Wojna o futra

Aktualności,

Wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt futerkowych to jedna z licznych zmian proponowanych przez projektodawców. Żadna inna nie wzbudza jednak aż tak wielkich emocji i kontrowersji. Wzajemne oskarżenia o lobbing, emocjonalne dyskusje pełne epitetów – tak wygląda znaczna część debaty wokół tego tematu, która trwa już od wielu lat. Przedstawiony właśnie projekt to bowiem nie pierwsza próba wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt futerkowych: nawet w obecnej kadencji to już drugie podejście. Te ogromne kontrowersje wynikają z tego, że z jednej strony pojawiają się głosy ekologów, którzy domagają się bezwarunkowej ochrony cierpiących zwierząt, a z drugiej strony – wszystkich tych, którzy wskazują na istnienie dochodowej branży, dającej utrzymanie licznej rzeszy pracowników na nierzadko biednych terenach wiejskich. A branża ta w wyniku zakazu zostanie przejęta przez zagraniczną konkurencję. Wniesiony ostatnio do Sejmu projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt oznacza zatem likwidację dochodowej branży dla realizacji ideologicznych celów, które i tak nie zostaną osiągnięte.

Wniesiony ostatnio do Sejmu projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt oznacza zatem likwidację dochodowej branży dla realizacji ideologicznych celów, które i tak nie zostaną osiągnięte

Warto wskazać kilka liczb dotyczących rynku hodowli zwierząt futerkowych, by uświadomić sobie skalę problemu. Polska jest obecnie światowym potentatem w tej branży, drugim w Europie i trzecim na świecie producentem skór, dostarczającym ponad 17% światowej produkcji. Lepsi od nas są tylko Duńczycy i Chińczycy. Według różnych szacunków polscy rolnicy osiągają z tego tytułu roczne przychodzi od 400 mln do 600 mln euro, a wartość eksportu wynosi 1,3 mld zł. Kwoty te wypracowywane są przez branżę, na którą składa się łącznie 1114 ferm, z czego najwięcej zlokalizowanych jest w województwach wielkopolskim i zachodniopomorskim. Łącznie zapewniają one ok. 13 tysięcy miejsc pracy bezpośrednio na fermach oraz dochód dla ok. 40 tysięcy pracujących w firmach powiązanych z hodowlą. Branża ta wyróżnia się rentownością, przynosząc wpływy do budżetu państwa, małe gospodarstwa przeciętnie przynoszą ok. 96 800 zł, a duże – ok. 486 000 zł w podatkach. Wszystkie te dane nie robią jednak większego wrażenia na radykalnych zwolennikach wprowadzenia zakazu, zgodnie z ich argumentacją nie można bowiem stawiać kwestii ekonomicznych ponad etyczne. Pomijając już wątpliwość samego przedstawiania w ten sposób sprawy (czy etyczne jest pozbawianie z przyczyn ideologicznych tysięcy ludzi źródła utrzymania?) i zakładając nawet słuszność takiego rozumowania, warto rozważyć czy powzięte środki dla realizacji celu jakim jest poprawa dobrostanu zwierząt i ochrona środowiska są właściwe. Myślę, że nikt, kto posiada choćby elementarną wrażliwość nie jest obojętny na los zwierząt, które potrafią odczuwać ból i cierpieć. Jednocześnie rozsądne podejście wymaga wystrzegania się radykalnych środków, które oprócz efektów ubocznych są wątpliwymi narzędziami do realizacji założonych celów. Zakaz hodowli zwierząt futerkowych w Polsce nie spowoduje spadku popytu na futra na świecie. Zgodnie więc z elementarnymi prawami ekonomii, ceteris paribus zmniejszenie podaży przy niezmiennym popycie spowoduje wzrost cen, który w efekcie spowoduje ponowny wzrost podaży – tylko że w innym miejscu. Te inne miejsca to przede wszystkim Chiny i Rosja, które w dużej mierze przejmą nasz rynek. Warto w tym miejscu podkreślić, że polskie hodowle wyróżniają się bardzo rygorystycznymi regulacjami dotyczących dobrostanu zwierząt, podczas gdy chińskie i rosyjskie to często wolna amerykanka, gdzie nikogo nie obchodzi ich los. Paradoksalnie zatem wprowadzenie bezwzględnego zakazu w Polsce przyczynić się może wręcz do pogorszenia losu zwierząt futerkowych.

Polskie hodowle wyróżniają się bardzo rygorystycznymi regulacjami dotyczących dobrostanu zwierząt, podczas gdy chińskie i rosyjskie to często wolna amerykanka, gdzie nikogo nie obchodzi ich los

Nie oznacza to jednak, że nie należy robić nic, i że los zwierząt powinien być dla nas całkowicie obojętny. Znacznie lepszym jednak rozwiązaniem od radykalnych działań (budzących również poważne wątpliwości konstytucyjne) są rozwiązania, które zachowają naszą branżę i zatrudnienie dla tysięcy ludzi, a jednocześnie przyczynią się do poprawy dobrostanu zwierząt. Należy dokonać przeglądu licznych obecnie obowiązujących przepisów regulujących prowadzenie hodowli oraz analizy przypadków nieprawidłowości tak, by poprawić nadzór nad przestrzeganiem prawa oraz ewentualnie zaostrzyć sankcje dla hodowców za jego nieprzestrzeganie. Pojawiające się sygnały o nieprawidłowościach świadczą bowiem o tym, że istnieją możliwości poprawy dobrostanu zwierząt poprzez jeszcze bardziej rygorystyczne regulacje i lepszą ich egzekucję. Jednocześnie trzeba pamiętać, że sami hodowcy narzucają sobie coraz surowsze normy, wprowadzając choćby Kodeks Dobrych Praktyk, czy implementując system certyfikacji WelFur, czemu należy przyklasnąć i wspierać tego typu inicjatywy (również za pomocą narzędzia sankcji rozsianych). Idąc w tym kierunku zamiast ideologicznego zacietrzewienia, które jest szkodliwą drogą donikąd, spróbujmy znaleźć kompromis, który nie uderzy w hodowców, a jednocześnie przyczyni się do poprawy losu zwierząt.