Waszyngton pokazuje, kto rządzi

Aktualności,

W ostatnich tygodniach nie tylko Ankara znalazła się na celowniku Waszyngtonu. Trudne rozmowy z USA prowadzą także Japonia, Korea Południowa i Indie. Nie są to oczywiście porównywalne sprawy. Żadne ze wspomnianych państw nie obrało konfrontacyjnego kursu względem Stanów Zjednoczonych. Stany zabiegają o strategiczne partnerstwo z Indiami, zaś Japonia jest kluczowym sojusznikiem w Azji Wschodniej, o znaczeniu i potencjale nieporównanie większym niż Turcja. Niemniej Waszyngton jasno pokazuje, kto tu rządzi.

Najnowsza odsłona amerykańskiej walki o dominację w Azji rozpoczęła się wraz z wycofaniem się przez prezydenta Trumpa z porozumienia atomowego z Iranem. Sprawa dotknęła przede wszystkim Japonię i Koreę Południową. Oba państwa liczyły, że jako lojalni sojusznicy, popierający USA w trakcie poprzednich rund negocjacji, nie będą musiały angażować się w najnowszy pakiet sankcji i liczyły na intratne inwestycje w państwie ajatollahów. W grę wchodzi też oczywiście ropa naftowa. W ubiegłym roku japoński import tego surowca z Iranu wynosił pół miliona baryłek dziennie. Do tego konsorcjum złożone z japońskiego Inpexu, francuskiego Totala i malezyjskiego Petronas ubiegało się o prawa do eksploatacji pola naftowego Azadegan, ocenianego jako jedno z największych na świecie.

Jak duże nadzieje wiązało Tokio z Iranem świadczy fakt, że ledwie kilka dni po podpisaniu przez prezydenta Obamę porozumienia z Iranem do Teheranu przyleciał minister spraw zagranicznych Fumio Kishida. Obecnie Waszyngton nie zostawił sojusznikom dużego pola manewru. Szef gabinetu premiera Abe, Yoshihide Suga przyznał, że głównym zmartwieniem rządu jest obecnie zmniejszenie skutków sankcji dla japońskich firm. W podobnym duchu wypowiada się Seul. Tamtejsze ministerstwo energii otwarcie stwierdziło, że Korea Południowa znalazła się w tej samej sytuacji co Japonia.

Jak duże nadzieje wiązało Tokio z Iranem świadczy fakt, że ledwie kilka dni po podpisaniu przez prezydenta Obamę porozumienia z Iranem do Teheranu przyleciał minister spraw zagranicznych Fumio Kishida

Amerykańskie sankcje uderzą również na pewno w irańsko-indyjsko-japoński projekt portu Czabahar. Położony nad Morzem Arabskim, był on pomyślany jako główny punkt eksportu irańskiej ropy oraz konkurencja dla pakistańskiego Gwadaru, który jest na dobra sprawę własnością Chin. Wprawdzie dopuszczenie przez Teheran chińskich firm do udziału w projekcie podkopało antychiński wydźwięk przedsięwzięcia, ale nie zmieniło głównych założeń. Wszystkie zaangażowane państwa chciały dużego portu naftowego i gazowego, do którego nie trzeba płynąć przez wąskie gardło cieśniny Ormuz.

Niezwykle ciekawy jest casus Indii. Najnowszy amerykański National Defense Authorization Act (NDAA) wywołał w New Delhi duże zaniepokojenie. W myśl ustawy administracja prezydenta Trumpa mogłaby w pewnych okolicznościach nałożyć na Indie sankcje za import rosyjskiego uzbrojenia. Sprawa obraca się wokół systemu przeciwlotniczego i przeciwrakietowego S-400 Triumf. Wprawdzie nie obejmują go okoliczności przewidziane przez NDAA, ale w indyjskich mediach pojawiły się doniesienia o planowaniu przez ministerstwo obrony wizyty wysokiego szczebla w Waszyngtonie. Rozmowy mają służyć wzajemnemu lepszemu zrozumieniu.

Biorąc pod uwagę przewlekłe negocjacje indyjsko-rosyjskie, rewelacje te mogą być formą nacisku na Rosję, aby przedstawiła korzystniejszą dla Indii ofertę. Na początku lipca tego roku indyjskie media informowały o możliwości zakupienia obok S-400 także amerykańskiego systemu przeciwlotniczego i przeciwrakietowego THAAD. Sprawa nie ma póki co ciągu dalszego, a kontrakt na S-400 wydaje się pewny i najprawdopodobniej zostanie podpisany podczas zaplanowanego na najbliższy październik spotkania prezydenta Putina i premiera Modiego.

Indie, Japonia i Korea Południowa znalazły się właściwie w sytuacji bez wyjścia. Jedyną alternatywą jest przymierze z Chinami, ale Pekin już nieraz udowodnił, że ma dużo cięższą rękę niż Waszyngton. Do tego Chiny są również geopolitycznym rywalem Indii i Japonii, które mają więcej zbieżnych interesów ze Stanami Zjednoczonymi. Pekin jest także słabą alternatywą dla Iranu. Teheran ma swoje ambicje, związane również z projektem Nowego Jedwabnego Szlaku, które niekoniecznie są zbieżne z interesami Chin. Do tego zaczynającej odczuwać skutki wojny handlowej z USA chińskiej gospodarce trudno będzie wspomóc jeszcze i Turcję i Iran.