Kup prenumeratę i czytaj NK

Poroszenko jest Warszawie na rękę

Aktualności,

„Król czekolady” to człowiek o dużym wyczuciu politycznym i znacznym talencie. Dla Kremla będzie twardym przeciwnikiem, który zapewne wzmocni resorty siłowe i ustabilizuje sytuację w kraju.

To oczywiste, że na Ukrainie będą rządzić oligarchowie. Bałbym się wręcz, gdyby w wyścigu prezydenckim wyłonił się nagle jakiś trybun ludowy. Moskwa ma bowiem niezmiennie bardzo duże wpływy w Kijowie i mogłaby takiego polityka wykreować. Jest też coraz więcej poszlak wskazujących na to, że to Kreml stoi za prowokacjami Prawego Sektora. Krótko mówiąc, z dwojga złego lepiej, aby rewolucję ukradli oligarchowie, niż gdyby mieli ją ukraść radykałowie, którzy – co by się mogło okazać po latach – od początku siedzieliby w kieszeni Moskwy.

Silny człowiek

Petro Poroszenko, obecny lider sondaży prezydenckich, to w tej chwili najlepszy kandydat zarówno dla Kijowa, jak i Warszawy. To człowiek o dużym wyczuciu politycznym i znacznym talencie. Na tle reszty oligarchii wydaje się też stosunkowo „czysty” – prowadzi dość transparentny biznes. Jest również politykiem twardym. Pod jego rządami można się spodziewać wzmocnienia resortów siłowych, był już przewodniczącym Rady Bezpieczeństwa i Obrony działającej przy prezydencie. Zapewne nie brzmi to najlepiej, ale po karnawale rewolucji musimy być gotowi na wsparcie działań o charakterze represyjnym w stosunku do najbardziej radykalnych sił.

W interesie Ukrainy (i naszym) jest to, by spacyfikowano ludzi, którzy chcą paradować z bronią po Kijowie. Chaos, którego jesteśmy chwilami świadkami, daje bowiem argumenty do ręki Moskwie, która coraz częściej określa Ukrainę jako „failed state” (kraj upadły). Tym bardziej potrzebny jest obecnie silny prezydent.

Poroszenko, zwany „królem czekolady”, to oczywiście typowy oligarcha, który trzymał już z niejedną ekipą. Najpierw wspierał pomarańczową rewolucję, później był ministrem w rządzie Mykoły Azarowa (były premier, współpracownik Wiktora Janukowycza). W końcu zaś stał się jednym z głównych sponsorów Majdanu. Taka elastyczność bynajmniej go jednak nie dyskredytuje – przeciwnie: jest warunkiem koniecznym, by móc efektywnie rządzić.

Po karnawale rewolucji musimy być gotowi na wsparcie działań o charakterze represyjnym w stosunku do najbardziej radykalnych sił

Co ważne, Petro Poroszenko odczuwa wspólnotę losu z ukraińską oligarchią, która dziś po prostu boi się Rosji. W Kijowie zawsze istniało poczucie, że w zderzeniu z Moskwą ukraińska oligarchia nie ma szans, a już na pewno nie zdołałaby utrzymać wpływów politycznych. Kreml dodatkowo wzmocnił te obawy, zezwalając na to, by na Krymie już teraz dochodziło do przejmowania majątku ukraińskich biznesmenów przez promoskiewskie siły pod wodzą Siergieja Aksjonowa (obecny premier Republiki Krymu).

W efekcie tej niezbyt roztropnej polityki Moskwy nawet ludzie z Partii Regionów (dawna formacja Janukowycza) zaczynają się układać z aktualną ekipą w Kijowie. Sygnałem to potwierdzającym jest dla mnie wystawienie Mykhaiła Dobkina jako kandydata na prezydenta. Partia Regionów mogła sięgnąć po znacznie mocniejszych, bardziej rozpoznawalnych kandydatów, wolała jednak wystawić kogoś absolutnie niewybieralnego. Dobkin jako parlamentarzysta zasłynął np. propozycją przeniesienia stolicy z Kijowa do Charkowa, co już samo w sobie powoduje, że ma ogromny elektorat negatywny w zachodniej i centralnej Ukrainie.

Rosja gra swoją grę

Jeśli Partia Regionów przestanie się liczyć, to Rosja będzie musiała sobie poszukać nowego kandydata. Kimś takim mogłaby być np. Julia Tymoszenko. Jej przeszłość polityczna i biznesowa, a zwłaszcza jej związki z Pawłem Łazarenko (były premier, skazany w USA za defraudację) wyraźnie wskazują na to, że jest postacią bardzo dwuznaczną. Na szczęście jednak Tymoszenko wydaje się politycznie na tyle osłabiona, że raczej nie pociągnie za sobą większości wyborców.

Wydaje się zatem, że w wyścigu prezydenckim pojawić się może ktoś jeszcze. Nie jest zresztą pewne, czy do wyborów dojdzie w planowanym terminie, czyli 25 maja. To, czy Rosjanie wejdą na wschodnią Ukrainę, jest tematem na osobny tekst, ale w kontekście wyborów istotne jest to, że nawet nie dokonując interwencji, mogą sabotować ukraińską demokrację na wiele innych sposobów.

Możliwe jest np., że wywołując zamieszki, uniemożliwią przeprowadzenie wyborów we wschodniej części kraju. Mogą starać się podważyć ich ważność tak, aby nie pozwolić ekipie pomajdanowej na wzmocnienie swojej władzy za pomocą mocnego wyborczego mandatu. Możliwe są prowokacje, skandale i protesty wyborcze.

Innymi słowy, gra się toczy dalej. Teraz najważniejsze jest pytanie, czy do ewentualnego porozumienia Zachodu z Rosją ws. Ukrainy dojdzie przed, czy po wyborach i jak daleko idący będzie to konsensus. Czy oznaczać on będzie pozostawienie Kijowa w strefie buforowej, czy też wręcz uznanie Ukrainy jako elementu rosyjskiej strefy wpływów. Powyższe rozstrzygnięcie może dla przebiegu wyborów mieć znaczenie nie mniejsze od wewnątrzukraińskiej dynamiki.