10 płyt, które musicie przesłuchać przed następnym kryzysem

W 2014 r. muzycznie wspominaliśmy Wielką Wojnę, dyskutowaliśmy o Wielkiej Emigracji – i żegnaliśmy Wielki Zespół

W 2014 r. muzycznie wspominaliśmy Wielką Wojnę, dyskutowaliśmy o Wielkiej Emigracji – i żegnaliśmy Wielki Zespół.

Dzięki rozwojowi techniki przy stosunkowo niskich kosztach możliwe jest spotkanie praktycznie każdego muzycznego twórcy i odbiorcy. Negatywnym skutkiem ubocznym jest to, że muzyczne światy odbiorców mogą właściwie się nie przecinać, przez co coraz mniej owoców pracy artystów osiąga status uniwersalnych dóbr kultury, zapisując się w jej historię. Chciałbym zaproponować czytelnikom poznanie tego, co w ubiegłym roku było moim zdaniem w muzyce najciekawsze – i przez zachęcenie do zapoznania się z nimi zaprosić do przecięcia naszych muzycznych światów. Uważam, że co najmniej część zaprezentowanych przeze mnie albumów zasługuje na to, by budować kanon melomana.

Opowieść o rzezi

Jedną z nich jest płyta „Lament” niemieckiego zespołu industrialnego Einstürzende Neubauten. Muzyczny wehikuł łączący XX i XXI w. zaczyna jazdę od zgrzytu kół zembatych i pisku metalowych sprężyn. Na krążku znalazł się zestaw utworów napisanych dla uczczenia stulecia wybuchu I wojny światowej – na zamówienie belgijskiego miasta Diksmuide całkowicie zniszczonego podczas tego konfliktu. Dźwięki wydobywane m.in. z własnoręcznie zrobionych instrumentów ilustrują często nieznane historie związane z Wielką Wojną – takie jak pieśni murzyńskich żołnierzy amerykańskich, którzy ze względu na rasizm panujący wśród dowódców walczyli w oddziale oddanym pod… francuską komendę. A jednak sprawdzają się nie tylko jako tło dla odtwarzania opowieści, lecz również jako melodyjny akompaniament do inteligentnych utworów opisujących ten konflikt.

Artyści piosenką „Hymnen” przypomnieli ciekawy fakt, iż do dziś hymn narodowy wielu państw opiera się na melodii znanej przede wszystkim jako brytyjskie „God Save The Queen (King)”. W 1914 r. należały do nich także Niemcy – muzycy EN skompilowali tekst angielski i niemiecki, kończąc piosenkę fragmentem parodii hymnu niemieckiego z epoki opisującej cesarza zajadającego się gęsią i obywateli, którym pozostały tylko ziemniaki i śledziowe ogony na papierze pakowym. Z kolei „The Willy-Nicky Telegrams” oparte są na autentycznych wiadomościach, które wysyłali sobie cesarz Niemiec i rosyjski car w przededniu konfliktu, „drodzy kuzyni” nawołujący się nawzajem do wstrzymania eskalacji. Przepuszczone przez vocoder głosy obdarzają się nawzajem słowami uznania – już niebawem ich „właściciele” zgotują swoim poddanym rzezie, jakich wcześniej świat nie widział.

Płyta pokoleniowa

Trudna jest ta muzyka, któż jej może słuchać? Na pewno niewielu, tak jak niewielu twórców odczuwa potrzebę obudowywania przekazu dźwiękami, które docenić mogą jedynie prawdziwi koneserzy odgłosów wydawanych przez sprzęt AGD. Czesław Mozil na swej „Księdze emigrantów cz. I” pokazał, że można też przedstawić ważki temat w sposób znacznie bardziej przystępny. Niestety w myśl zasady, że lubimy te piosenki, które znamy, a nie lubimy tych, których nawet nie słuchaliśmy, artysta (bo nawet nie album) spotkał się z potężną krytyką ze strony zwłaszcza konserwatywnych „recenzentów”. Szczególną awersję wywołał promujący go utwór „Nienawidzę cię, Polsko”. Długo można by pisać o tym, że ta piosenka tak naprawdę nie jest o nienawiści, ale o miłości (obie postawy dzieli przecież cienka linia). Gdy wsłuchać się w całą płytę, okaże się, że to pod względem tekstowym gorzka, a zarazem błyskotliwa diagnoza sytuacji Polaków w kontekście wielkiej poakcesyjnej fali emigracji.

Inaczej niż inni matuzalemowie muzyki rozrywkowej Robert Plant stara się eksplorować nowe terytoria

Autor tekstów Michał Zabłocki pokazuje zwłaszcza ciemne strony zjawiska – statusową degradację („Tango magister”), a także to, że Polak wyjeżdżający za granicę rzadko będzie traktowany rzeczywiście na równi z autochtonami („Biały Murzyn”). Tematem jest również chęć utrzymania związku z krajem, czy to przez środki masowego przekazu („Satelita”), czy uczęszczanie na niedzielną Eucharystię, która dla wielu staje się przede wszystkim możliwością spotkania z rodakami („Do kościoła”). Muzycznie to płyta nierówna, w większości kawałków instrumenty ograniczają się do zwykłego akompaniamentu. Utrzymana jest głównie w typowym Mozilowskim stylu folku miejskiego, choć można spotkać także urozmaicające całość piosenki, takie jak przywodzące na myśl „Beat it” Michaela Jacksona „Do kościoła” czy electro-popowe „Nienawidzę…”. Autor płyty z reguły przejawia talent do chwytliwych melodii, ale nawet jeśli jego specyficzny styl nie przypada nam do gustu, to choćby ze względu na zawartość tekstową krążka warto się z nim zapoznać.

W poszukiwaniu geniuszu

Ktoś może jednak powiedzieć, że muzyka nie jest od tego, by debatować nad poszczególnymi strofami, ale by być słuchana ze względu na swoje walory estetyczne. Są artyści, których słucham w poszukiwaniu iskry geniuszu, jaka kiedyś pozwoliła im stworzyć dzieła, które zapisały się w historii muzyki. Takim twórcą jest Robert Plant. Inaczej niż inni matuzalemowie muzyki rozrywkowej (wśród których palmę pierwszeństwa dzierży nieśmiertelny w swym smędzeniu Mark Knopfler) były wokalista Led Zeppelin stara się eksplorować nowe terytoria.

Efekt jest, delikatnie mówiąc, różny – nad płytą wydaną z amerykańską gwiazdą bluegrass Alison Krauss można było usnąć, album wydany wspólnie z Band of Joy wleciał jednym uchem i wyleciał drugim. Jednak Plant na „Lullaby and… The Ceaseless Roar” wzbił się na wyżyny. Były wokalista Led Zeppelin na starość już nie wyciąga tyle mocy z głosu, ile niegdyś, wokalnie postawił na liryzm i oszczędność – jednak przede wszystkim pochwały należą mu się za producenckie łączenie odległych od siebie światów, takich jak elektronika, blues, rock, angielski folk i afrykańska muzyka ludowa. Czas spędzony przy słuchaniu tej płyty pozwala odpłynąć („Embrace Another Fall” z pięknym, tęsknym śpiewem Julie Murphy) lub pobawić się w muzycznego detektywa poszukującego ukrytych smaczków („Little Maggie” będąca przeróbką tradycyjnej angielskiej piosenki). Niby to wszystko już było (choćby na „III” Zeppelinów czy „No Quarter” wydanej z Jimmym Page’em), ale… jednak nie. Jedyne, co można zarzucić tej płycie, to pojawianie się w niektórych utworach pewnego mechanicyzmu narzuconego przez matematycznie wymierzone bity i perfekcjonistyczne zagrywki instrumentalistów.

Szukaniem inspiracji w starociach zajmują się coraz młodsi, na co dowodem są 20-letni Islandczycy z The Vintage Caravan, którzy zaintrygowali mnie swoją płytą „Voyage” nagraną pod wielkim wpływem stonera lat 90. i Black Sabbath

Czymś na wskroś odmiennym jest nagrana przez zespół Primus płyta „Primus and the Chocolate Factory With the Fungi Ensemble”. Być może niektórzy czytelnicy zauważyli już nawiązanie do książki dla dzieci Roalda Dahla „Charlie i fabryka czekolady” – grupa nagrała bowiem przeróbkę ścieżki dźwiękowej do filmowej adaptacji tego dzieła z 1971 r. Jedyny w swoim rodzaju komiczny, przerysowany styl Primus nadaje tej muzyce groteskowego i jednocześnie jeszcze bardziej przerażającego charakteru. Trudno mi np. wyobrazić sobie, by po przesłuchaniu kolejnych przestróg, które słyszą niesforne dzieciaki zwiedzające tytułową fabrykę („Oompa Augustus”, „Oompa Violet” itd.), ktoś miał jeszcze ochotę na przedawkowanie czekolady (albo telewizji).

Czysta zabawa – i koniec jazdy

Rok 2014 obfitował także w wydawnictwa oferujące przede wszystkim dobrą zabawę. Rzuca się w uszy, jaką żywotnością cieszą się stare style muzyczne odświeżane przez coraz to młodszych muzyków. „Lazaretto” Jacka White’a będące różnorodną podróżą przez stylistykę lat 50., 60. i 70. XX w. stanowi dobitny dowód na muzyczną aktualność hard rocka czy bluesa. Glen Hughes i Jason Bonham (syn tego Bonhama: legendarnego perkusisty Led Zeppelin) starają się rozwijać swoją wersję opartego na sekcji rytmicznej hard rocka (którego emanacją był ich poprzedni projekt Black Country Communion) w projekcie California Breed, który w ubiegłym roku wydał krążek pod tym samym tytułem. Choć nazywanie Elin Larsson, wokalistki amerykańsko-szwedzko-francuskiego ansamblu Blues Pills „nową Janis Joplin” jest stanowczym nadużyciem, to jego wydawnictwo „Blues Pills” sprawdza się jako przyjemna blues-rockowa odskocznia od czysto męskiego rocka.

Szukaniem inspiracji w starociach zajmują się coraz młodsi, na co dowodem są 20-letni Islandczycy z The Vintage Caravan, którzy zaintrygowali mnie płytą „Voyage” nagraną pod wielkim wpływem stonera lat 90. i Black Sabbath. Dobrą wiadomość mam również dla fanów AC/DC: wraz z „Rock or Bust” grupa wydała szesnasty taki sam album w swojej karierze.

W podsumowaniu nie może zabraknąć także „The Endless River” Pink Floyd. Nie dlatego że był to longplay szczególnie oryginalny ani też że wyróżniał się w dyskografii Anglików. Trudno znaleźć słabszą płytę Floydów, poza „The Final Cut” czy niestrawnym, choć niewątpliwie istotnym w rozwoju muzycznym grupy „Ummagumma” – co jednak w przypadku tak genialnej grupy wcale nie musi być obelgą. Album mieści się stylistycznie w sposobie grania zaprezentowanym przez grupę na „The Division Bell” – i nic dziwnego, w końcu szkielety utworów powstały w trakcie tej samej sesji. I słucha się jej dobrze, jest wyśmienitym tłem do różnego rodzaju aktywności, pozwala się odprężyć, ale trzeba jej słuchać naprawdę sporo (mnie się to akurat zdarzyło), by zapamiętać coś poza jedyną piosenką na krążku („Louder than Words”).

Więc dlaczego właściwie warto o niej wspomnieć? Dlatego że to Koniec. Jeszcze przed wydaniem krążka David Gilmour oświadczył, że będzie to ostatni album grupy, jej pożegnanie ze słuchaczami – myślę, iż można mu wierzyć. Zatem dla zespołu, który ukształtował współczesną muzykę jak mało kto, to koniec podróży. Choć nie dla nas, którzy będziemy dalej płynąć po niekończącej się rzece dźwięków.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 1 (55)/2015, 7 STYCZNIA–3 LUTEGO, CENA: 0 ZŁ
Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz