Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Bananas, czyli czubki

Antyfaszyści demaskują kolejne liczby i niedługo nie można będzie odrobić z dziećmi dodawania w słupkach, by nie zwrócić na siebie uwagi Adama Bodnara

Drzewa koją, ale jeśli coś z nich zwisa, może budzić niepokój. Nie trzeba w tym celu odwoływać się ani do historii zbawienia ani do dziejów walk na wszystkich pograniczach świata, od Dzikiego Teksasu po Dzikie Pola, gdzie, jak pamiętamy, ostał się w końcu na drewnianym palu „jeden Azja-bej; i świecił długo”. Dość sięgnąć do ironicznego, ateistycznego klasyka:

„Tam między gałązkami coś tkwiło — coś sterczało odrębnego i obcego, choć niewyraźnego… i temu przyglądał się też mój kompan.

— Wróbel.

— Acha.

Był to wróbel. Wróbel wisiał na drucie. Powieszony. Z przechylonym łebkiem i rozwartym dzióbkiem. Wisiał na kawałku cienkiego drutu, zahaczonego o gałąź.

Szczególne. Powieszony ptak. Powieszony wróbel. Ta ekscentryczność krzyczała tutaj wielkim głosem i wskazywała na rękę ludzką, która wdarła się w gąszcz — ale kto? Kto powiesił, po co, jaki mógł być powód?… myślałem w gmatwaninie, w tym rozrośnięciu obfitującym w milion kombinacji…”.

Tyle Gombrowicz („Kosmos”), a w literaturze można by znaleźć jeszcze tuzin innych zwieszających się z gałęzi, niepokojących kształtów, od roju dzikich pszczół po anakondę. Dotąd jednak nie niepokoiły, by tak rzec, tkanki roślinne: uginające się pod ciężarem owoców gałęzie sadów, czerwieniejące się wczesnojesienne liście, ba, pasożytnicze wszak kule jemioły budziły arkadyjskie rozczulenie, melancholię, przedświąteczną ckliwość. Koniec z tym: nic już nie będzie tak samo, gdy przeczytamy list Makali McNeil, opublikowany tej jesieni na łamach campusowej gazety studenckiej University of Mississippi: „Moja socjuszka z bractwa studenckiego [czy „sorority” nie powinno się tłumaczyć jako „siostrzeństwa”?] – pisze panna McNeil – zobaczyła TO jako pierwsza. Wracałyśmy (…) po zajęciach, kiedy nagle się zatrzymała. Szeroko otwarte oczy, rozchylone usta… Pokazywała palcem na drzewo, krzycząc: «Patrzcie! Patrzcie! Tam, na drzewie!». Podążyłam wzrokiem za jej wyciągniętą ręką: przez jedną z gałązek przewieszona była skórka banana. Poczułam, jak krew we mnie zastygła. Omiotłam wzrokiem teren wokół, żeby przekonać się, czy nie widać jakiegoś bezpośredniego zagrożenia. Kiedy upewniłyśmy się, że jesteśmy same, zaczęłyśmy gorączkowo zadawać pytania: «Kto mógł to zrobić?» (…) Przyjaciółka czym prędzej zrobiła zdjęcie skórce i rozesłała je wszystkim”.

Przypadek bananowej gorączki jest znaczący, bo – podobnie jak w „Kosmosie” Gombrowicza – mamy do czynienia z czymś szczególnym: obsesyjnym dodawaniem sensów zastanej rzeczywistości, reinterpretowaniem jej, aż rozbudowane uniwersum znaków zacznie nas dusić

Władze uczelni zostały natychmiast zaalarmowane, a wnikliwe śledztwo z wykorzystaniem kamer nadzorujących teren campusu pozwoliło rychło ustalić sprawcę: 19-letni Ryan Swanson ciepnął skórkę zjedzonego właśnie owocu na drzewo, ponieważ, jak wyjaśnił, w pobliżu nie było kosza. Gorąca samokrytyka i skrucha („nie ma wytłumaczenia dla bólu, jaki sprawiłem członkom naszej uczelnianej społeczności”) oczywiście nie wystarczyły: młody chuligan (choć czy nie właściwsze byłoby określenie „terrorysta”?) został zawieszony w prawach studenta, na cały dzień zawieszono również zajęcia na całej uczelni, by odbyć sesje terapeutyczne i wygłosić wykłady o naganności rasizmu. Raz jeszcze okazało się, że skecze Monty Pythona są prorocze w każdym calu: jak dowodził przed laty John Cleese w roli sierżanta, prowadzącego szkolenie z samoobrony, człowieka można naprawdę zaatakować bananem. Ryan Swanson może się cieszyć, że tym razem nie otwarto doń ognia.

Mniejsza już o histerię, jaka wybuchła na University of Mississippi. Sam staram się możliwie rzadko pisać o błazeństwach politycznej poprawności, bo mam wrażenie, że to samograj: można by spędzić życie zawodowe (zdarza się to zresztą i w Polsce, osobliwie żurnalistkom), punktując kiksy goszystów od Kanady po Kolonię. Przypadek bananowej gorączki jest jednak znaczący, bo – podobnie jak w „Kosmosie” Gombrowicza – mamy do czynienia z czymś szczególnym: obsesyjnym dodawaniem sensów zastanej rzeczywistości, reinterpretowaniem jej, aż rozbudowane uniwersum znaków zacznie nas dusić.

Zjawisko to znane jest oczywiście psychiatrii: najbardziej ogólna definicja „urojeń”, typowych dla różnych odmian schizofrenii czy zespołów paranoidalnych, to określanie ich mianem sądów, przekonań i interpretacji niepodlegających perswazji ani negocjacjom. Nie idzie mi w żadnym razie ani o stygmatyzowanie choroby, ani studentek „Ole Miss”, jak określana jest jedna z najstarszych uczelni Południa, lecz raczej o sytuacje, w których tego rodzaju nadinterpretowanie rzeczywistości jest nie tyle wynikiem choroby, co dobrowolnego wysiłku, swego rodzaju „nakręcania się”.

Oczywiście, na naszych oczach rzeczywiście toczy się swoista „wojna kryptograficzna”: antyestablishmentowcy, „biali suprematyści” i pospolici rasiści bawią się w przechytrzanie zapisów cenzury obyczajowej i publicznej. Powszechnie znane jest żonglowanie przez neonazistów liczbami „88” (jako że „H” jest ósmą literą alfabetu, ma to stanowić skrót okrzyku na cześć kanclerza Trzeciej Rzeszy) oraz „14” (słynne „Czternaście słów” suprematystycznego manifestu Davida Lane’a, głoszącego pochwałę białej rasy), ale już kombinowanie ich w ten sposób, by np. sprzedawać T-shirty i płyty neonazistowskich kapel za 14,88 USD było – za pierwszym przynajmniej razem – zgrabnym posunięciem. Antyfaszyści demaskują zresztą kolejne liczby, przebieranki stają się coraz bardziej wielopoziomowe (dwa złożone razem palce jednej dłoni i trzy – drugiej oznaczają 2 i 3, czyli 23, a dwudziesta trzecia litera w alfabecie to „W” jak „White”, czyli znów pochwała białej rasy; proste?) i niedługo nie można będzie odrobić z dziećmi dodawania w słupkach, by nie zwrócić na siebie uwagi Adama Bodnara.

Istnieje ryzyko, że demaskując w ten sposób palce, ceny i obierzyny jabłka, osiągamy skutek dokładnie odwrotny: wzbudzamy ciekawość owocu zakazanego

Istnieje jednak ryzyko, że demaskując w ten sposób palce, ceny i obierzyny jabłka, osiągamy skutek dokładnie odwrotny: wzbudzamy ciekawość owocu zakazanego. To mechanizm stary jak świat: nikt chyba nie opisał go lepiej niż Mrożek w pysznym opowiadaniu „Dzieci” o gromadce lepiącej bałwanki, która – ze skarg, kierowanych przez różne oburzone persony – ze zdumieniem dowiaduje się, że marchewka oznacza przytyk do czerwonego nosa sprzedawcy gazet, a trzy kule, z których zbudowały bałwana – że w gminnej spółdzielni jeden złodziej siedzi na drugim.

Bawiąc się w podobną czujność, można się zakiwać ze szczętem. Dzieci u Mrożka najpierw wśród łez zapewniają, że wcale nie chciały obrazić pana sprzedawcy, ale następnego dnia ochoczo lepią ze śniegu jego podobiznę („Zrobimy czerwony nos. On ma czerwony nos, bo pije wódkę. Sam wczoraj powiedział”). Młodzi rasiści w stanie Mississippi dowiedzieli się właśnie, że najlepszy sposób na wkurzenie i przestraszenie bliźnich to sporządzenie girlandy z bananowych skórek. Ja zaś, odkąd dowiedziałem się o całej sprawie, zerkam podejrzliwie na skórkę słoniny, powieszoną na naszym podwórku. „Dla sikorek”? He he, akurat. Jeśli to aluzja do tego, że przypominam posturą ojca Świnki Peppy, to już trudno: z faktami nie sposób się spierać. Ale jeśli to, uchowaj Boże, kolejna w Polsce demonstracja antyislamska?

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Do stycznia 2017 r. redaktor magazynu „Plus Minus”. Lubi sielanki.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Bananas, czyli czubki”

  1. LoonWed pisze:

    Toż było by to nawet i komiczne gdyby nie zajadłość środowisk predystynujacych do rządu dusz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz