Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu?
Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Więzienia CIA, czyli witajcie w republice buraczanej

W całej dyskusji najmniej miejsca zajmuje rzecz najistotniejsza: potwierdzenie polskiej peryferyjności. I pytanie: jaką peryferią jesteśmy?

W całej tej dyskusji najmniej miejsca zajmuje rzecz najistotniejsza: potwierdzenie polskiej peryferyjności. I pytanie: jaką peryferią jesteśmy? Dążącą do poprawy swojej sytuacji czy bezwiednie podtrzymującą swoją trzeciorzędność?

Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka skazujący Polskę za pozwolenie CIA na torturowanie na jej terytorium terrorystów doczekał się już wielu komentarzy. Szeroko rozumiana prawica bagatelizuje problem, lekceważąc fakt łamania prawa w imię wyższych wartości: bezpieczeństwa narodowego i sojuszu z USA. Lewica z kolei basuje ETPCz, wzywając do rozliczenia winnych.

Jednak w całej tej dyskusji najmniej miejsca zajmuje rzecz najistotniejsza: potwierdzenie polskiej peryferyjności. I – otwarte w tej sprawie, warte ciągłego powtarzania przy każdej okazji – pytanie: jaką peryferią jesteśmy? Dążącą do poprawy swojej sytuacji czy bezwiednie podtrzymującą swoją trzeciorzędność?

Najpierw zadajmy sobie jednak inne, podstawowe w sprawie tych więzień, pytanie: dlaczego Amerykanie nie torturują swoich wrogów u siebie, tylko na Kubie (Guantánamo), w Polsce czy Rumunii? Bo chcą zjeść ciastko i mieć ciastko: nie rezygnując z wizerunku szermierza wolności (i innych praw człowieka), móc sprawnie przyciskać terrorystów i wyciskać z nich to, co trzeba. Lubią też – jeszcze bardziej niż ongiś Brytyjczycy – załatwiać swoje sprawy cudzymi rękami. Przeniesienie tortur na zewnętrzne terytoria oznacza przecież przerzucenie na ich właścicieli znacznej części odpowiedzialności za łamanie międzynarodowych konwencji. Vide wyrok ETPCz właśnie.

Jednak imperium zza Atlantyku nie prowadzi tego rodzaju działalności u rzeczywiście ważnych sojuszników, takich jak Japonia, Korea Południowa czy Wielka Brytania. Nie – to zadania dla członków globalnego interioru: Polski, Kambodży, Tajlandii (to z nimi mieliśmy rywalizować o lokalizację więzień). Tak jak nie zdarzają się katastrofy takie jak smoleńska z czołowymi przywódcami niemieckimi czy choćby hiszpańskimi na pokładzie, ale z rwandyjskimi, panamskimi, bośniackimi czy polskimi – już tak, tak samo w poważnych krajach sojuszniczych nie torturuje się wrogów imperium. Co innego na głębokich peryferiach.

W poważnych krajach sojuszniczych nie torturuje się wrogów imperium. Co innego na głębokich peryferiach

Tam handlowanie suwerennością – bo tym przecież jest oddawanie części terytorium w swobodne gospodarowanie zewnętrznym instytucjom (w tym przypadku CIA) – nie jest niczym niezwykłym. Jako że na peryferiach takie „abstrakcyjne” wartości nie są uważane za bezcenne, kluczowe jest tam pytanie: co w zamian? Czy użyczaliśmy swojego terytorium tylko za dobre słowo przedstawicieli imperium, czy za jakieś wymierne i adekwatne korzyści? Czy sprzedaliśmy się tanio, czy drogo?

Dobrze by było odpowiedzieć sobie na te pytania. Rzuciłoby to nieco więcej światła na to, jaką peryferią byliśmy dziesięć lat temu.

Słuchając przed laty lamentów SLD-owskich elit na zwodzenie przez Amerykanów po tym, jak nic nie dostaliśmy z irackiego tortu po wsparciu inwazji na ten egzotyczny kraj, czy jak teraz niedawni mocarze polskiej polityki Miller i Kwaśniewski w sprawie owych więzień CIA plączą się w zeznaniach i wzajemnie oskarżają, trudno oprzeć się wrażeniu politycznej amatorszczyzny. A dokładniej: tego jej rodzaju, który objawia się, gdy świetnie radzący sobie na lokalnej scenie kacyk staje oko w oko z przedstawicielami mocarstw. I nagle zaczyna wyglądać jak wzbudzający strach na własnym osiedlu dresiarz przy prawdziwym mafiosie.

Ten typ niekompetencji zwykle prowadzi na peryferiach do oddawania wszystkiego za nic. Jeśli potwierdziłyby się doniesienia „Washington Post” o przywiezionych w kartonach 15 mln dol. jako jedynym rachunku za tę (znaczącą przecież) polską przysługę dla supermocarstwa, świadczyłoby to o tym gorszym rodzaju peryferyjności.

Niemniej sprawę należy dopiero dokładnie wyjaśnić. I wtedy ponownie, ogólnonarodowo przedyskutować. Bo między bajki można włożyć pojawiające się wciąż zaklęcia o tajności, w sytuacji gdy sprawa jest już od dawna publiczna.

[wykres]

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 31 (43)/2014, 31 LIPCA–6 SIERPNIA, CENA: 0 ZŁ
Bartłomiej Radziejewski – prezes i założyciel Nowej Konfederacji, ekspert ds. międzynarodowych zainteresowany w szczególności strukturą systemu międzynarodowego, rywalizacją mocarstw, sprawami europejskimi. Autor książki "Nowy porządek globalny", a także "Między wielkością a zanikiem", współautor "Wielkiej gry o Ukrainę", opublikował także setki artykułów, esejów i wywiadów. Pomysłodawca i współtwórca dwóch think tanków i dwóch redakcji, prowadził projekty eksperckie m.in. dla szeregu ministerstw, międzynarodowych korporacji, Komisji Europejskiej. Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator, dziennikarz. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w "Rzeczpospolitej" Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika "Fronda". Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem "Rzeczy Wspólne". W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. W roku 2022 współtwórca i dyrektor programowy Krynica Forum. Publikował w wielu tytułach prasowych, od "Gazety Wyborczej" po "Gazetę Polską".

Nasi Patroni wsparli nas dotąd kwotą:
11 075 / 40 200 zł (cel miesięczny)

27.55 %
Wspieraj NK Dołącz

Komentarze

Dodaj komentarz

Zobacz

Zarejestruj się i zapisz się do newslettera, aby otrzymać wszystkie treści za darmo