Wisząc na Turcji

Aktualności,

Decyzja o przymusowym rozdziale uchodźców oznacza, że Bruksela zamiast zamykać granice przed przybyszami organizuje nowe miejsca na ich przyjęcie. A zatem Komisja wbrew słowom przewodniczącego Tuska wzywa ich: „Przyjeżdżajcie!”

Jeszcze niedawno wydawało się, że kanclerz Angela Merkel, a za jej sprawą instytucje unijne, poszły po rozum do głowy i zaczęły zmieniać dotychczasową politykę migracyjną, po cichu przymykając drzwi do Europy. Hasłem do zmiany miał być apel do imigrantów wygłoszony na początku marca tego roku przez przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska: „Nie przyjeżdżajcie do Europy, nie ufajcie przemytnikom. Nie ryzykujcie waszego życia i waszych pieniędzy. To bezcelowe. Żaden kraj europejski nie będzie krajem tranzytowym”.

Wszystko wskazywało na to, że kryzys migracyjny da się opanować. O dziwo zadziałało zawarte pod koniec lutego porozumienie ministrów spraw wewnętrznych Austrii i państw bałkańskich zamykające tzw. trasę bałkańską – najczęściej wybieraną przez imigrantów drogę do Europy. I to pomimo że nie miało ono błogosławieństwa Unii Europejskiej i było kontestowane przez Niemcy. Zadało on kłam propagandzie imposybilizmu, którą rozpowszechniała kanclerz Angela Merkel, twierdząc, że nie da się fizycznie zatrzymać fali migracyjnej. Austria i kraje bałkańskie udowodniły, że jednak się da – w ostatnich dwóch miesiącach liczba imigrantów docierających do Niemiec drastycznie spadła.

Jednak wbrew tym doświadczeniom, Bruksela najwyraźniej nie ma zamiaru zmieniać dotychczasowej polityki. Ostatnie, przedstawione przez Komisję Europejską, propozycje nałożenia kar finansowych na kraje UE odmawiające przyjęcia uchodźców, są desperacką próbą ratowania polityki otwartych drzwi. Powtórzeniem zaproszenia milionów mieszkańców Bliskiego Wschodu i Afryki, którzy chcieliby żyć w nowej ziemi obiecanej. Propozycje Komisji, niezależnie od tego, czy państwa członkowskie wyrażą na nie swoją zgodę, czy nie, są wyraźnym sygnałem dla imigrantów, wskutek którego fala migracyjna będzie narastać. A to z dwóch powodów.

Po pierwsze, za sprawą wprowadzenia ruchu bezwizowego z Turcją. Eksperci spodziewają się, że na wędrówkę do Europy zdecydują sie miliony obywateli tureckich; zarówno Kurdowie, którym prezydent Erdogan wydał bezwzględną wojnę, jak i niepiśmienna biedota ze wschodniej Anatolii, która w ten sposób poprawi swój los. Szacuje się, że nawet do 500 tys. Turków złoży wnioski o azyl w UE. Doprowadziłoby to do absurdalnej sytuacji: Turcja importowałaby dalej irackich i syryjskich uchodźców z UE eksportując do Unii własnych. Nawet 400 tys. Kurdów musiało w skutek ofensywy Ankary opuścić swoje domy i nie ma się gdzie podziać. 

Liberalizacja wizowa jest dla Erdogana kluczowym elementem umowy z Brukselą. Ważniejszym od obiecanych 6 miliardów euro pomocy finansowej czy reaktywacji negocjacji akcesyjnych. Brak możliwości swobodnego podróżowania do UE Turcy zawsze uważali za upokorzenie. Zniesienie wiz byłoby ogromnym sukcesem, który turecki prezydent mógłby wykorzystać w polityce wewnętrznej. Wzmocni ono także uzależnienie Unii od Turcji w kwestii zarządzania kryzysem imigracyjnym. Jeśli wskutek napływu Turków do Europy, Bruksela zdecydowałaby się z powrotem wprowadzić wizy, Erdogan może otworzyć granicę z Grecją, która szybko zostałaby zalana uchodźcami.

Po drugie, decyzja o przymusowym rozdziale uchodźców oznacza, że Bruksela zamiast zamykać granice przed przybyszami organizuje nowe miejsca na ich przyjęcie. A zatem Komisja wbrew słowom przewodniczącego Tuska wzywa ich: „Przyjeżdżajcie!”. Nie ulega wątpliwości, że za tymi propozycjami stoi kanclerz Niemiec, Angela Merkel. Jej upór w forsowaniu polityki otwartych drzwi jest irracjonalny, albowiem nie stoją za nią żadne racjonalne przesłanki.

Imigranci z Bliskiego Wschodu i Afryki nie są żadna receptą na kryzys demograficzny, jaki od dziesięcioleci dotyka RFN. W zdecydowanej większości to bowiem funkcjonalni analfabeci. Migracja ma sens tylko pod warunkiem, że niemiecki rynek pracy zasilą wysoko kwalifikowani specjaliści, który zarobią nie tylko na siebie, ale przede wszystkim na systemy opieki zdrowotnej i emerytalno-rentowej. Natomiast zdecydowana większość przybywających dziś do Niemiec to osoby nieznające niemieckiego, niepiśmienne i beż żadnych kwalifikacji. A wiec będą oni obciążeniem, a nie wsparciem dla struktur niemieckiego państwa socjalnego.

Nie przyczynią sie oni również do tak oczekiwanej przez środowiska lewicowe denacjonalizacji mentalności Niemców i do stworzenia nowego wspaniałego społeczeństwa wielokulturowego. A to dlatego, że izolują się i tworzą zamknięte społeczeństwa równoległe. A przecież warunkiem multi-kulti jest mieszanie się różnorodnych ras, kultur i tradycji. Niemieccy politycy od dawna mają świadomość porażki ideałów wielokulturowości. Angela Merkel już kilka lat temu głosiła, że integracja przybyszów z Bliskiego Wschodu zakończyła się porażką.

Skąd więc ten irracjonalny upór? Trudno znaleźć na to sensowną odpowiedź. Wiele wskazuje, że jest on klasycznym przejawem hybris. Zbyt długo sprawowana władza po prostu zaburza zmysł rzeczywistości. Kanclerz Niemiec, która do niedawna była najpotężniejszym politykiem Europy, nie potrafi pojąć, że może nie mieć racji.