołania do życia Instytutu Pamięci Narodowej, w styczniu tego roku – utworzenia. Jednak chciałabym zacząć nie od przeszłości, a od przyszłości. W ostatnim czasie o IPN mówiło się dużo, niekoniecznie dobrze. Co w związku z tym powinniśmy zrobić – zlikwidować IPN, zreformować, czy może zostawić w obecnej formie? Czy IPN jest nam jeszcze potrzebny?

Prof. Antoni Dudek: Jestem przeciwnikiem likwidacji IPN-u, myślę, że jest nam on potrzebny. Natomiast uważam, że zmiany, które nastąpiły po 2016 roku, nie wyszły mu na dobre. Jednocześnie należy zaznaczyć, że nie jestem dobrą osobą do rozmowy o tym, ponieważ jako były przewodniczący rady IPN-u, której kadencję skrócono właśnie w 2016 roku, jestem stroną w tym sporze. Dlatego nie chcę rozwijać wątku przyszłości IPN-u, chcę tylko powiedzieć, że instytucja, która będzie przypominała Polakom czasy dyktatury z obcego nadania jest Polsce potrzebna. Musi istnieć państwowa instytucja upamiętniająca ofiary dyktatury. Jest ona potrzebna dla tożsamości każdego demokratycznego państwa, które ma za sobą taką przeszłość. Natomiast jej organizacja wewnętrzna, kompetencje, budżet – to wszystko może podlegać i zapewne będzie podlegało zmianom. Podsumowując: IPN zdecydowanie tak, natomiast czy w obecnym kształcie – niech już decydują kolejni rządzący Polską.

Za niewiele rzeczy jestem wdzięczny politykom Platformy Obywatelskiej, ale za jedną rzecz jestem im wdzięczny. Za to, że IPN nie był dla nich ważny

W ostatnich dniach widać, że nie potrafimy prowadzić polityki historycznej, a tym bardziej sprzedać jej na Zachodzie. Jak pan myśli, z czego to wynika?

Rodzi się pytanie, czy ludzie, którzy się tym zajmują, są wystarczająco kompetentni. W ostatnich dniach to raczej nie IPN jest bohaterem, poprzednio również nie był autorem tej nieszczęsnej nowelizacji ustawy na swój temat, która doprowadziła do kryzysu w relacjach polsko-izraelskich i polsko-amerykańskich. Byli to politycy, bardzo konkretni: pan Ziobro, pan Jaki i prezes Kaczyński, który im na to pozwolił i niewątpliwie to ich hipotekę to obciąża. Co najwyżej można zarzucić prezesowi IPN-u, że powinien zabrać głos, kiedy ta fatalna w skutkach nowelizacja była przygotowywana. W ostatnich dniach to w ogóle już nie jest kwestia IPN-u, tylko relacji polsko-izraelskich, pewnej gry dyplomatycznej, której – zdaje się – rząd PiS-u padł ofiarą poprzez swoją nieostrożność czy naiwność. I teraz ma problem.

Ale chciałbym oddzielić pani pytanie od pytania o bieżące stosunki polsko-izraelskie, bo to jedna rzecz, a drugą jest budowanie pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Mam wrażenie, że tutaj nie da się szybko osiągnąć spektakularnych sukcesów. To jest proces długotrwały, mozolny, kosztowny i wymaga przede wszystkim ciągłości. Obecnie grozi nam to, że pomysły, które rząd PiS-u obecnie wdraża, przetrwają tak długo, jak rządy PiS-u, czyli to może być równie dobrze mniej niż rok, jak i 5 lat. Natomiast marzę o takiej polityce historycznej Polski, która nie będzie zmieniać się w sposób radykalny wraz ze zmianą rządu. Tymczasem, niestety za sprawą PiS-u, jesteśmy na prostej drodze do stanu, w którym nie tylko różne przedsięwzięcia na arenie międzynarodowej związane z polityką historyczną będą się zmieniały wraz z rządem, ale grozi nam, że nawet ekspozycje w najważniejszych muzeach będą się zmieniały. To stało się w Muzeum II Wojny Światowej, gdzie nie tylko zmieniono dyrekcję, co można jeszcze jakoś zrozumieć w ramach obowiązującej u nas kultury dzielenia powyborczych łupów, ale również zaczęto ingerować w ekspozycję, bo jest rzekomo nie dość polska, patriotyczna. W tej chwili budowane jest Muzeum Historii Polski, największe polskie muzeum, które może być otwarte pod koniec drugiej kadencji, jeśli udałoby się PiS-owi uzyskać reelekcję. Nie życzyłbym kolegom z PiS-u, żeby spotkało ich to, co poprzedników, czyli, że wkroczy tam przedstawiciel nowego rządu lewicowo-liberalnego i oświadczy, że to jest nacjonalistyczne muzeum niezgodne z wartościami europejskimi i zmieni ekspozycję. Powoła się wtedy oczywiście na precedens Muzeum II Wojny Światowej i wolę suwerena. Tego się boję.

Mówienie o długofalowej polityce historycznej wymagałoby jednego – uzgodnienia przez główne siły polityczne w Polsce, że są stałe, wspólne elementy, np. promocja „Solidarności”, jej historii i tradycji, i kontynuowania tego w kolejnych latach bez względu na to kto rządzi. Zakładamy, że „Solidarność” jest ważną i dobrą częścią polskiej historii i częścią niej są i Wałęsa, i Gwiazda, i Borusewicz, i Walentynowicz. Na arenie międzynarodowej nie koncentrujemy się na opowiadaniu przy tej okazji historii o „Bolku”, ani o rzekomym cudzie Okrągłego Stołu, tylko promujemy ogólny, pozytywny przekaz, niezależnie od tego, kto jest premierem. Kłóćmy się o szczegóły już na podwórku wewnętrznym. Jeśli będziemy w stanie taki konsensus osiągnąć, to polityka historyczna Polski będzie miała pewne szanse. Ponieważ jednak jest to obecnie mało realne, to obawiam się, że jej skuteczność będzie coraz mniejsza, a nie coraz większa.

Gdyby udało się zbudować konsensus dotyczący polityki historycznej podobny do tego, że nikt znaczący nie kwestionuje faktu, że jesteśmy w NATO, mimo różnych spojrzeń na temat obronności, to można byłoby taki wewnętrznie pluralistyczny IPN próbować zbudować

Czy dałoby się taki apolityczny IPN zbudować? Przygotowując się do tej rozmowy, czytałam, co piszą o IPN-ie od lewej do prawej, i mam wrażenie, że w mediach bardziej przychylnych PO między wierszami można wyczytać, że publicyści są zawiedzeni tym, że Platforma nie zrobiła tego co PiS. Wszystko wskazuje na to, że ten problem będzie eskalować.

Tak jak już mówiłem, ten problem oczywiście będzie eskalować. Chciałbym jednak powiedzieć, że za niewiele rzeczy jestem wdzięczny politykom Platformy Obywatelskiej, ale za jedną rzecz jestem im wdzięczny. Za to, że IPN nie był dla nich ważny. Dzięki temu powstała wyjątkowa sytuacja, która się już nie powtórzy, kiedy pozwolono korporacji historyków uzyskać wpływ na realną pracę IPN-u poprzez taki, a nie inny wybór jego władz. Ta rada IPN-u w odróżnieniu od poprzednich kolegiów, i tego, które jest obecnie, nie była wyłącznie dziełem polityków. Jest faktem, że członkowie rady zostali wyłonieni przez sejm, senat i prezydenta, jednak to rady wydziałów historii polskich uniwersytetów wyłoniły najpierw podwójną liczbę kandydatów, z których dopiero politycy mogli wybrać. Mieliśmy zatem po raz pierwszy i jedyny w historii IPN-u, którego władze były wprawdzie wykreowane przez polityków, sytuację, w której swój udział miało także środowisko historyczne. IPN dzięki temu nie był apolityczny, bo takie zwierzę w przyrodzie nie występuje, ale był apartyjny.

Ponieważ historycy, jak wszyscy inni obywatele, również mają różne sympatie, nie można mówić o apolitycznym IPN-ie, jak i żadnej innej instytucji. Natomiast mogą istnieć instytucje apartyjne, czyli takie, których władze nie są wyłaniane wprost przez określoną większość, z osób wyłącznie przez nich wskazanych, tylko istnieją dodatkowe elementy – np. preselekcja kandydatów. To stwarza szansę na pluralizm wewnętrzny. To nie oznacza, że instytucja taka nie realizuje jakiejś polityki, bo oczywiście realizuje, ale ta polityka jest wówczas skutkiem pewnego kompromisu. W tym wypadku kompromis ucierał się w radzie IPN-u i w jej kontaktach z prezesem IPN-u oraz jego podwładnymi. Ten IPN był pluralistyczny, chociaż oczywiście nie mieliśmy tam postaci ekstremalnych, które np. gloryfikowałyby PRL, natomiast były tam reprezentowane różne poglądy historyczne. Dzisiejsze kolegium jest wyłącznie emanacją Zjednoczonej Prawicy, nie ma tam ani jednego historyka, którego można by zakwalifikować jako niesympatyzującego z obecnym obozem rządzącym. Różnią się natężeniem tej sympatii, ale nie zmienia to faktu, że nie ma takiego rozrzutu jak w poprzedniej kadencji, gdzie z jednej strony był prof. Tadeusz Wolsza, bardzo wyraziście związany z obecnym obozem rządzącym, a z drugiej prof. Andrzej Friszke, związany ze środowiskiem Gazety Wyborczej i obozem liberalnym. Mam nadzieję, że ten pluralizm kiedyś jeszcze do IPN-u wróci. Przy takiej polaryzacji, jaką mamy w Polsce, niezwykle trudno zbudować Instytut, który będzie spełniać oczekiwania obu stron tam, gdzie są one ewidentnie sprzeczne. Natomiast można wyobrazić sobie Instytut, który będzie uwzględniał część oczekiwań obu stron, a tam gdzie nie da się ich pogodzić dokonywać mądrego wyboru.

Jak budować przekaz historyczny na promocji „Solidarności”?

Można budować pozytywny wizerunek Polski w oparciu o tych bohaterów, którzy są dziś po przeciwnych stronach barykady w bardzo prosty sposób – nie koncentrujmy się na opowieściach o konfliktach po 1989 r., tylko na wspólnej walce przeciwko dyktaturze komunistycznej w latach 80. Oczywiście, ktoś może uważać, że nie da się tego opowiedzieć, bo na początku lat 70. Wałęsa był „Bolkiem” i wszystko kręci się wokół tego. Wtedy sprawa jest beznadziejna. Jednak gdy ktoś zechce przyjąć do wiadomości, że nie ma żadnych dowodów na to, że Wałęsa współpracował z bezpieką jako lider „Solidarności”, a nie zajmujemy się biografią Wałęsy, tylko właśnie dziejami „Solidarności”, to da się tą historię opowiadać. Na wielu przykładach można pokazać, że da się budować pozytywną narrację historyczną, nie fałszując historii, a jedynie omijając te budzące największe emocje wątki, które dla zagranicznego odbiorcy są i tak niezrozumiałe, bo Wałęsa na Zachodzie kojarzy się z „Solidarnością” i upadkiem komunizmu, a nie z „Bolkiem”.

To jest moim zdaniem ten kierunek myślenia, który mógłby hipotetycznie zbudować niepartyjny IPN, ale pod warunkiem, że główni gracze by się na to zgodzili. Gdyby udało się zbudować konsensus dotyczący polityki historycznej, podobny do tego, że nikt znaczący nie kwestionuje faktu, że jesteśmy w NATO, mimo różnych spojrzeń na temat obronności, to można byłoby taki wewnętrznie pluralistyczny IPN próbować zbudować. Niestety dzisiaj jest mało realne, żeby taka szansa się ponownie pojawiła, bo teraz już strona lewicowo-liberalna IPN-owi nie odpuści. I albo go zlikwiduje, albo spróbuje przeorientować o 180 stopni, aby promował inną wersję historii, która jest od ponad ćwierćwiecza konsekwentnie lansowana na łamach „Gazety Wyborczej”. To do niczego dobrego nie doprowadzi.

To Józef Oleksy jako pierwszy zaproponował, żeby to wszystko zniszczyć. Jak wiadomo, miał po temu bardzo osobiste powody

Więc może należy podzielić IPN. Pojawiały się już głosy, że śledztwa mogłaby dokończyć zwykła prokuratura, badaniami zajęłyby się uniwersytety itd.

Jeszcze kiedy byłem w IPN-ie, uważałem, że pion śledczy powinien zostać włączony do prokuratury powszechnej. Oceniam bardzo krytycznie tą szczególną część IPN-u z uwagi na to, że w pierwszej dekadzie swojego istnienia wykazała się wyjątkowym lenistwem i niezdolnością do stawiania zarzutów żyjącym jeszcze sprawcom zbrodni komunistycznych. Natomiast w tej chwili nie ma już praktycznie nic do roboty, bo sprawcy, poza nielicznymi wyjątkami, już nie żyją. Czym innym jest jednak likwidacja pionu śledczego, a czym innym likwidacja pionu badawczego i edukacyjnego. Można sobie mówić, że te zadania mogą przejąć uniwersytety, jednak każdy, kto wie, jaki jest potencjał katedr historii najnowszej na uniwersytetach, a jaki jest potencjał IPN-u, wie, że to są rzeczy nieporównywalne. Nie ma najmniejszych szans, żeby rozproszone katedry naukowe, obciążone bieżącą dydaktyką, były w stanie prowadzić badania i publikować ich wyniki na tą skalę. Obserwowałem w latach 90., jak ograniczony był na tym polu potencjał świata akademickiego, i jak powstanie IPN-u radykalnie zmieniło możliwości, również czysto finansowe i organizacyjne, koordynowania pewnych badań w skali całego kraju. Środowisko akademickie tego nie udźwignie, to musi robić wyspecjalizowana instytucja. Tym bardziej dotyczy to działań edukacyjnych w kraju i za granicą, skierowanych nie tylko do młodzieży.

Kiedy mówimy o przejmowaniu zadań IPN-u, to trzeba zauważyć, że pewne zadania już wygasły, można też dyskutować na temat sensu lustracji prowadzonej drogą prokuratorsko-sądową.  Zresztą to zadanie niekoniecznie musi być związane z IPN-em, którego istotą pozostaje archiwum i rozdzielone obecnie piony edukacyjny i naukowy. Te części należy zachować.

Co pan myśli o dość radykalnym poglądzie, że IPN, przynajmniej w pionie lustracyjnym, jest dla nas kulą u nogi i służy głównie do walki politycznej? Może należy spalić teczki, odciąć się od tego grubą kreską i już nie rozmawiać o tym co było wcześniej?

To Józef Oleksy jako pierwszy zaproponował, żeby to wszystko zniszczyć. Jak wiadomo, miał po temu bardzo osobiste powody. W wersji łagodniejszej był też pomysł, żeby to zabetonować na sto lat i potem otworzyć. Radykalnie się z tym nie zgadzam. Uważam, że ludzie, którzy formułują takie poglądy, zachowują się jak małe dzieci. Chcą to, co jest trudne i niewygodne ukryć gdzieś, zniszczyć i powiedzieć, że tego nie ma i nie będzie. Na szczęście dziś poziom zdigitalizowania tych zbiorów jest na tyle duży, że nawet gdyby jakiś szalony rząd podjął taką próbę, to one by w większości ocalały. A są to zbiory o ogromnym znaczeniu dla wiedzy historycznej o powojennych czasach.

Śmieszą mnie opowieści o PiS-ie jako dążącym do dyktatury, bo wystarczająco dużo wiem o dyktaturze PRL-owskiej czy sanacyjnej, żeby potrafić odróżnić, że czymś innym są wątpliwe konstytucyjnie posunięcia, a czymś innym jest terror, z którym mieliśmy do czynienia po wojnie

Oczywiście nie jest tak, że wszystko co jest w tych teczkach, to prawda objawiona. Natomiast jest to ogromne morze informacji dotyczących życia społecznego, gospodarczego, politycznego i kulturalnego, których nie ma nigdzie indziej. Jeżeli to uległoby zniszczeniu, to zniszczeniu uległaby też wiedza, którą jeszcze przez dziesiątki lat zgłębiać będą badacze dziejów najnowszych, bo tak naprawdę proces eksploracji archiwów IPN się dopiero zaczyna. On trwa od kilkunastu lat, a od dekady przynosi wymierne efekty w postaci kolejnych książek, natomiast w skali historiografii to jest bardzo krótki okres. Zniszczenie tego – to byłoby barbarzyństwo. Ktoś mógłby równie dobrze chcieć zniszczyć inne dobra kultury, bo są niezgodne z jego poglądami jak np. talibowie niszczący starożytne pamiątki, które nie odpowiadają ich przekonaniom religijnym. Dla mnie to byłoby dokładnie to samo, tylko ubrane w piękne liberalne szaty opowieści o tym, że to są obrzydliwe policyjne kwity, które dzielą ludzi zamiast ich łączyć.

Przejdźmy do bardziej pozytywnych aspektów, bo IPN przez lata zrobił wiele dobrego. Co według pana jest jego największym osiągnięciem?

Nie ma jednego sukcesu, jest ich wiele. Dla mnie najważniejsze są działania IPN-u na niwie naukowej i edukacyjnej, które radykalnie poszerzyły stan naszej wiedzy o epoce powojennej. Przy okazji wykonano też ogromną pracę edukacyjną, która rzeczywiście – w formie tysięcy wystaw, konferencji, rajdów, prezentacji, wreszcie prowadzonych przez pracowników IPN lekcji szkolnych – zbudowała świadomość młodego pokolenia, teraz już nawet bardziej średniego pokolenia, jeśli chodzi o wiedzę o PRL-u. Tym bardziej, że IPN startował w czasach, kiedy historii najnowszej w szkołach uczono niewiele. Dopiero teraz to się zmienia. IPN wypełniał ogromną lukę w edukacji, kiedy edukacja szkolna często kończyła się na II wojnie. Epoka powojenna stawała się powoli białą plamą. Ludzie po maturze więcej wiedzieli o rozbiciu dzielnicowym czy powstaniach kozackich niż o różnych aspektach dziejów PRL-u, chociaż to często dotyczyło ich najbliższych – rodziców czy dziadków.  To był absurd i IPN skalę tego absurdu łagodził. Oczywiście ważnym dokonaniem są też pewne działania na arenie międzynarodowej. IPN zaczął politykę historyczną na szerszą skalę poprzez kontakty z historykami z innych krajów, choćby ciąg konferencji polsko-ukraińskich, bardzo dużą rolę odegrał tu prof. Grzegorz Motyka. Ważny jest także dialog i współpraca, którą rozpoczęliśmy z odpowiednikami IPN-u w innych krajach. Można wskazywać wiele takich działań. Nie mam wątpliwości, że IPN w istotny sposób przyczynił się do zmiany świadomości społeczeństwa polskiego. Zdarzały się pewne błędy i potknięcia, uważam jednak, że bilans IPN-u za te 20 lat jest jednoznacznie pozytywny.

Myśli pan, że za np. 20 lat rozliczymy się z historią na tyle, że IPN nie będzie nam już potrzebny?

Myślę, że będzie coraz mniej potrzebny, w miarę jak programy szkolne będą lepiej przygotowane i pamięć o ofiarach dyktatury będzie realizowana przez inne instytucje. I powinien być proporcjonalnie do tego coraz mniejszy. Myślę nawet, że dziś jest już tak ogromny, że kuracja odchudzająca by mu nie zaszkodziła. Trudno jednak powiedzieć, co będzie za 20 lat, jakie będą zagrożenia dla demokracji. Demokracja to taka krucha roślinka, o którą trzeba dbać, bo łatwo może zwiędnąć, a zwłaszcza źle się czuje na glebie, która ma przeszłość niedemokratyczną. Mamy takie tradycje, częściowo nie z naszej, a częściowo z naszej winy, np. dyktatura Piłsudskiego. Nie przypadkiem oskarża się PiS o zapędy niedemokratyczne i autorytarne. IPN ma przypominać ludziom, jak wygląda prawdziwa dyktatura. Śmieszą mnie opowieści o PiS-ie jako dążącym do dyktatury, bo wystarczająco dużo wiem o dyktaturze PRL-owskiej czy sanacyjnej, żeby potrafić odróżnić, że czymś innym są wątpliwe konstytucyjnie posunięcia, a czym innym jest terror, z którym mieliśmy do czynienia po wojnie. To jest kompletnie nieporównywalne, a mieliśmy głosy ludzi, których uważałem do tej pory za poważnych, a którzy porównywali rządy PiS-u do drugiej połowy lat 40. w Polsce, kiedy komuniści zamordowali łącznie kilkadziesiąt tysięcy swoich przeciwników politycznych. Porównywano to z sytuacją, w której kogoś poturbowano na ulicy. To jest utrata wszelkich proporcji. Chociażby po to, żeby ludzie wiedzieli, jak wygląda prawdziwa dyktatura, potrzebna jest instytucja, która będzie o tym przypominała.

IPN, podejmując słuszną akcję liczenia Polaków, którzy ratowali Żydów, usiłuje nią przesłonić fakt, że inni Polacy byli szmalcownikami

Niedługo ukaże się publikacja IPN dotycząca Romualda Rajsa „Burego”. Przy okazji nasuwa się pytanie: jak powinniśmy rozmawiać z naszymi wschodnimi sąsiadami? Niektórzy uważają, że musimy przedstawiać twardo swoje racje, inni – że w ogóle nie powinniśmy o tym rozmawiać, a jeszcze inni – że rozmawiać, ale delikatnie. Jak wiec powinniśmy postępować?

Jestem zwolennikiem tej ostatniej opcji. Tym właśnie różnię się od obecnego kierownictwa IPN-u, które, moim zdaniem, fałszywie rozumie polski interes historyczny na arenie międzynarodowej, i uważa, że musimy przede wszystkim krzyczeć bardzo głośno o naszych sprawach i racjach, a inni mają nas słuchać. To klasyczny kazus relacji polsko-ukraińskich. Niektórzy nie mogą pogodzić się z tym, że strona ukraińska nigdy nie podzieli naszych poglądów w tych sprawach i zawsze będzie patrzyła na Banderę inaczej niż my. Pytanie, co chcemy w naszych relacjach osiągnąć. Zmusić Ukraińców, żeby potępili Banderę za zbrodnie, jakich dokonał, nie on osobiście, ale OUN, którego był założycielem, a później UPA, na Polakach? Wolałbym, żebyśmy jednak próbowali im wyjaśnić, że my w Polsce zawsze na Banderę będziemy patrzeć inaczej niż oni, i nie mogą się spodziewać, że kult Bandery będzie u nas dobrze przyjmowany. Czyli: nie zgadzając się z nimi, uznajmy ich prawo do kultu swoich bohaterów. Interesuje nas sprawa ekshumacji szczątków ofiar na terytorium Ukrainy, i o tym powinniśmy z nimi rozmawiać, natomiast ocenę roli Bandery zostawmy do dyskusji specjalistom podczas konferencji naukowych. Możemy też w zamian za dokumenty dotyczące zbrodni NKWD na Polakach dać im dokumenty dotyczące akcji „Wisła” i innych zbrodni komunistycznych, popełnionych na ludności ukraińskiej na terytorium polskim.

Moim zdaniem powinniśmy preferować kierunek rozmów sprzyjający szukaniu obszarów, w których porozumienie jest możliwe. Tymczasem prężymy muskuły, w efekcie czego, zdaje się, nie ma możliwości prowadzenia zaplanowanych wcześniej działań ekshumacyjnych na terytorium Ukrainy. Podobnie jest w relacjach polsko-żydowskich. IPN, podejmując słuszną akcję liczenia Polaków, którzy ratowali Żydów, usiłuje nią przesłonić fakt, że inni Polacy byli szmalcownikami. Byli i tacy i tacy. Trzeba badać i jednych i drugich. Prawdopodobnie nie da się ich dokładnie policzyć i nigdy nie będziemy mieć wiarygodnych badań, które pokażą nam, jaki odsetek był po jednej, a jaki po drugiej stronie, w sposób niebudzący wątpliwości. Natomiast nie ulega wątpliwości, że większość była po prostu obojętna, i wszystkim na świecie, którzy nas za to krytykują, warto zadawać proste pytanie: czy są absolutnie pewni swojego osobistej postawy, w sytuacji gdyby za pomaganie Żydowi groziła kara śmierci nie tylko im samym, ale i ich najbliższym. Pytanie do strony żydowskiej jest z kolei takie, czy z uwagi na wspólną historię chce z nami kontynuować trudny dialog, czy też woli iść drogą ministra Katza, który swoimi bredniami o wysysaniu przez Polaków antysemityzmu z mlekiem matki wyklucza wszelką rozmowę. Trzeba rozmawiać twardo, ale bez prężenia muskułów, a przede wszystkim bez naiwnej wiary, że uda się drugą stronę przekonać do naszych racji w 100%. Trzeba mówić o trudnych tematach, ale nie mogą one zdominować naszego przekazu.

Często wydaje nam się, że na świecie postrzegają nas źle, przez pryzmat „polskich obozów zagłady” czy „antysemityzmu wyssanego z mlekiem matki”. Czy uważa pan, że ze świadomością dotyczącą polskiej historii jest tak źle?

Ten fałsz jest dość popularny na części polskiej prawicy. Sprowadza się to do tego, że istnieją ciemne siły, które nieustannie szkalują Polskę, czego dowodem np. staje pojawiające się w światowych mediach nieszczęsne sformułowanie: „polskie obozy śmierci”. Jestem przekonany, że miażdżąca większość przypadków użycia tego sformułowania wynika z ignorancji, choć oczywiście są też przypadki celowe. Ludzie piszący o obozach mają bowiem w większości przypadków świadomość, że było to dzieło III Rzeszy, ale skoro były one zlokalizowane na terytorium polskim, to piszą „polskie obozy”. My to interpretujemy jako oskarżenie, ale nie taka jest w większości przypadków intencja, bo należałoby uznać, że np. w Ameryce Łacińskiej roi się od polonofobów. Oczywiście nie należy przestawać przeciw temu protestować, ale należy przestać to demonizować. Inny problem jest taki, że nie tyle mamy do czynienia z nieustannym szkalowaniem Polski i Polaków, co najzwyczajniej z małym zainteresowaniem naszą historią, którą powinniśmy dopiero wypromować.

Powinniśmy postawić na promocję polskiej turystyki, a przy okazji starać się, aby ktoś, kto tu już przyjedzie, dowiedział się czegoś o również naszej historii i przeszłości

Pojawiają się pomysły hollywoodzkich produkcji i innych działań, które mogłyby polską historię wypromować. Panuje wiara, że jak zrobimy wybitny film o legionach Piłsudskiego czy o „Solidarności”, to świat padnie na kolana i zakocha się w polskiej historii, jednak póki co nie ma takich arcydzieł.  Wydaje mi się, że powinniśmy iść jednak w odwrotną stronę. Powinniśmy postawić na promocję polskiej turystyki, a przy okazji starać się, aby ktoś, kto tu już przyjedzie, dowiedział się czegoś o również naszej historii i przeszłości. Turyści przy okazji mogliby zahaczyć o jakieś nowoczesne muzeum, przeczytać jakieś broszury dotyczące historii czy obejrzeć film, który zasugerowano by im w hotelu.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej