Wiarygodność MSZ pod znakiem zapytania

Aktualności,

Zamieść pod dywan – to ewidentna już taktyka kierownictwa ministerstwa spraw zagranicznych wobec afery zdymisjonowanego tydzień temu wiceszefa dyplomacji Roberta Greya. „Nie ma sprawy”, „to normalna, rutynowa zmiana” – mówi kierujący dyplomacją Witold Waszczykowski. Szef jego gabinetu politycznego Jan Parys ocenia z kolei Greya jako człowieka „pracowitego, inteligentnego i życzliwego”. Dodając, że „zatrudniamy w resorcie parę set osób, które nie są Polakami” i że „pewne środowiska” negatywnie przyjmują dekomunizującą kadry MSZ nowelizację ustawy o służbie zagranicznej i z tego wynikają oskarżenia i spekulacje medialne.

Zostawmy na boku insynuacje o koniecznym związku między drążeniem afery Greya a posiadaniem teczki w Moskwie. Faktem jest, że doszło do nagłej dymisji w przeddzień wyjazdu polskiej delegacji do Szwecji. Faktem jest przedziwny życiorys ex-wiceministra: syn krawca błyskawicznie (po 2 latach pobytu) uzyskuje amerykańskie obywatelstwo, kończy trzy drogie uczelnie w USA, robi szybką karierę w instytucjach publicznych i dużych firmach. Po powrocie do Polski wiedzie mu się równie dobrze, acz byli pracodawcy i współpracownicy oceniają go z dużą rezerwą; „na przemyśle obronnym nie znał się wcale” – to opinia z Polskiego Holdingu Obronnego, „to ściemniacz” – ocenia z kolei źródło z Uniwersytetu Warszawskiego. „Gazeta Wyborcza” podniosła także, że w Biurze ONZ ds. Partnerstw, którym Grey miał jakoby kierować, zaprzecza się jakiejkolwiek współpracy. Faktem jest, że mamy do czynienia z człowiekiem wyrosłym i ukształtowanym w USA, nie w Polsce. Faktem jest wreszcie, że dwa polskie dzienniki podniosły zarzut jego współpracy z CIA, powołując się na anonimowe wypowiedzi polityków PiS. Do tego dochodzi wątek wielomilionowej dotacji z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju dla firmy Greya, której przygląda się Centralne Biuro Antykorupcyjne.

Sprawa musi zostać wyjaśniona. Na szali są strategiczne interesy Polski, z rozgrywką supermocarstw i ogromnymi pieniędzmi w tle

Mamy więc do czynienia z wielowymiarowym skandalem. Po pierwsze, niezależnie czy mówimy o agencie, lobbyście czy cwaniaku, umieszczenie takiej postaci na kluczowym strategicznie odcinku relacji z USA i Azją oraz dyplomacji gospodarczej oznacza, że mogło dojść do zagrożenia najżywotniejszych interesów Polski. Związanych z próbą otwarcia na Chiny i projektem Nowego Jedwabnego Szlaku z jednej strony, negocjacjami umów TTIP i CETA z drugiej.

Po wtóre, nasuwa się pytanie: czy polski kontrwywiad istnieje tylko teoretycznie?

Po trzecie, taka nominacja musiała zostać odebrana na światowych salonach dyplomatycznych jako jasny sygnał, że Polska nie prowadzi samodzielnej względem Waszyngtonu polityki zagranicznej.

Po czwarte, nie można wykluczyć możliwości, że nominacja Greya była przedmiotem dyplomatycznej wymiany: że polski rząd „sprzedał” ją w zamian za jakieś ustępstwo czy koncesję ze strony Waszyngtonu. Wówczas z wielką mocą należałoby zadać tak pytanie o dopuszczalność takiej transakcji, jak i o jej cenę.

Po piąte, pozostanie Greya w MSZ to przejaw trudnego do zrozumienia pójścia resortu w zaparte.

Sprawa musi zostać wyjaśniona. Podkreślmy: na szali są strategiczne interesy Polski, z rozgrywką supermocarstw i ogromnymi pieniędzmi w tle. Paradoksem nagłej dymisji Greya mogła być przy tym próba zwrotu polskiego rządu w stronę większej asertywności względem Ameryki. Czas pokaże, czy tak było rzeczywiście.

Niezależnie od tego, żaden szanujący się zwolennik podmiotowej Polski nie może przejść nad tą sprawą do porządku dziennego.