Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Przesiedlenia zamiast relokacji: teoretyczna dobrowolność

Koniec unijnej relokacji uchodźców nie oznacza, że problem zniknął. Instytucje unijne forsują w jej miejsce dobrowolny program przesiedleń

Dwa lata temu, w związku z falą niekontrolowanej imigracji, Unia Europejska postanowiła działać. W dużej mierze naciskana była przez kraje frontowe: Grecję i Włochy, które same nie były w stanie poradzić sobie ze szturmem imigrantów. Bruksela uznała, że najlepszy będzie w tym przypadku model odpowiedzialności zbiorowej, czyli rozdzielenia 120 tysięcy uchodźców między wszystkie kraje unijne. Kraje członkowskie na szczeblu ministrów spraw wewnętrznych zgodziły się na to rozwiązanie poza Węgrami i Słowacją, które zawetowały rozwiązanie i złożyły skargę na Komisję Europejską w Trybunale Sprawiedliwości UE. Rząd premier Ewy Kopacz poparł program relokacji. W maju tego roku Trybunał w Luksemburgu oddalił skargę Bratysławy i Budapesztu. Teraz Trybunał rozpatruje skargę KE przeciwko Polsce, Czechom i Węgrom, które nie przyjęły uchodźców i nie chcą tego uczynić. Wszystkie trzy kraje zgodnie zapowiadają, że wolą płacić kary finansowe za odmowę niż realizować program relokacji.

Relokacja tylnymi drzwiami?

Sam program w międzyczasie, dokładnie 26 września, zakończył się. Teoretycznie tu można byłoby postawić kropkę. Tak jednak nie jest. Po pierwsze fakt wygaśnięcia programu oznacza tylko, że potencjalni uchodźcy, którzy przybyli do Grecji i Włoch po tym terminie, nie zostaną objęci relokacją. Ci, którym się to jednak udało, mają dalej być rozdzieleni między kraje członkowskie. Wciąż trwa proces ich weryfikacji. A ów proces w punktach rejestracji przebiega z dużymi problemami. Wiele osób ma fałszywe dokumenty tożsamości, ich identyfikacja przysparza wiele problemów. Ale kraje członkowskie, zdaniem KE, muszą się ze swoich zobowiązań i tak wywiązać.

Po drugie, Komisja Europejska zamiast relokacji proponuje teraz system przesiedleń. Polegać miałby on na tym, że kraje dobrowolnie zobowiązywałyby się przyjmować zweryfikowanych uchodźców wprost z obozów dla nich. Tych osób ma być 50 tys. I w ciągu dwóch lat miałyby one trafić do krajów członkowskich. Czy jednak będzie to rzeczywiście całkowicie dobrowolne? Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista, bo w propozycji przedstawionej przez komisarza ds. migracji, spraw wewnętrznych i obywatelstwa Dimitrisa Awramopulosa, nie jest to dokładnie sprecyzowane. Ale to nie wszystko. Dużo wątpliwości nastręcza także określenie tego, na czym polegać by miała ta dobrowolność, kto miałby zgłaszać gotowość przyjmowania uchodźców. Otóż, według niektórych interpretacji nie musiałyby być to tylko rządy, ale także na przykład organizacje pozarządowe. Instytucje unijne takiej interpretacji są przychylne, a jej realizacja wprowadziłaby sporo zamieszania, a także pozwoliłaby na przyjmowanie uchodźców przez kraje, których władze wcale by tego nie chciały. Pomysł iście makiaweliczny.

Dużo wątpliwości nastręcza także określenie tego, na czym polegać by miała ta dobrowolność, kto miałby zgłaszać gotowość przyjmowania uchodźców

Na tym jednak nie koniec. Parlament Europejski przyjął 16 listopada raport liberalnej szwedzkiej eurodeputowanej Cecilii Wikström. Zakłada on stały i automatyczny mechanizm relokacji imigrantów – bez żadnych limitów czy kwot. Limit imigrantów byłby przydzielany na podstawie wielkości i bogactwa danego kraju UE. Pod uwagę miałyby być też brane pod uwagę kwestie doświadczenia krajów Unii w zakresie przyjmowania imigrantów. Oczywiście, PE nie może tego narzucić, ale może stworzyć lub raczej spotęgować presję polityczną.

Na szczeblu Rady dalej toczą się dyskusje o tym, jak ma wyglądać unijna polityka migracyjna. Jak na razie, wciąż nie ma konsensusu. Polska, wspierana przez pozostałe kraje Grupy Wyszehradzkiej chciałaby, by główny nacisk został położony na ochronę granic zewnętrznych Unii Europejskiej i pomoc na miejscu. Do końca roku decyzje nie powinny zapaść.

Imigracja dzieli Europę

W ostatnich dwóch latach problem imigracji i uchodźców nie tylko podzielił Unię, ale także stał się jednym z wiodących tematów w kampaniach wyborczych. Holandia, Francja i zwłaszcza Austria i Niemcy, a w przyszłym roku Grecja i Włochy. Początkowo próbowano to przedstawiać jako niechęć krajów wyszehradzkich, rzekomo całkowicie izolowanych. Początkowo istotnie tak było: do jesieni 2015 roku głównie Węgry były liderem antyimigranckiej grupy i jako jej lider były najostrzej atakowane. Zaledwie kilka miesięcy po tym, jak ówczesny kanclerz Austrii, socjaldemokrata Werner Faymann porównał metody budowę muru na granicy węgiersko-serbskiej do metod nazistowskich, Austria zmieniła kurs i zbudowała analogiczne zapory na granicy ze Słowenią. Teraz uniknęła postawienia przed Trybunałem w Luksemburgu tylko dlatego, że zobowiązała się przyjąć grupę kilkudziesięciu uchodźców. Zaostrzenie polityki imigranckiej w znacznej mierze pomogło wybrać wybory konserwatyście Sebastianowi Kurzowi, który także w ciągu ostatnich dwóch lat przeszedł polityczną metamorfozę. W RFN Alternatywa dla Niemiec (AfD) uzyskała historycznie dobry wynik. W Holandii partia Geerta Wildersa wpłynęła na zmianę polityki liberalnego premiera Marka Rutte. Zdeklarowanie proimigracyjne kraje zaczynają być w mniejszości, ale jednocześnie dalej próbują narzucać swoje zdanie, co wspierają instytucje unijne. Ciekawym przykładem jest Francja. Choć prezydent Macron powtarza chętnie zdania o solidarności europejskiej i konieczności przyjmowania uchodźców, jest jednocześnie pod presją Frontu Narodowego, ale nawet i znacznie dyskretniejszych Republikanów. W efekcie Francja, podobnie jak Włochy, postanowiła problem rozwiązać samodzielnie, nie czekając na instytucje unijne. To rozwiązanie polega na weryfikowaniu potencjalnych uchodźców jeszcze w obozach dla nich i odsyłaniu ludzi, którzy nie przeszli weryfikacji.

Pomimo tych wszystkich przykładów ani kanclerz Merkel ani Komisja Europejska nie chcą się przyznać do porażki polityki migracyjnej

Pomimo tych wszystkich przykładów ani kanclerz Merkel, ani Komisja Europejska nie chcą się przyznać do porażki polityki migracyjnej. Byłoby to oczywiście odbierane jako ich osobista porażka. W zamian za to wybierają rozwiązanie o wiele sprytniejsze – przyswajają część programu swoich oponentów i przedstawiają jako swoje własne rozwiązania. Tak jest chociażby ze wzmacnianiem granic zewnętrznych Unii. Co najmniej od roku to hasło jest wymieniane w Brukseli na równi z solidarnością europejską. Sytuacja może się jeszcze zmienić, gdy okaże się, że w Niemczech dojdzie jednak do ponownych wyborów parlamentarnych. Temat imigrancki znów stanie się wiodący. A wynik ewentualnych nowych wyborów może wpłynąć na determinację Komisji Europejskiej.

Dominika Ćosić
korespondentka TVP w Brukseli. Wcześniej korespondentka m.in. Wprost (wcześniej na Bałkanach, a od 2005 w Brukseli), Dziennika Gazety Prawnej i tygodnika Do Rzeczy. Absolwentka slawistyki na UJ. Autorka kilku książek, m.in. o polskiej drodze do UE "Od Horyzontu do przewodnictwa".

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz