Jeśli chcesz ten artykuł przeczytać ponownie lub brak teraz czasu aby przeczytać całość, to możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Szacki. Nauczyciel politycznego myślenia

Krytyczna fascynacja utopią może być pouczająca szczególnie dziś, gdy w świecie Zachodu upada liberalno-demokratyczny konsensus, zaś na całym świecie rozkłada się globalistyczny system stosunków gospodarczych

Krytyczna fascynacja utopią może być pouczająca szczególnie dziś, gdy w świecie Zachodu upada liberalno-demokratyczny konsensus, zaś na całym świecie rozkłada się globalistyczny system stosunków gospodarczych

Był rok 1980, gdy Jerzy Szacki wydał „Spotkania z utopią”. Nie była to jego pierwsza książka o utopizmie, jednak ukazała się w symbolicznym momencie. Dekada rządów Edwarda Gierka, najbardziej pragmatycznego i otwartego na Zachód I sekretarza KC PZPR, kończyła się podwyżkami cen i gospodarczą zadyszką. Władza ostatecznie pożegnała się już z ideałem komunizmu: została tylko naga siła podbudowana przekonaniem o geopolitycznej konieczności przynależenia do bloku wschodniego. Rządy Gierka zakończyły strajki na Wybrzeżu i „karnawał Solidarności”, brutalnie przerwany stanem wojennym. W kolejnych latach dysydenci, pozbawieni złudzeń co do możliwości zmiany systemu od środka, tworzyli coraz bardziej odważne wizje wychodzenia z samego realnego socjalizmu i budowy w Polsce społeczeństwa obywatelskiego oraz demokracji.

Książka ta mogłaby stanowić naukę dla tych, którzy tworzyli śmiałe wizje przyszłości po komunizmie. Gdybym miał wyciągnąć esencję z całej twórczości zmarłego 25 października 2016 roku Szackiego, to czym zapisał się on w historii myśli socjologicznej, byłaby to przede wszystkim właśnie nauka o użyteczności utopii. Sam utopistą nie był. Nie był zapalonym komunistą, choć legitymację Partii złożył dopiero w 1981 roku, po ogłoszeniu stanu wojennego. Nie wierzył także w to, że opozycja antykomunistyczna będzie w stanie uczynić Polskę krajem mlekiem i miodem płynącym. Bał się zwarcia demokratów z autorytarną władzą, choć bez wątpienia już w latach 70. im kibicował, o czym wspomina dziś np. Ryszard Bugaj. Uczestniczył także w Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”, biorąc udział w opracowywaniu np. raportu „Jak z tego wyjść?”, opublikowanego w 1980 roku. Można takie podejście nazwać pragmatycznym – sztampowym krytykiem utopii jednak także nigdy nie był. Co więcej, jego badania nad myślą utopijną, które przewijają się właściwie przez całą jego twórczość, nacechowane są głęboką sympatią do tego sposobu myślenia. „Podróż do lepszego świata jest wszakże faktem stałym i powszechnym, toteż Utopia zmienia nieustannie swe położenie. Gdyby miała się gdzieś zatrzymać na stałe, tym samym skończyłaby się jej egzystencja. Na Ziemi pozostałyby same >topie< (realne społeczeństwa) tak bardzo pogodzone ze swoim losem, że niezdolne do jego naprawy” – pisał w „Spotkaniach z utopią”.

Marzenie o dobrym miejscu

Takie wizje znamy już od czasów starożytnych. Pełnią one różne funkcje: od wychowawczej (Platon), przez publicystyczno-krytyczną wobec aktualnej sytuacji we własnej ojczyźnie (Morus) po poważnie traktowane (przez swoich autorów i wyznawców) projekty przemiany polityczno-społecznej (Fourier). Utopia wcale nie musi być drobiazgowym opisem społeczeństwa przyszłości: także „naukowy” socjalizm Karola Marksa i Fryderyka Engelsa był deterministyczną utopią końca historii. Te wizje nie muszą też być kolektywistyczne – istnieją przecież także utopie indywidualistyczne. Chyba każdy nosi w sercu swoje marzenie o dobrym miejscu, którego nie ma (taki jest źródłosłów utopii) – autor tego tekstu też, choć z biegiem czasu ma do niego podejście coraz bardziej zniuansowane.

Jak to się dzieje, że utopie – tak pięknie skonstruowane w celu uczynienia życia ludzkiego nie tyle znośniejszym czy szczęśliwszym, co szczęśliwym po prostu – potrafią prowadzić do katastrof, ludobójstwa, bezprecedensowego marnowania zasobów?

Jak to się jednak dzieje, że utopie – tak pięknie skonstruowane w celu uczynienia życia ludzkiego nie tyle znośniejszym czy szczęśliwszym, co szczęśliwym po prostu – potrafią prowadzić do katastrof, ludobójstwa, bezprecedensowego marnowania zasobów? Dlaczego „zamiast sielanki >nowego życia< mamy zazwyczaj tragedię niespełnionych oczekiwań”? Szacki odpowiada: „utopie nie mogą uniknąć losu wszelkich ideologii. Dają one człowiekowi wartości, o które (…) warto walczyć, ale nie mogą zagwarantować mu wszechmocy i wszechwiedzy”. Realne społeczeństwa wciąż się zmieniają: dlatego też wiele utopii (a na pewno te najbardziej popularne) to wizje statyczne. Nieprzypadkowo też bohaterami ich literackich przedstawień są z reguły postaci papierowe, jednowymiarowe – tymczasem przecież ludzie są bardzo różni, kierują się odmiennymi wartościami oraz ideami. Nawet jeśli można nami w jakimś stopniu sterować, to nie w stopniu absolutnym; stąd bohaterami antyutopii są z kolei zazwyczaj ludzie, którzy się „przebudzili”, przejrzeli miraż i starają się z nim walczyć bądź odnaleźć w takim stopniu, w jakim mogą zachować minimum wolności, a co za tym idzie, i człowieczeństwa. To, co dla jednych jest marzeniem, dla innych jest sennym koszmarem.

Utopia u władzy musi się więc mierzyć z dokładnie takimi samymi problemami, z jakimi mierzą się wszelkie inne systemy. Patrząc na przykład realnego socjalizmu, mieliśmy więc początkowo fazę próby jego realizacji w zgodzie z ideałem, co kosztowało, jak wiemy, życie dziesiątki milionów osób. Z czasem jednak przeszedł on w fazę pragmatyzmu, by ostatecznie rozmienić się na drobne, i w końcu stać się jedynie fasadą.

Przeszczepiony liberalizm

„Spotkania z utopią” miały także swoją poprawioną reedycję w 2000 roku – i nie chodziło tylko o zwykłe wznowienie dzieła, ale o ich aktualność także w nowych warunkach ustrojowych. Jak pisał bowiem Szacki, historia utopii nigdy się nie kończy. On sam, po upadku realnego socjalizmu w 1989 roku widział, jak ci, którzy walczyli z „komunizmem”, teraz sami wierzą w realizację utopii, która raz na zawsze zakończy historię. W stosunku Jerzego Szackiego do nowych idei panujących, widać jego intelektualną uczciwość i niezależność. Chodzi bowiem o idee, z którymi sympatyzował i z którymi (zwłaszcza z liberalizmem) z czasem zaczął się coraz bardziej utożsamiać. Myślę, że wynikało to z troski, by nie podzieliły one losu swojej marksistowsko-leninowskiej poprzedniczki. Choć Szacki politykiem nie był (mimo zaangażowania czy to w Solidarność Pracy, czy później w Forum Liberalne, trudno go za takiego uważać), starał się wpływać na rzeczywistość polityczną tak, jak umiał najlepiej: pisząc książki i artykuły skierowane do politycznych decydentów bądź też proponując im lektury, które mogłyby wywołać w ich głowach ferment. Gdy prześledzimy jego bibliografię w III RP zauważymy, że nie zajmował się tematami oderwanymi od rzeczywistości: wręcz przeciwnie, były to zagadnienia odpowiadające na narastające dylematy młodej demokracji.

Zresztą, był przez swoich adresatów z pewnością czytany, o czym świadczy fakt, że Donald Tusk poprosił go o napisanie wstępu do zredagowanych przez siebie „Idei gdańskiego liberalizmu”. Nie był to wstęp czołobitny: Szacki pisał w nim, że „liberalizm, jaki pojawił się w Europie Wschodniej u schyłku realnego socjalizmu, był nieuchronnie zjawiskiem pełnym wewnętrznych sprzeczności i paradoksów nieznanych klasycznemu liberałowi. W myśleniu liberałów gdańskich znalazły one bodaj swój doskonały wyraz”. Swoją (życzliwą) krytykę polskiego liberalizmu socjolog zawarł wcześniej w „Liberalizmie po komunizmie”. Książka ta – mimo że od jej wydania minęły już 22 lata – nie straciła na aktualności. Autor nie pozostawia złudzeń: „Liberalizm jest fenomenem tzw. świata zachodniego ostatnich paru stuleci, jeżeli natomiast pojawia się gdzieś indziej, to w charakterze bardziej lub mniej udanego przeszczepu”. Takim przeszczepem jest także w Polsce. Zrodzony w dysydenckich środowiskach intelektualnych „był tylko jednym z wielu projektów przezwyciężenia dziedzictwa realnego socjalizmu – być może, najbardziej radykalnym i efektownym, ale z pewnością nie najlepiej przystosowanym do realiów tych zacofanych krajów, które określa się ogólnie jako Europę Wschodnią lub świat postkomunistyczny”. Mimo to, jako emanacja nowoczesności, „zachodniości” i „normalności”, stał się w pewnym momencie (zwłaszcza liberalizm gospodarczy) całkiem popularny.

Problem w tym, że liberalizm rozumiany jako radykalny antykomunizm (w sensie ideowym – nie potocznym, który rozmydla to pojęcie, czyniąc z niego niechęć jedynie do PRL jako formy państwowej), gdy stał się liberalizmem stosowanym, musiał popełnić grzech, który dla liberała wychowanego na lekturach książek Fryderyka Augusta von Hayeka był śmiertelny: grzech konstruktywizmu. „Państwo nie mogło być przysłowiowym nocnym stróżem, gdyż aby mogło nim kiedyś być (kto chce, niech wierzy, że jest to kiedykolwiek możliwe), musi wykazać teraz ogromną energię organizatorską, albowiem bez niej liberalny ideał nigdy nie zbliżyłby się do rzeczywistości” – pisał o niej w książce o gdańskich liberałach. I tak utopia stała się własnym zaprzeczeniem, jednak jest to jedyna realna droga dla liberalizmu, gdyż wszystko inne – frontalny atak na „wolnościowe” państwowe ingerencje i banalizacja skomplikowanej natury współczesnych stosunków gospodarczych – to tylko liberalizm felietonowy, który nie potrafi zmieniać Świata.

Drętwa mowa społeczeństwa obywatelskiego

Szacki pisze głównie o liberalizmie gospodarczym, gdyż „liberalizm polityczny w ogóle jeszcze w naszym kraju nie zaistniał, a szerzony przez prawicę lęk przed nim jest mocno na wyrost, gdyż zauważalne są co najwyżej jego poszczególne elementy, rozproszone po różnych częściach polskiej sceny”. Można się z tym podejściem nie zgadzać; czym bowiem był Kongres Liberalno-Demokratyczny czy też później Unia Wolności (a dziś Nowoczesna), jak nie próbą tworzenia polskich emanacji zachodnich partii integralnego liberalizmu (takich jak np. niemiecka Wolna Partia Demokratyczna – FDP)? Faktem pozostaje, że z liberalizmem politycznym utożsamia się często wszelkie ruchy emancypacyjne, modernizacyjne czy demokratyczne, z czego wychodzą nierzadko takie potworki, jak zamienne stosowanie pojęć „lewica” i „liberałowie”, co niczego nie tłumaczy, a służy jedynie okładaniu pałką przeciwnika. Socjolog był na takie kwestie mocno wyczulony, jego prace są pełne wskazywania na różnice. Z liberalizmem utożsamiona została także inna „idea panująca” III RP, czyli społeczeństwo obywatelskie, choć, jak pisze o tym Szacki, przecież budowali ją i wspierali także konserwatyści czy socjaliści, zaś odrzucanie idei narodowej przez zwolenników społeczeństwa obywatelskiego określa on jako „świadectwo absolutnego braku realizmu”, ponieważ „do realiów świata nowoczesnego należą (…) niewątpliwie nacjonalizm i państwa narodowe, toteż każda sensowna teoria społeczeństwa obywatelskiego musi je uwzględniać”.

Myśl o tym, że ludzie wychowani nie tyle w państwie, co w państwie omnipotentnym, z dnia na dzień przestaną myśleć kategoriami wiecznego petenta, była rzeczywiście naiwna

Jak pisze w obszernym wstępie do autorskiego wyboru tekstów zagranicznych myślicieli, poświęconego temu zagadnieniu, pt. „Ani książę, ani kupiec: obywatel. Idea społeczeństwa obywatelskiego w myśli współczesnej”, w przeciwieństwie do liberalizmu ta teoria była w PRL bardzo rodzima, choć paradoksalnie „to od swoich zachodnich przyjaciół dysydenci z krajów Europy Środkowo-Wschodniej dowiedzieli się, że zainicjowany przez nich proces jest nie czym innym jak >odrodzeniem społeczeństwa obywatelskiego<”. Jest ona „utopią, przyjmującą za daną rzeczywistość ujednostkowienia czy też >atomizacji< nowoczesnego społeczeństwa i nastawioną w związku z tym na znalezienie odpowiadających tej rzeczywistości form uspołecznienia i solidarności”. Ta forma funkcjonować miała poza wszechogarniającym państwem i bez niego oraz opierać się na dobrowolności i wzajemnej życzliwości. Z tego myślenia wynikło jednak „niewiele poza radykalną krytyką państwa i raczej niemądrym przeświadczeniem, iż, w gruncie rzeczy, obywatele mogliby się bez niego obejść”. Ocena to co prawda zbyt radykalna (państwa nie są jedyną znaną formą zorganizowanej wspólnoty), ale faktycznie myśl o tym, że ludzie wychowani nie tyle w państwie, co w państwie omnipotentnym, z dnia na dzień przestaną myśleć kategoriami wiecznego petenta, była rzeczywiście naiwna. O czym świadczy rzeczywistość, w której gdy politycy mówią o „wspieraniu społeczeństwa obywatelskiego” myślą w pierwszej kolejności o rozdzielaniu grantów i dotacji organizacjom pozarządowym. Szacki proponuje więc odejście od antypaństwowych elementów takiego myślenia, polityzację obywateli, a przede wszystkim: aktywność. „Społeczeństwo obywatelskie zaczyna istnieć tam, gdzie przestaje być drętwą mową”.

Podważajmy własne przekonania

Te słowa pisał Szacki w książce wydanej przez Fundację im. Stefana Batorego, która za cel stawia sobie „wspieranie rozwoju demokracji i społeczeństwa obywatelskiego”. Z biegiem lat autor coraz bardziej zbliżał się do liberalizmu, w wywiadzie udzielonym „Kulturze Liberalnej” mówił: „moje względne nawrócenie na liberalizm przyszło właśnie wtedy, kiedy zacząłem czytać wszystkie te bzdury, w których dowodzono, jaka to okropność. Im więcej czytałem o tej straszliwej grozie, jaka nad Polską zawisła, tym bardziej byłem przekonany, że liberalizm jest nam jednak potrzebny”. Krytyka jego, jak pisałem, nie wynikała z odrzucenia swojego przedmiotu, ale z głębokiej troski o ten przedmiot. Liberałom i „oddolnościowcom” przypominał, by w swych marzeniach o wyzwoleniu człowieka i społeczeństwa nie zapominali o tym, że mówią o rzeczywistych ludziach i relacjach. O tym, że ich idee bardzo trudno zrealizować bez państwa. Bez względu więc na to, co sądzimy o szczegółowych stawianych przez naukowca tezach, może być Szacki nauczycielem politycznego myślenia. Proponuje nam swoją postawą, byśmy nieustannie drążyli, podważali także własne przekonania, wydające nam się aksjomatami, dzięki czemu nie popadniemy w wiarę w absolutną ideę, którą uważał za groźną. Co oczywiście nie znaczy, że mamy poglądów nie mieć wcale.

Jego krytyczna fascynacja utopią może być pouczająca szczególnie dziś, gdy w świecie Zachodu upada liberalno-demokratyczny konsensus, zaś na całym Świecie rozkłada się globalistyczny system stosunków gospodarczych. Wszyscy razem wciąż szukamy odpowiedzi na pytanie: „co w zamian?”, choć każdy z osobna pewnie ma propozycję swojej recepty. Może być nią budowa nowej utopii. Szacki przestrzega: „być może ludziom potrzebna jest nawet wizja Kryształowego Pałacu majaczącego gdzieś w dali, ale to przecież nie znaczy, że byliby zdolni w nim zamieszkać”. Nie znaczy to, że mamy przestać marzyć o przemianie świata. Jednak żeby utopia mogła się urzeczywistnić – i przynieść dobre owoce – to marzenie musi być roztropne i świadome własnych granic. „Od stuleci człowiek jest nawiedzany przez dwa wielkie marzenia: przez marzenie o rozpoczęciu swego życia społecznego od nowa i oderwaniu się od tego wszystkiego, co było i jest, oraz przez marzenie o szczęściu, jakie uzyska bez walki od rzeczywistości zastanej. Ludzie marzyli o skrzydłach, ludzie (…) marzyli o korzeniach”.

Aby naprawić stosunki społeczne potrzebna jest więc zarazem wizja przyszłości (skrzydła), jak i świadomość tego, że stan aktualny nie pojawił się ot tak, że istnieją ograniczenia kulturowe i antropologiczne, które nie pozwalają człowieka ponownie ulepić z gliny (korzenie). Czy tego chcemy, czy nie, lepszy, choć na pewno nie doskonały system wyrośnie z gleby demoliberalizmu, który ukształtował myślenie nas wszystkich, także jego najbardziej zagorzałych przeciwników. A nam pozostanie pielęgnowanie – i przycinanie, gdy trzeba – kiełkującej roślinki.

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.
Świat intelektualny – od uniwersytetów po media – nie nadąża dziś za gwałtownymi przemianami rzeczywistości politycznej, gospodarczej i społecznej, opisując je za pomocą kategorii z poprzednich epok. To zasadniczo obniża jakość rządzenia, które musi rozstrzygać dylematy przy użyciu wiedzy dostępnej w danej chwili. Deficyt tej ostatniej zwiększa ryzyko decyzji błędnych lub wręcz katastrofalnych, jak również – dominacji fałszywych ideologii. Polski dotyczy to w stopniu szczególnym, ze względu na trudne położenie geopolityczne i słabość intelektualną (uniwersytetów, mediów, think tanków).

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz